Świat ogarnęła głucha pustka. Powodowała,
że wszystko wydawało się martwe. Najmniejsze okruchy życia zniknęły na te kilka
późnych, nocnych godzin. Jedynie z głębi lasu dochodziły przyciszone dźwięki
nocnych ptaków. Promienie księżyca przedzierały się przez korony drzew. Gromady
kruków przechadzały się po suchych liściach, które opadły na trawę. Dało się
powoli wyczuć nadchodzącą jesień. Sowy wyszły z ukrycia, a jedna z nich
przysiadła na gałęzi, sterczącej nisko nad ziemią. Wydawać się mogło, że
zerknęła na dziewczynę, leżącą między drzewami. Jej rozdygotane ciało
przesuwało się minimalnie co jakiś czas. Na dźwięk głośnego szmeru drżąca
istotka otworzyła oczy. Rozejrzała się, dostrzegając jedynie ciemne drzewa. Gdy
doszła do siebie, momentalnie podniosła się z chłodnej ziemi. Nie znała tego
miejsca, czuła się w nim całkowicie zagubiona. Bezradnie zrobiła kilka kroków w
tył. Jej blade dłonie powędrowały w górę, zaciskając się na szyi i
powstrzymując krzyk, który chciał wyrwać się z gardła. Głośny szelest liści pod
jej stopami spłoszył gromadę czarnych kruków, które poderwały się do lotu,
głośno kracząc. Poczuła ciepłe łzy, spływające po policzkach. Nie kontrolowała
się. Ciemność wydawała się coraz ściślej ją otaczać, stawała się głębsza i nie
do pokonania.
Niespodziewanie gdzieś pośród drzew
ukazało się światło. Mały, drobny punkcik przedarł się przez mrok. W sercu
dziewczyny narodziła się nadzieja na ucieczkę z mrocznych zakamarków. Nie miała
pojęcia co robi, jednak jedyne, co przychodziło jej na myśl to bieg. Bieg w
stronę światła. Instynktownie ruszyła przed siebie. Nie zwracała nawet uwagi na
zranienia czy potknięcia. Liczyło się jedynie znalezienie wyjścia z tej czarnej
pułapki. Dążyła przed siebie, kierowana żółtym blaskiem. Z czasem las stał się
mniej gęsty, drzewa nie wydawały się aż tak potężne a od celu dzieliło ją już
tylko kilka metrów. Przyspieszyła biegu.
- Chodźże szybciej!
Głos staruszki dobiegł ucha dziewczyny,
która ukryła się za najbliższym drzewem, nasłuchując uważnie. Zauważyła, że owe
światło było niczym innym jak pochodnią, trzymaną przez starszą kobietę.
Dziewczyna jak najciszej zrobiła kilka kroków, podchodząc nieco bliżej
nieznanej staruszki. Gdy ta poruszyła ręką, płomień oświetlił jej twarz.
Uśmiechnięta promiennie kobieta prawdopodobnie wołała za kimś idącym za nią.
- Mitani! Pośpieszże się!
Chwilę później do kobiety dołączyła
malutka dziewczynka o ciemnych, lekko kręconych włosach. Jej duże oczy
błyszczały w świetle pochodni. Przyglądając się nieco dłużej, Diam zauważyła,
że obie mają na sobie stare łachmany. Ich przybrudzone stroje wydawały się być
jak nie z tej epoki. Staruszka ubrana była w czarną, chłopską koszulę, wsuniętą
do szarej spódnicy. Na nogach miała poniszczone buty. Mała dziewczynka miała na
sobie burą sukienkę z licznymi łatami.
Szła boso, a w wędrówce towarzyszył jej
pluszowy miś. Krok po kroku, zmierzały w górę piaszczystą drogą. Ukryta w
ciemności Diam zmierzała za nimi. Wolała ruszyć się z miejsca niż pozostać samotnie w panującej wokół
ciemności. Oddalona od dwóch postaci o kilka metrów starała się iść jak
najciszej. Nie wiedziała co mogłoby jej grozić, gdyby została zauważona. Każdy
stawiany przez nią krok był przemyślany i ostrożny. Widząc, że staruszka
stanęła na szczycie uliczki, trzymając za rękę swoją małą towarzyszkę, Diam
zwolniła kroku. Gdy znów przystanęła za drzewem, usłyszała ich krótką rozmowę.
- To już? - spytała mała dziewczynka.
- Tak. To czas. - staruszka ścisnęła mocniej jej
dłoń, przyciągając ją do siebie.
- Babciu... - dziewczynka przytuliła swoją
opiekunkę. - Ktoś dziś... Zginie... Prawda?
- To pewne, kochanie. - odparła łagodnie. - Taka
jest kolej rzeczy.
- Ale... Ale przecież nie ma ich u nas... - drżący
głosik zdawał się być coraz cichszy.
- O kim mówisz, kochanie?
Schowana na skraju lasu Diam nie
usłyszała dalszego fragmentu rozmowy. Ze skupieniem przyglądała się jednak jak
stojące na wzgórzu postacie ruszają dalej wąską drogą. Kiedy zniknęły z pola
widzenia, dziewczyna wybiegła z ukrycia. Pobiegła przed siebie, przystając na
szczycie wzniesienia. Gdy spojrzała przed siebie, jej serce zamarło.
Ujrzała przed sobą potężną, otwartą
przestrzeń. Zdawała się być nieograniczona. Rozciągający się przed nią dywan
trawy sięgał aż po szafirowe jezioro, w którego tafli odbijał się obraz
księżyca w pełni. Miękki, trawiasty dywan przecinała jedynie owa wąska,
piaszczysta dróżka, która opadała razem ze wzniesieniem i skręcając lekkim
łukiem w prawo, znikała w dalszej części lasu. Na horyzoncie można było
dostrzec pasmo drobnych budynków, a w ich oknach pojedyncze światła. Miasteczko
spało spokojnym snem. Gdy dziewczyna wróciła wzrokiem na zieloną połać,
dojrzała po lewej niewielką, drewnianą chatkę, ogrodzoną płotem.
Fakt, że dziewczyna znalazła się w
całkowicie nieznanej jej okolicy w tym momencie jej nie przerażał. Nie
zastanawiała się nad tym gdzie jest, co się stało. Zapomniała o prawdziwych
realiach. Patrząc na krajobraz, który rozciągał się przed jej oczami, czuła
spokój. Wydawało jej się, że już kiedyś widziała to miejsce. Nie była pewna czy
aby to możliwe. W sercu dziewczyny zakiełkowało ziarenko niepewności, a strach
zjeżył włosy na jej ciele. Szybko jednak zapomniała o wszystkim widząc
staruszkę z dzieckiem, które podchodziły pod płot drewnianego domku.
Ze zdziwieniem zauważyła, że w to miejsce
zaczęło schodzić się coraz więcej i więcej osób. Światła pochodni i lamp
ukazywały masę szczegółów. Diam zastanawiała się czy nie podejść bliżej,
wmieszać się w tłum. Może jej strój nieco odchodził od chłopskich sukien,
jednak chciała zaryzykować. Coś wołało ją w stronę budynku. Coś pchało ją przed
siebie, nakłaniało do zrobienia kroku. Gdyby tylko mogła pozostać
niezauważona...
- Patrz gdzie leziesz! - rozległ się głos za jej
plecami.
Wpatrzona przed siebie, nie zwróciła
uwagi na to, czy ktoś czasem się nie zbliża. Przerażenie w ciągu sekundy osiągnęło
moment krytyczny. Spłoszona dziewczyna miała ochotę rzucić się w głąb mrocznego
lasu, jednak było już stanowczo za późno na ucieczkę.
W jej kierunku zbliżali się dwaj starsi
mężczyźni. Nie wydawali się zbytnio trzeźwi, nogi ledwo ich niosły. Krok za
krokiem, chwiejnie szli przed siebie.
- To co, - wybełkotał niższy. – dziś świętujemy
narodziny Popaprańca?
- A dajże spokój, głupcze. - odparł drugi. - Nie
ma czego świętować.
- Luminosi są niepoważni. ' Czysta rasa! Czysta
rasa! ' Pamiętasz? Tak wielce się szczycili czystą linią! - mężczyzna uniósł
się głośno, zatrzymując się kilka kroków od dziewczyny. - I co? I zachciało się
jednemu śmiertelniczkę bałamucić.
- Łudziła się, że będzie szczęśliwa. Że pozycję
zyska. - dodał tamten prześmiewczo. - A tu co?
- Wilczątko. - towarzysz dokończył za niego.
Mężczyźni wybuchnęli donośnym śmiechem i
szli dalej. Nawet nie zauważyli Diam, która nie wiedziała co się dzieje. Jej
myśli kolejny raz skupiły się na jednym słowie. Luminosy. A konkretnie
Luminosi. Kim byli? Dlaczego kolejny raz słyszy o tym samym? Nie potrafiła
odnaleźć żadnego racjonalnego wytłumaczenia tego, co się dzieje.
Gdy mężczyźni ją mijali, jeden z nich
wyraźnie gestykulował. Podczas swojej przemowy przypadkowo uderzył Diam.
Wytrąciło ją to z zamyślenia i jednocześnie wprawiło w jeszcze większe
przerażenie. To był koniec.
- Matjasie, – odezwał się mężczyzna, patrząc przed
siebie. - albo wypiłem zbyt dużo nalewki w knajpie, albo w coś uderzyłem.
- Jak to? Przecież tu nic nie ma.
Diam zauważyła, że mężczyzna wyciągnął
rękę w jej kierunku. Odsunęła się o krok, by mężczyzna machając ręką w miejscu,
gdzie stała mógł udowodnić towarzyszowi, że się myli. Dwójka przechodniów
powoli zaczęła schodzić ze wzniesienia i ruszyła w stronę całkiem sporego już
tłumu. Dziewczyna ruszyła za nimi. Wyminęła ich ostrożnie, gotowa do nagłej
ucieczki. Zorientowała się jednak, że i tym razem pozostaje dla nich
niezauważalna. Ulga wypełniła jej płuca, a dziewczyna mogła odetchnąć. Żwawo
przyspieszyła i szybko wmieszała się w dziwnie rozgorączkowany tłum.
Jak ona mogła! Nikczemna.
Biedna istota. Nie wiedziała co robi!
Oddać się Wilczurowi.
Psu. Hańba!
Ludzie! Zostawcie ją! Nie jest niczemu
winna!
Na stos z nią!
Uratujmy chociaż
dziecko...
Zadajmy jej tyle cierpienia ile tylko się
da. Niech żałuje.
Przecież to tylko prosta, młoda
dziewczyna. Zakochana. Co jest złego w miłości?
Wokół dziewczyny aż kotłowało się od
rozmaitych opinii. Każdy miał swoje własne, nieco odmienne zdanie. Z niektórych
można było wywnioskować o co chodzi z tym całym poruszeniem. Diam
przysłuchiwała się uważnie wszystkiemu, co mogło być istotne.
Cały gwar przerwało krakanie kruków,
nadlatujących w stronę zebranych. Zapanowała bezwzględna cisza. Diam rozejrzała
się wokół. Na twarzach ludzi malowało się przerażenie. Zakon, usłyszała.
Grobowe miny zgromadzonych świadczyły o tym, że zaraz będzie świadkiem czegoś
okropnego. Przepychając się na tyły tłumu, ominęła ostatni rząd osób. Jej wzrok
padł na wzniesienie pod laskiem. Ujrzała rząd ciemnych postaci, które stały
niewzruszenie na tle ciemnych drzew. Czarne figury przypominały posągi, które przyglądały
się zebranym. Powoli, jeden po drugim, ruszyli w dół, kierując się do tłumu.
Obeszli ludzi i stająca za płotem, spojrzeli na zebraną społeczność.
Było ich pięciu. Wszyscy ubrani w długie,
czarne szaty, zdobione srebrnymi nićmi, które zakrywały każdy fragment ich
ciała. Proste kaptury zakrywały twarze przybyszów, uniemożliwiając odszyfrowanie
ich nastawienia ani emocji. Bił od nich lodowaty chłód, który zdawał się
paraliżować.
- Drodzy
zebrani! – rozległ się kobiecy głos. Jedna z czarnych postaci wyszła przed
szereg. – Zebraliśmy się tu, aby wspólnie dokonać rytuału. Nie dopuścimy, aby
żadne niechciane szczenię nie plugawiło naszego rodu!
Rozległ się gromki wiwat, oznaczający
aprobatę ludności.
- Wszyscy
jesteśmy odpowiedzialni za to, by nasza wioska została zapamiętana jako czysta
i bez skazy. Dlatego, towarzysze, wygnajmy winowajczynię z jej budy!
Tłum gorączkowo ruszył w stronę
drewnianej chatki. Ludzie przepychali się, chcąc jak najszybciej wejść do domu
kobiety. Kilka osób dostało się do środka, znikając za drzwiami. Kilka minut
później te same osoby wyszły z domu, jedna za drugą. Ostatnia z nich wlokła za włosy
kobietę, ubraną w nocną sukienkę. Wokół roznosiły się jej krzyki i piski,
jednak nikt nie zwracał na nie najmniejszej uwagi. Diam, obserwująca uważnie
każdy element wydarzenia, nie umiała zrozumieć okrucieństwa, które przepełniało
zebranych tu ludzi. Chaos w jej głowie potęgował się z sekundy na sekundę. Nie
potrafiła się ruszyć, zrobić kroku, a tym bardziej uciec. Choć tak bardzo tego
pragnęła. Zniknąć z tego chorego miejsca.
- Na stos z nią!
Spalić! Zabić sukę! – krzyki były coraz głośniejsze. Tłum zdawał się ponieść
zbyt wielkimi emocjami.
Gdy tłum się przerzedził, dziewczyna
zobaczyła twarz kobiety. Był to straszny widok. Posiniaczona, brudna postać
leżała na błotnistej ziemi. Jej sukienka, tak czysta i biała została skalana.
Kobieta zanosiła się płaczem, krzyczała prosząc o pomoc. Nikt jednak nie był po
jej stronie. Jedna z osób, należących do Zakonu podeszła do niej i wyciągnęła
ku niej rękę. Gdy kobieta uniosła się, chcąc ją złapać, czarna postać z
impretem kopnęła ją w brzuch. W tym momencie Diam zorientowała się, że winowajczyni
jest w wysokiej ciąży. Przepełniło ją silne współczucie i chęc pomocy, więc nie
myśląc dłużej pokonała słabość i ruszyła przed siebie.
- Dokąd
biegniesz?
Delikatny głos za swoimi plecami
zatrzymał ją. Odwracając się, ujrzała ową dziewczynkę, która stała zwrócona w
jej kierunku, trzymając swoją opekunkę za rękę. Zdziwiona faktem, że ktokolwiek
ją zobaczył, zwróciła się do niej.
- Chcę jej
pomóc. – wyszeptała.
- Nie możesz.
Nikt nie może. – głos dziecka wydawał się wyprany z jakichkolwiek emocji.
- Dlaczego? –
Diam podbiegła do niej i uklękła z niemocy przed małą dziewczynką. Zauważyła,
że jedynie ona jest w stanie ją zobaczyć. Nikt nie zareagował na ich rozmowę.
- Jest winna.
- Dlaczego?
- Jest winna. –
cichy głosik dziewczynki doprowadzał Diam do szału.
- Odpowiedz mi,
odpowiedz! – wykrzyczała.
Dziecko spojrzało na nią swoimi
ogromnymi, błyszczącymi oczami. Wydawało się takie niewinne, całkowicie
bezbronne i dobre. Jednak w oczach dziewczynki widniała czysta, nieograniczona
nienawiść. Diam nigdy nie doświadczyła czegoś podobnego. Gdy poczuła drobniutką
dłoń dziewczynki, która opadła na jej ramię, po jej plecach przebiegł lodowaty
dreszcz.
- Taki już jest
porządek tej wioski. Luminosi muszą istnieć. Jedynie oni mają prawo do życia.
Zimna dłoń dziecka powędrowała na szyję
Diam. Coraz silniejszy uścisk odbierał jej dech. Diam próbowała się wyrwać,
szarpała się z małą. Jednak niczego nie wskurała. Palce dziecka wbijały się w
jej delikatną skórę, wywołując ogromny ból. Płuca zdawały się być coraz cięższe
a przed oczami nastawała ciemność. Ostatnią rzeczą, którą zobaczyła był demoniczny
uśmiech małej dziewczynki. Zamknęła oczy.
Poranne słońce przedzierało się przez
zasłony pokoju na poddaszu. Spokojny poranek w Himikawie właśnie się zaczynał. Z
podwórka dochodziły ciche dźwięki ulicznego życia, a rozmowy przechodniów stawały
się coraz głośniejsze. Tą przyjemną otoczkę przerwał głośny pisk dziewczyny,
wydobywający się z jej własnego gardła. Ta nagła pobudka poderwała ją z łóżka.
Diam otworzyła oczy i rozejrzała się uważnie po pomieszczeniu.
Zdawać by się mogło, że nic się nie
wydarzyło. Wszystko było w należytym porządku. Życie biegło swoim naturalnym
rytmem. Jednak coś stale niepokoiło dziewczynę...
Pędem wstała z łóżka i wybiegła z pokoju.
Otwierając każde drzwi, szukała osoby, która mogłaby pomóc jej wyjaśnić sprawę
ubiegłej nocy. Wpadając z impetem do kuchni, ujrzała swoją mamę.
- Już wstałaś? –
spytała kobieta, spoglądając na nią czułym spojrzeniem.
- N-no tak...
- Usiądź,
śniadanie zaraz będzie gotowe.
Diam posłusznie podeszła do stołu.
Odsuwając krzesło, oparła rękę na jego oparciu. Chciała jak najszybciej
wszystko wyjaśnić.
- Mamo? – jej
głos zadrżał z przerażenia.
- Tak, kochanie?
- Jak ja... To
znaczy, jakim cudem... Nie.
- Czy coś się
stało? – kobieta podeszła do niej i spojrzała na córkę z niepokojem.
- Bo... Nie
pamiętam jak wczoraj... Jak wczoraj dotarłam do domu...
- Ah, no tak! Możesz
niczego nie pamiętać. – uśmiechnęła się promiennie.
Zdziwiona dziewczyna wlepiła tępo wzrok w
mamę.
- O czym ty
mówisz?
- Wczoraj do
domu przyniósł cię taki miły, wysoki chłopak. Powiedział mi, że zasnęłaś ze
zmęczenia u znajomych.
- Blondyn?
- Nie.
Zdezorientowanie sięgnęło zenitu.
- Jak wyglądał?
- Nie jestem
pewna, było dość ciemno...
- Mamo! –
uniosła się.
Kobieta przyjrzała się jej uważnie. Gdy
Diam wróciłą do siebie, odpowiedziała jej spokojnym tonem:
- Tak, racja.
Faktycznie, zasnęłam u Lumeny. To zapewne ten jej znajomy, jestem pewna. –
zaśmiała się sztucznie. – Przepraszam cię.
Odeszła niepewnie od krzesła i ruszyła w
kierunku pokoju. Nie zwracała nawet uwagi na to, że mama woła za nią. Pozostała
głucha na wszystko, co działo się wokół. Obchodziło ją jedynie to, co działo
się ubiegłej nocy. Nie była w stanie rozwiać mgły, która owiała jej wpomnienia.
Gdy weszła do pokoju, usiadła na łóżku.
Ręce dziewczyny opadły bezwładnie. Zrezygnowana, spojrzała w sufit. Gdyby tylko
wiedziała, pamiętała.
Spuszczając głowę, jej wzrok padł na
cieniutki, czarny tomik, leżący na szafce obok...
I nagle wszystko wróciło. Cała seria
wspomnień uwolniła się zza mgły. Spotkanie z przyjaciółką, biblioteka, pogoń i
to donośne, posępne wycie. Wszystko znów stało się wyraźne.
Dziewczyna ujrzała przed oczami twarz
chłopaka, którego spotkała w bibliotece. Wstała z łóżka i sięgnęła po tomik.
Przetarła ręką jego delikatną, skórzaną okładkę, przyglądając się mu uważnie.
Nie miał tytułu. Przepełniona niepewnością, otworzyła pierwszą stronę. Ujrzała
na niej ręcznie pisany napis. Czarny atrament wyróżniał się na pożółkłej stronie.
Dziennik
Kundla. Tajemnicza nazwa utkwiła w jej myślach. Gdy przekładała kolejne
strony książki, mała karteczka wypadła na ziemię. Przypomniała sobie, że
została tam włożona przez owego blondyna. Drżącą ręką podniosła ją z ziemi.
Odwróciła skrawek papieru.
Punkt 8:00.
Tam,
gdzie wszystko się zaczęło.
Będę
czekać.
Połączenie wszystkich faktów w jedną,
klarowną całość zajęło jej kilka chwil. Jednak gdy tylko to się stało,
postanowiła działać. Spojrzała na zegarek – miała 15 minut. Rzuciła tom na
łóżko. Kartkę wsunęła do kieszeni.
Wybiegła bez słowa. By odnaleźć odpowiedź.

Czyżbym znów był pierwszy...? Naprawdę, dlaczego Ty mi to robisz? Zaczynam czytać i czytam i czytam i nie mogę przestać, a jak już kończę, to nos mam przy samym monitorze.
OdpowiedzUsuńChyba to już taka tradycja, żeby kończyć w momencie, kiedy kolejna akcja powinna się rozwijać. Ale to dobrze, wzbudzasz ciekawość i dlatego tak często tu zaglądam w poszukiwaniu kolejnych rozdziałów.
I na koniec takie niewielkie zapewne niedopatrzenie. W tym zdaniu:
"Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, by nasza wioska została zapamiętana jako czyste i bez skazy." zamiast "czyste" powinno być "czysta". Pewnie zwróciłabyś na to uwagę przy kolejnym przeglądaniu, ale nie byłbym sobą jakbym się nie przyczepił :)
Dziękuję za poprawkę jak i za kolejny przemiły komentarz~
UsuńNo tak, ucinanie rozdziału na początku kolejnej akcji to podobno moja domena :c Ale cóż, trzeb jakoś utrzymywać czytających w zaciekawieniu, prawda?
Pozdrawiam,
~Daiyamondo.
Wow...po prostu..wooooow. Jestem pod wielkim wrażeniem. Cały rozdziałprzeczytaam z zapartym tchem. Nie do końca rozumiem tutaj rolę Mitani ale myślę że niedługo to wyjaśnisz. Rozdział na 6 z plusem. Czekam na kontynuację. ~Mitani
OdpowiedzUsuńDziękuję ślicznie. ♥
UsuńMam nadzieję, ze nie zawiodę~