wtorek, 10 grudnia 2013

X. Noiry - zwiastun.




Rozległ się przeszywający, ludzki krzyk. Zgrał się z nim głuchy trzask martwych ciał na glebę, pokrytą warstwą rosy. Niewinna trawa, nieskalana ziemia pokryły się szkarłatem. Zatopiły się w nim odłamki tego, co nie trafiło w cel.
Niewidoczne, szklane ostrza.

Zmasakrowanych ciał przybywało. Jedno po drugim, dopełniało śmiertelną mozaikę.
Próbowali uciekać. Chować się. Krzyczeli. Błagali. Płakali.
Dogorywali.
Zbezczeszczone zwłoki, bezbronni ludzie.

Gdzieś w ciszy poranka krążył przytłumiony śmiech śmierci.

______________________________________________
Rozwinięcie rozdziału już w najbliższy weekend!
Zapraszam! :3

poniedziałek, 18 listopada 2013

IX. Łowca.


       Wśród przewyższających drzewa płomieni ukazały się pojedyncze twarze. Twarze młodych mężczyzn. Iskry zdobiły ich ciała gdy bez trudu wydostawali się spokojnym krokiem ze słupa ognia. Kroczyli dumnie, lecz uważnie. Lśnili w ciemności niczym rozżarzone ogniki. Jeden po drugim zataczali koło, obchodzili wnętrze przestrzeni. Pokazywali się światu, który od dawna ich nie widział. Ostatecznie zamknęli okrąg.

- Kto to? - szepnęła Diam.
- Nowicjusze. Ci wybrani, o których mówiłam.
- Nie jest ich zbyt wielu...
- Ci to elita. - sprostowała swą wypowiedź. - Najlepsi z tego roku. Czas, żeby pokazali ile są warci.
 
        Wraz z ostatnim słowem Natsu na środku kręgu pojawił się mężczyzna. Wydawać się mogło, że jego ciało zmaterializowało się samo z siebie. Ot tak. Widać było, że ten potężny rozmiarem, dobrze zbudowany człowiek o bystrym oku nie jest byle kim. Mówiło o tym wszystko, od mięśni ze stali, okrytych peleryną z szarego, zwierzęcego futra, po najmniejszy ruch ciała. Bystrym okiem zmierzył każdego z młodzieńców. Stał sztywno niczym posąg, lecz... Jego oczy stale czegoś szukały. Poruszał ciałem co jakiś czas, by móc spojrzeć na każdego młodocianego z osobna, oko w oko. Czekał.

- Ciekawe jak szybko pójdzie tym razem. - Natsu zacisnęła kciuki. - Poprzedni rekord to 5 sekund.
- Rekord, czego?
- Skopania im tyłków.

        Diam jeszcze raz uważnie spojrzała na zebranych w kole. Faktycznie, wszyscy Nowicjusze przyjęli dość dziwne postawy, które bardziej przypominały przygotowanie do ataku jakiś dzikich zwierząt niż jakiekolwiek znane człowiekowi od wieków, tradycyjne pozy.


        Jednak oczywistym było, że ten spektakl jest czymś ważnym dla ludności tej wioski. Wystarczyło spojrzeć na twarz kogokolwiek z zebranej widowni. Każdy z zapartym tchem spoglądał na tych, którzy mieli właśnie przejść próbę. Niejedni przeżywali dzień dumy ze swojego dziecka. Dumy, która nie była aż tak jasna dla wpatrzonej w wydarzenie dziewczyny.

Mężczyzna zamknął oczy. Serce zabiło szybciej.
Skoczyli.

        Blask zniknął. Wpatrzone oczy obserwujących oczekiwały na ten moment. Właśnie teraz ich oczom miał się ukazać najlepszy z najlepszych. Doskonały wojownik, wyjątkowy młodzieniec, który został wybrany tej nocy by dostąpić zaszczytu rozpalenia pochodni i dołączyć do elity straży Zgromadzenia.

        Złocisty pył opadł na barki młodych mężczyzn, którzy utworzyli krąg wokół starca. Wszyscy lśnili lekko, jakby pod ich skórą znajdowała się warstwa złota. Mieli pochylone głowy i wzniesione prawe ręce - te, które podczas ataku kierowali w stronę swojego mistrza.

- To nadanie pieczęci, Diam. - Natsu zareagowała. - Każdy ze świeżo wytrenowanych nowicjuszy musi ją zdobyć właśnie w Noc Płomieni by stać się pełnoprawnym członkiem kadry Zgromadzenia. Starszy wystawia ich na ostateczny test przed oczami całej wioski. Jest krótki, ale ma ogromne znaczenie. Ma to wzbudzić zaufanie ludzi, bo widzą oni siłę walczących, którzy w razie zagrożenia będą w stanie ich ochronić.
- Szefuńcio nie dał im fory tym razem.


        Diam pospiesznie odwróciła głowę w tył. Intrygujący, ciepły głos, którego nie znała wybił ją ze stanu skupienia. Zamrugała nieco intensywniej i dostrzegła stojącą za nią osobę. Nie była zbytnio od niej wyższa, choć dorównywała wzrostowi Natsu. Bystre, zielonkawe oczy wpatrzyły się w jej twarz, zapewne analizując to kim tak właściwie jest. Najbardziej jednak intrygujące dla Diam były krótko ścięte, brązowe włosy dziewczyny. Wszystkie kosmyki układały się gładko, ledwo zakrywając uszy i kark z tyłu. Diam nigdy wcześniej nie widziała tak wyjątkowej fryzury - jednocześnie krótkiej i bardzo urokliwo-dziewczęcej.

        Natsu radośnie powitała gościa. Z szerokim uśmiechem objęły się i przytuliły. Widać było, że znają się nie od wczoraj i są ze sobą w zażyłych stosunkach. Jej imię brzmiało Mirth.

- Poprzednim razem podobno kilku z nich wytrzymało, dziś nikt. - włączyła się do rozmowy. - Jego siła jest znacznie większa.
- Fakt, ten dziwny cios powalił wszystkich. - zasmuciła się Natsu. - Biedni, nikt nie ustał na nogach. Chociaż... Dlaczego ludzie klaszczą?


        Dziewczyny rozejrzały się wokół na szczęśliwe oblicza miejscowych. Wiwatowali, krzyczeli, klaskali najgłośniej jak mogli. Chcieli wyrazić ten ogromny szacunek do tego, który dzięki ciężkiemu treningowi osiągnął najwięcej i poprowadzi kolejną część ceremonii.

 
- Czy to ten syn Moricardów? Czy to on? - odezwała się kobieta stojąca obok.
- Tak, to on! - wykrzyknął starszy jegomość.
- Mówili, że jest faworytem. Nie mylili się. - dorzuciła pewna młódka.
- Czy... Czy oni mówią o Quince' ie? - spytała Mirth z fascynacją w oczach. - O nim, prawda?
- Mówisz o Panie Nadęty-Mięśniak? Proszę Cię. Po co tyle szumu.
- On jest najlepszy! - zakrzyknęła z oburzeniem.
- Skąd możesz wiedzieć? Przecież nie było z nimi kontaktu. Nawet nie wiesz jak teraz wygląda.
- Przesadzasz Natsu. - rzuciła, splatając ręce na piersi. - Nie od wczoraj wychodzą na jaw przecieki z ich treningów.
- To paranoja.
- Natsu...


        Sprzeczka wydawała się nie mieć końca. Jednak wpatrzona w dal Diam nie skupiała się na słuchaniu dziewczyn i ich dziwnych problemów. Ciekawiła ją osoba, której jeszcze nie potrafiła ujrzeć. To wszystko było dla niej nowe. Stale badawczo obserwując mogła choć trochę poznać świat, do którego trafiła. Zapomniała o poszukiwaniach drogi ewakuacji z tego miejsca. Przeciwnie - coś pchało ją do tego, by zostać tu jeszcze sekundę dłużej. By patrzeć dalej, myśleć intensywniej, szukać głębiej. Temu nieprzerwanie wypatrywała chociażby kształtu człowieka, który dostąpił dziś jakże wielkiego zaszczytu wyróżnienia. Starzec przesunął się krok w tył by pokazać w pełni okazałości wysokiego chłopaka, który jako jedyny podobał próbie. Stał twardo na obu nogach, nieruchomo. Przypominał zastygły posąg bądź woskową figurę o wyjątkowo doskonałym ciele. Rzeźbiarz miałby niezwykle trudne zadanie chcąc podjąć się wyrysowywania takiej budowy w jakimkolwiek materiale.


        Nowicjusz poruszył ręką. Jego kasztanowe włosy rozwiał zimny wiatr, który bez zapowiedzi nawiedził leśną polanę. Zrzucił pył z ramion mężczyzn, zanucił cicho w liściach i zniknął. Wraz z nim umilkły wszelkie oklaski.


- Mieszkańcy tej wioski! Przedstawiam wam najmłodszego z obecnej sekcji, najbardziej utalentowanego i odważnego, przyszłego Łowcę, Quince'a Moricarda!


        Brawa były głośniejsze niż poprzednie. Wiwatom nie było końca, trwały niezwykle długo. Kobiety oraz jegomość mogli potwierdzić swoje spekulacje tym mocnej, że chłopak zdecydował się zatoczyć koło by pokazać się nieco bliżej zgromadzonym. Podawał im rękę, kłaniał się, delikatnie uśmiechał. Sprawiał wrażenie dobrze wychowanej, poukładanej i bardzo pewnej siebie osoby, która od zawsze wiedziała do czego dąży. Ciepło emanowało od niego. Posyłał do ludzi swoją pozytywną energię, obdarzał ich czymś na kształt promieni słonecznych, które każdy czuł na swoim sercu. Starsi gratulowali poprzez podanie dłoni, młodsi klepali po plecach. Witali go jak najwspanialszego zwycięzcę.


- Wreszcie wrócą do domu, co? - odparła z uśmiechem Diam.
- Tak, wreszcie. - odpowiedziała Natsu. - W sumie każdy z nich miał możliwość tylko do jednorazowej przepustki by wrócić do rodziców.
- I to na ledwo 24 godziny. - Mirth smutno zawiesiła spojrzenie. 

- Tak krótko? - w głosie Diam dało się odczuć zdziwienie.
- Niestety. - Mirth zerknęła na nią. - To ma zapobiec wyjawianiu zbyt wielu tajemnic szkolenia.
- Nie rozumiem tego systemu. Jeśli coś ma się wydać to nawet w ten jeden dzień się wyjawi.
- Racja. Nie mam pojęcia jak to działa... 
- Trzeba spytać Kamu. - dodała Natsu. - On pewnie będzie wiedział jak to działa.
- No tak, zawsze go interesowały te systemy szkoleń. - Mirth zaśmiała się cicho.

        Na sam dźwięk tego imienia myśli Diam doznały czegoś podobnego do paraliżu. Czy czasem się nie przesłyszała? Jaka jest szansa, że to właśnie ten Kamu? Może to przypadek? Krew wezbrała na szybkości.


- Kamu? - udało jej się ukryć zaskoczenie.
- Taki nasz miejscowy specjalista od zadawania bólu, jak to trafnie powiedziała Mirth.
- Bez przesady, Kamu nie jest tak zły. Rozmawiałam z nim ostatnio i żyję, spójrz! Jestem w jednym kawałku. 

- To ci wyczyn, brawo. - zachichotały chórkiem. - Co do Kamu, trzeba na niego uważać. Ciesz się, że jeszcze go nie spotkałaś, Diam. 
- Powiedzcie mi o nim coś więcej.

        Obie spojrzały na nią pytająco. Na widok ciekawskiego spojrzenia Diam postanowiły dać się namówić na rozmowę na jego temat.
- Kamu to taki typ człowieka, którego powinno się unikać. - głos Mirth był śmiertelnie poważny.
- I ona nie żartuje. Nigdy nie wiesz co mu strzeli. Nie widać po nim o czym myśli, jaki ma humor, strach nawet go spytać o cokolwiek. Gdy idzie drogą ma kamienną twarz bez najmniejszego śladu emocji. Zero.

  
Ale... Jak to?

 - O, tam! Jest i on. -  Mirth wskazała palcem w prawo, między głowami zebranych. - Czarna kurtka, brązowe włosy. Stoi oparty o buk, odbija się od jasnej kory. Widzisz? 

Więc, to prawda. Tylko, co on tu robi? Może...
Może powinnam z nim porozmawiać?

- Wszyscy mieszkańcy wioski!


        Powietrze wypełniło się lekkim, męskim głosem o zawadiackiej barwie. Na chwilę odwróciło uwagę dziewczyny, zerknęła w kierunku, z którego dobiegał.


- Dziękuję wam wszystkim za tak ciepłe przyjęcie! Postaram się z całych sił wykorzystać wiedzę, którą posiadłem dzięki ciężkiej pracy.


        Na polanie pozostał tylko sam Quince. Nie było śladu po pozostałych: ani grupie Nowicjuszy, ani starszym mężczyźnie. Młody chłopak przemawiał do ludzi w obecności Rosean, która narzuciła mu na plecy płaszcz zrobiony z zajęczych futer. Osłonił silne ramiona, przykrył szerokie plecy. Każde słowo, które wypowiadał było pełne szczerości i prawdy, przemawiał pewnie.


        Uniósł brodę w górę i spojrzał gwiazdy, po czym dokończył swoje przemówienie:


- Niech świat zapłonie.


        Powoli spuścił wzrok w dół a z tłumu wyszło kilka osób by wręczyć mu białą pochodnię o wykuwanej srebrem rękojeści. Nabrał powietrza w płuca, po czym... Zionął ogniem.


        Gdzieś z drugiej strony polany rozbrzmiała cicha muzyka. Słychać było piski flecików stukanie bębenków oraz słodki dzięki dzwoneczków. Wokół polany rozbłysły światła, wzniesione ponad tłum na zdobionych uchwytach. Ludzie ruszyli, a ceremonii prawie dobiegł koniec.


- Diam, idź.


        Odwróciła wzrok w kierunku Natsu, która wskazała ręką w stronę Quince'a.


- Ja?
- Przecież po to tu przybyłaś, tak?
- Idź! Twoja kolej! - zawołała Mirth.


        Niezbyt świadoma tego, co powinna robić dalej, Diam ruszyła przez tłum do wnętrza okręgu. Mijała najróżniejszych ludzi, którzy przyglądali jej się niepokojącym wzrokiem. Nie był on zbyt miły. Wydawać się mogło, że wręcz przeciwnie... Tylko, dlaczego?


        Postawiła pierwszy krok na wolnej od ludzi, zielonej trawie. Została zauważona najpierw przez Rosean, która skinęła na nią głową. Dopiero, gdy dziewczyna wyraźnie wybiła się z tłumu zauważyła ją cała reszta społeczności. Cichy szmer przebiegł za jej plecami, ciekawość nowej twarzy widniała na twarzach tępo wpatrzonych w nią osób. Starała się tego nie zauważać.


        Postanowiła zatrzymać się w stosunkowo bezpiecznym miejscu. Stanęła naprzeciw Rosean i Quince'a, który z jakiegoś niewyjaśnionego powodu zażarcie się jej przyglądał.

- Czy to Ty masz dostąpić tego zaszczytu? -głos staruszki był głęboki i gderliwy.
- Tak. - nie umiała wykrzesać z siebie ani słowa więcej.
- Miło mi cię poznać, drogie dziecko. Niech światło prowadzi cię dzisiejszej nocy. - opuściła głowę na kilka chwil, po czym spojrzała na chłopaka. - Łowco, czyń honory.


        Dziewczyna zerknęła na twarz młodzieńca. Była tak... Idealna. Jedynie z bliska można było ujrzeć wiele nieznanych jej wcześniej szczegółów. Młody Łowca miał delikatnie zarysowane policzki, dodające mu młodej, książęcej urody. Jego oczy płonęły złotym miodem, przez co idealnie zgrywały się z dwoma złotymi kosmykami, które od wewnątrz były włożone za jego prawe ucho. Nieco długie włosy spływały falami po karku, niewinnie dotykały policzków i zakrywały czoło. Panicz z bogatego dworu, powie jeden. Młody bóg, powie drugi.


        Jednak jego uroda nie pasowała do ciała. Kontrast delikatności oblicza i wyrazistych mięśni był zbyt wielki. Wydawało się, że oba elementy należały do dwóch całkiem różnych osób zostały omyłkowo połączone.


        Quince sięgnął po dłoń Diam, unosząc ją do swych ust. Nie odrywając wzroku od jej twarzy ucałował grzbiet dłoni i powoli ją zniżył. Dziewczyna spojrzała w jego złote oczy, wpatrzone w nią bez sekundy spoczynku. Podał jej pochodnię w taki sposób, jakby była najmniej ważna i dopiero co sobie o niej przypomniał. Diam złapała ją oburącz, lecz nie wiedziała co dalej. Nim jednak zdążyła zastanowić się nad tym głębiej, naprzeciw niej powstało przejście przez tłum. Postanowiła ruszyć, co mogła zrobić innego. W ciągu kilku kroków dołączyli do niej grajkowie oraz kilka osób niosących światła. Zdjęli z niej problem kierunku i drogi przejścia Za jej plecami sypały się kwiaty a chichot małych dzieci dodawał pewności siebie. Ostatecznie uniosła dumnie brodę, wyprostowała plecy i dała się ponieść wydarzeniu.


        Gdy wychodziła z polany, ujrzała dziewczyny trzymające za nią kciuki. Mimowolnie uśmiechnęła się do nich zadowolona z tego, że dzięki nim mogła wypełnić swoją nocną misję.


W połowie drogi do wioski dobiegły ją dziwne dźwięki, które niczego nie przypominały.

Nie znała ich.
Zwróciła głowę do tyłu by dowiedzieć się cóż to takiego.
Niczego nie ujrzała.


Zaskoczyło ją to, że tylko ona zareagowała na ten dźwięk. Wydawało jej się, że nikt inny nawet nie odwrócił wzroku, nie szukał źródła.


Nie słyszeli?

- Czy coś się stało? - usłyszała głos Quince'a za plecami. Nie wiedziała, że tuż za nią kroczyli Nowicjusze, przez co brak dobrej reakcji odbił się rumieńcem na jej twarzy. Widząc jej zdenerwowanie chłopak podbiegł nieco, zrównał z nią krok i położył rękę na ramieniu dziewczyny. - Słyszysz mnie?
- T-tak? - Diam wybudziła się z emocji. Ujrzała jego zmartwiony wyraz twarzy, który był kolejną rzeczą nie pasującą do niego. - Ah, nie. Wszystko gra, dzięki. - odpowiedziała szybko i przyspieszyła kroku.

- Jesteś pewna? Nie wydaje mi się. - ciepłe spojrzenie wywiercało dziury w jej twarzy.
- Nic się nie stało. - zgięła kark wprzód i schowała głowę za ramieniem.

        Zapanowała chwila niezręcznej ciszy. Chociaż w tym wypadku cisza była pojęciem względnym. Wokół nich panował niewyobrażalnie szczęśliwy hałas. Muzyka grała na całego, a ludzie nie chcieli być gorsi. Wtórowali słodkim dźwiękom, klaskali do rytmu, przytupywali, niektórzy nawet tańczyli po bokach pochodu. Ciepła atmosfera i śmiech były ciepłym okładem na serce.

- Jestem Quince, a ty? - dopytał nieśmiało, co ją nieco rozbawiło.
- Diam. - spojrzała mu prosto w oczy i obdarzyła przyjaznym uśmiechem.
- Diam... Dość niebywałe imię jak dla dziewczyny. - położył dłoń na karku. Jego z początku spokojne oblicze nagle zmieniło się w bardzo niepewne a w oczach zalśniła skrucha, gdy mówił: - O-oczywiście nie zrozum mnie źle! Bardzo mi się podoba!

        Zaskoczony spokojem na jej twarzy i ciągłym skupieniem spojrzenia w stoickim stanie speszył się i odwrócił wzrok w przeciwnym kierunku.

- Coś ten pobyt z dala od ludzi ci nie posłużył. - powiedziała nieco ironicznie.
- Czemu tak sądzisz? - spojrzał na nią kątem oka.
- Boisz się rozmawiać z ludźmi, to widać. - przechyliła głowę w przeciwnym kierunku.
- Mówisz to z taką pewnością w głosie. - uniósł brwi by nadać swojemu spojrzeniu niedowierzający wyraz.
- Kłamię? - sama dziwiła się temu z jaką pewnością siebie potrafi kontynuować wymianę zdań

        Nawet nie zorientowali się, że szli obok siebie, ramię w ramię ze wzrokiem wbitym w oczy rozmówcy z takim skupieniem i zażarciem. Dopiero, gdy Quince zorientował się, że wciąż trzyma dłoń na ramieniu Diam ściągnął ją do ciała pospiesznym ruchem i odsunął się na odległość kilku kroków w bok. Ostatni raz spojrzał na nią i uraczony jej triumfalnym uśmiechem odszedł w tył, do swojego rzędu.

- Diam, tak? - krzyknął do niej.
- Tak! - odwróciła głowę.

Jego już nie było.

środa, 7 sierpnia 2013

VIII. Ogniste wspomnienia.


            Płomienie rozdzierały granatowe niebo na strzępy. Nie miały końca. Sięgały aż do gwiazd, o ile te nie uciekły z nieboskłonu by choć na chwilę zażyć spokoju, którego dziś w tej wiosce było dość mało. Kilka drobnych, czarnych ptaków krążyło wysoko nad paleniskiem. Wyglądały jak wygasłe już iskry, jak popielne cienie. Kręciły się stale w niezmiennym szyku, tańcząc nad coraz to większym zgromadzeniem. Z pewnością miały najlepsze miejsca do obserwowania wydarzeń bieżącej nocy. Niektóre z nich czasem pikowały w dół by utonąć wśród trawy i zebrać to, co przypadkowo się w niej znalazło. Widziano je jak podjadają ziarna zbóż, owoce i inne plony, które ludzie przynieśli ze sobą by dać je w ofierze jako podziękowanie za udany rok. Biegały wśród nóg zebranych, wydając z siebie jedne z nielicznych tej nocy dźwięków. Szybko uciekły gdy syczące płomienie zmieniły swój kurs pod wpływem wiatru. Mieszkańcy z wolna tworzyli coraz ciaśniejszy krąg wokół paleniska. Kolejni dołączali do nich, spoglądali znad głów. Dzieci podbiegały nieco bliżej, ubrane w skóry dzikich zwierząt. Na twarzach nosiły maski, które z pewnością wykonały dzięki pomocy swoich rodziców. Ich radosne piski, chichot i tupanie stópek napawały dumą przekazywania tradycji. Od pierwszych lat życia były uczone żyć tak, jak należy. W zgodzie ze światem.

            Wśród natłoku głów i ciał pędem przemknęły dwie młode dziewczyny. Jedna z nich, nieco wyższa niosła pod pachą małą figurkę słomianego wilka, zabraną z domu. Druga, niższa trzymała stale w piąstce fałdy swojej sukienki, które smagały po jej nogach. Pospiesznie dotrzymywała kroku pierwszej a jej przestraszone oczy przyglądały się zebranym. Tłum rozstąpił się gdy parły w stronę ognia. Dopiero z bliska było widać, że snop jest w kształcie wilczego łba, uniesionego do góry, wyjącego. Z pyska wydostawały się kompilacje płomieni, jednych bardziej jaskrawych  od kolejnych. Wilcze nozdrza kopciły się i żarzyły. Nawet misternie robione kły długo wytrzymały ten piekielny ogień. Choć uszy już dawno zniknęły w stercie spalonej słomy, snop stale wyglądał jak arcydzieło, robione ręką wprawionego w swój zawód artysty.

-   Piękne... - głosik Diam był pełen przejęcia.
-   Podoba ci się? To dzieło moich rodziców. - uniosła dumnie podbródek.
-   To właśnie ten stos mieliście przygotować?
-   Tak, w rzeczy samej. - spojrzała ukradkiem na zauroczoną twarz Diam. Dostrzegła, że ta jest absolutnie zafascynowana wydarzeniem. Jej serce urosło. - Może... Może masz ochotę?

            Natsu pospiesznie wyciągnęła ręce w kierunku Diam. Trzymała w nich kurczowo słomianą figurkę, którą chciała powierzyć w te drobne, nieporadne, porcelanowe łapki.

-   A-ale... Czy złożenie tegorocznej ofiary nie powinno być twoim zadaniem?
-   Nie przejmuj się. - zachichotała. Jej oczy lśniły pogodnie złotymi płomieniami. - Wolę, żebyś to ty się tym zajęła. W końcu to ty jesteś naszym gościem.

            Drobny uśmiech nie znikał z twarzy Natsu. Ba, stał się jeszcze większy w momencie, gdy ujrzała to ogromne zakłopotanie na buźce Diam. Złapała jej dłoń i położyła lekko na grzbiecie wilka, sama stale podtrzymywała go za brzuch.

-   Co powinnam zrobić? - dopytała Diam, gorączkowo ściskając figurę.
-   Czekajmy na znak. Widzisz tamtą kobietę? Tą siedzącą na lnianym płótnie? - wskazała palcem w lewo. Diam powiodła wzrokiem za jej palcem. - To Rosean. Tutejsza najważniejsza członkini Zgromadzenia. Ludzie mówią, że razem z Matjasem są ostatnimi ludźmi w wiosce, którzy mogą pamiętać Luminosów. Niezła z niej wiedźma...
-   Poważnie? - otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
-   Coś ty, tak tylko mówią. - spojrzała rozbawionym spojrzeniem na Diam. - Chyba nie wierzysz w tego typu magię, co?

            Zawadiacko przyglądała się jej twarzy. Diam chcąc lepiej przyjrzeć się kobiecie zaczęła dokładnie mierzyć oczami jej obraz. Zaskoczył ją wygląd kobiety. Miała na sobie bardzo skromną szatę. Wyglądała bardziej jak zwykła, brązowa płachta z podrzędnego materiału, zarzucona na jej ramiona i owinięta wokół ciała. Jedynym, co wyróżniało się w jej wyglądzie były czarne, gęste włosy i jasnozielone oczy, spoglądające zza nich. Dodawały kobiecie groźnego wyglądu, powodowały respekt. Gdy poruszyła ręką, materiał powoli zaczął się z niej zsuwać. Oczom Diam ukazały się wzory, niestety nie do rozpoznania z tej odległości. Czarne kształty otaczały całe przedramię i spływały aż do palców. Linie były dość okazałe, wiły się, pięły i spadały, póki ponownie nie zostały okryte materiałem. Diam wiodła wzrokiem wzdłuż wąskich ramion staruszki, wzdłuż każdej zmarszczki na jej twarzy. Kryły się w nich z pewnością niesamowite historie, które miały miejsce przed laty. Oczy kobiety z pewnością musiały być świadkami tylu nadzwyczajnych wydarzeń... Tylko czemu w tym momencie wpatrywały się właśnie w Diam?

            Kontakt wzrokowy trwał dość krótko, można by policzyć go w setnych sekund. Już chwilę po nim Rosean znów przyglądała się gromadzie dzieci, która hasała przed nią. Wydawała się jakby nieobecna, zamknięta we własnym świecie. Zamyślona, złapała do ręki hebanowy kostur, przewieszony wisiorem z piór. Podniosła się z lnianego posłania i podparła na kosturze by ostatecznie ująć go w dłoń i unieść wysoko nad głowę. Na widok tego gestu cały gwar zniknął. Ludzie umilkli, dzieci znieruchomiały, nawet ptaki przestały się poruszać. Wszystko wokół wydało się martwe.

-   Drodzy zebrani! - powiedziała staruszka bardzo wyraźnym i dostojnym głosem. - To właśnie dziś przypada ta noc, na którą wszyscy tu czekaliśmy przez wiele lat życia. Noc, budząca w naszych sercach iskierki nadziei. Nadziei na lepszą przyszłość.

            Płomienie niemiłosiernie syczały, dym otaczał ludzi. Liście szeleściły. Przypominały swym dźwiękiem orszaki trzepoczących skrzydeł, które miały nadlecieć wraz z szalejącym wiatrem. Nawet jezioro, rzekomo łagodne odczuło wyjątkowość wydarzenia i jakby chciało dać o sobie znać. Jedynie ludzie milczeli a ich uszy zasłuchane były w głosie Rosean.

-   Nie bójcie się! - wykrzyknęła z nie małym zapałem. - Ta noc na długo pozostanie w waszej pamięci. Będzie najbardziej wyjątkową ze wszystkich Nocy Płomieni, które odbyły się tu, w Himikawie. - kobieta wyszła przed tłum, krocząc bliżej ognia. Stawiała rytmiczne, równe kroki. - Lecz co ja mogę? Sama, jedna? To my, wszyscy wspólnie mamy ogromną moc. Sprawmy, by te słowa nie stały się kłamstwem. Niech ten ogień symbolizuje wasze wieloletnie starania, codzienne trudy i pracę nad polepszaniem sytuacji nas, wszystkich mieszkańców! Niech ten ogień wniesie w wasze umysły zapał, który będziecie pielęgnować przez następne lata, dbając o wielkość i potęgę tego, kim jesteśmy.

            Stanęła po drugiej stronie stosu. Objęła kostur obiema rękami a palce splotła ze sobą. Zamknięte oczy odgradzały jej świadomość od świata zewnętrznego, który zdawał się znieruchomieć razem z nią.

-   Niech zawyje duch pradawnych, potężnych władców tych ziem. - jej głos brzmiał tajemniczo. - Niech zstąpi na ziemię, spojrzy na swoich braci i siostry, co zebrali się wokół.

            Rosean ponownie uniosła kostur pionowo, ponad ziemię. Odczekała chwilę po czym wręcz niezauważalnie na sekundę skierowała wzrok na Natsu. Ta wiedziała co powinna zrobić. Podeszła kroczek bliżej ognia, przykucnęła wśród dymu. Diam ruszyła za nią. Rosean rozwarła szeroko swe przenikliwe oczy i krzyknęła donośnie:

     -   Niech rozpocznie się Noc Płomieni!

            W tej samej chwili dziewczyny wrzuciły do paleniska figurkę i pospiesznie odsunęły się by obserwować to, co miało się stać. Niefortunnie do niczego nie doszło.

-   No działaj, działaj... - zaklinała szeptem Natsu.

            Rozbawiło to Diam, która czerpała dziwną radość z obserwowania widowiska. Niespokojną, przedłużającą się ciszę ostatecznie przerwały głośne trzaski. Z rozwścieczonego do granic czerwoności ognia wystrzeliło coś na kształt... Fajerwerków? Trzy potężne świetliste kule pięły się wyżej i wyżej, jakby chciały konkurować z gwiazdami. Gdy one osiągały wysokość, płomienie nabrały dość dziwnego wyglądu. Zewnętrzny obwód stosu stał się jasnozielony. Przypominał barwą soczystą trawę, rosnącą gdzieś w głębi tajemnego lasu. Zza trawy wyłaniała się ciemniejsza ściana krzewów a za nimi, w centralnym punkcie wyrastały ciemne drzewa, najwyższe ze wszystkich. Kiedy ich korony okryły to, co poniżej, blask czerwieni rozpalił niebo. Lśniące kule, jedna po drugiej przemieniały się w soczyste pączki kwiatów. Pękały kolejno, otwierały się, zdobiły niebo. Sprawiały wrażenie, że są żywe, że właśnie tam, na górze jest ich miejsce. Każdy płatek z osobna radował twarze zebranych, oniemiałych z wrażenia. Składali ręce, zakrywali usta, przecierali oczy. Oddawali się chwili, bez słowa podziwiali to, co działo się na ich oczach. Jedynie Natsu zaciskała nerwowo kciuki przy policzkach a z nerwów zaczęła przygryzać dolną wargę. Wyglądała komicznie, stojąc tak w skupieniu i przyglądając się swemu dziełu, które stale przechodziło nieoczekiwane przemiany. Okazałe kwiaty z wolna stawały się nieco bardziej bordowe, gdy z ognia ponownie wydobyło się kilka drobnych iskier. Te pospiesznie pomknęły w górę a ich ślad mienił się złotymi iskrami. Wiły się wśród kwiatów, dzieliły się, plątały ze sobą. Złoty ornament otaczał z wolna płatki podczas, gdy te odrywały się kolejno i zamieniały w migocący, bordowy pył. Opadał w dół, pchany delikatnym wiatrem lecz zamiast opaść dół zawisnął nad ogniem, jakby położył się na niewidzialnej nici. Błyszczące kryształki spływały powoli w dół. Wyglądało to jak zamarznięte sople lub stalaktyty, zawisłe w powietrzu. Ich kolor stawał się ponownie iskrzący, miejscami miedziany. Jednym przypominały błyszczącą plażę, innym lśniący w słońcu kanion. Kolejni dostrzegali niezwykłe skały. Gdy zastygły w bezruchu, okalająca nić również skończyła swój bieg. Nikt nie spodziewał się, że złote, pociągłe ślady utworzą na niebie znaki, układające się w kilka słów. Niestety, Diam nie umiała ich rozszyfrować.

-   Natsu, co to oznacza? - Diam podniosła się na palcach i cicho wyszeptała.
-   „To, co czyste nigdy nie zginie”. - odpowiedziała z dumą.
-   Co to za znaki?
-   To prastary zapisek, należący do pierwszych ludzi-wilków. Słowa te od zawsze był powtarzane przez mieszkańców. Próbowałam odwzorować pismo... - zachwyt w jej głosie nieco zmienił się w obawę.
-   Jesteś najlepsza, Natsu. - odparła Diam i przytuliła ją ciepło.
-   Będę, jeśli się uda...
-   Co?
-   Patrz.

            Jej szczery uśmiech oznaczał wszystko, co nieprzewidywalne. Jednak Diam nie musiała zbyt długo czekać. Gdy odwróciła wzrok w stronę formujących się kształtów, złote znaki z lekkim szelestem zsypały się w dół i ułożyły drugą warstwą na ognistej podstawie. Spoczywały niewzruszenie, błyszczały w czerwonych płomieniach ogniska, które prawie wróciło do początkowego stanu. Nic nie przebijało panującej wokół ciszy. Nic, poza liśćmi, które zerwały się z nocnym wiatrem. Złoty pył wzmógł się, uniósł wzwyż. Widać było jak wiatr kręci drobinkami, podrzuca je w górę. Złota posypka stworzyła pokaźny stos, jakby zgarniętych, jesiennych liści. Kto by się jednak spodziewał, że rozsypie się on gdy wyskoczy z niego potężny wilk. Złota bestia strzepała ze swej sierści kryształki, które uniosły się w górę i utworzyły nad niego głową coś na wzór nocnego nieba. Uniesiony łeb stworzenia rozejrzał się wokół, jego łapy mocno utwierdziły się na czerwonych skałach. Podniósł władczo ogon, postawił uszy, potrząsnął głową by następnie zawyć z głębi gardła. Wycie wypełniało atmosferę mistyczną mocą, emanowało potęgą. Świadczyło o sile, odwadze i męstwie tych, których symbolizowało właśnie to, niepozornie wyglądające stworzenie. Gdy wycie dobiegało końca, wilk opuścił łeb a następnie wskoczył w sam środek ognia a za nim posypał się czerwony kanion. Płomienie ostatni raz zaświszczały, po czym odzyskały swój wcześniejszy wygląd.

            Wrzawie nie był końca. Ludzie wiwatowali, śmiali się, okazywali podekscytowanie. Kilkoro podbiegło nawet do Natsu by pogratulować jej wspaniałego pokazu. Ta dziękowała a uśmiech nie znikał jej z twarzy. Również Diam dzieliła z ludźmi tą wspaniałą, wyjątkową atmosferę jedynego w swoim rodzaju święta. Nie zauważyła nawet gdy wokół nich zebrali się grajkowie, uzbrojeni w nietypowe instrumenty. Inni, z koszykami i wieńcami polnych kwiatów ruszyli przodem. Wyprzedziły ich jedynie małe dzieci, które jak leśne duszki prowadziły wszystkich wprost do środka lasu. Nie wiadomo skąd pojawili się ludzie z pochodniami, ubrani w płaszcze z kapturami. Ustawili się pojedynczo, po dwóch stronach. Pochód był niesamowity. Każdy odgrywał w nim osobną rolę, był kimś innym. Tracił poczucie jednostki na korzyść stawania się społecznością. Gdy wszystko nabrało tępa, Diam podbiegła do Natsu, która kroczyła nieco przed nią, otoczona grupą mieszkańców. Zrównała z nią tempo.

-   Co się teraz dzieje? - dopytała.
-   Właśnie teraz nadszedł czas na ofiarowanie Nowicjuszy. - odpowiedziała cicho.
-   Nowicjuszy?
-   Tak. To grupa chłopaków w młodym wieku, którzy od dziecka trenowani byli po to, by dzisiejszego dnia dowieść tego, że są następcami Luminosów.
-   Co masz na myśli? - jej oczy zalśniły ciekawością.
-   Chłopcy, urodzeni na osiemnaście lat przed Nocą Płomieni zawsze mają możliwość stania się Nowicjuszami. Jedynie ten konkretny rocznik staje się rocznikiem wybranych. Wystarczy tylko, że rodzice zdecydują się oddać swych synów pod opiekę tutejszemu Zgromadzeniu. Wtedy od dziecka uczeni są różnych stylów i typów walki, szczególnie tych, o których już się zapomniało. Stają się najpotężniejszymi wojownikami wioski.
-   Wojownikami w garści Zgromadzenia... - szepnęła pod nosem.
-   W rzeczy samej. - głos Natsu był dość poważny. - Temu właśnie Zgromadzenie budzi tak ogromny respekt.
-   Czym jest Zgromadzenie? - mówiła coraz ciszej, a jej stopy z wolna kroczyły pośród tłumu.
-   Zgromadzenie to tutejsza rada, która rządzi wioską. Kiedyś należeli do niej jedynie Lumiosi i to ci najczystszej krwi. - przygryzła wargę, poddenerwowana tematem, o którym rozmawiały. - Wiele się zmieniło od czasu, gdy czystość linii została złamana. W radzie zasiadał ten, kto miał siłę lub wpływy. Jedynie mała grupka ludzi, którzy tam zasiadają są wartościowi. Do tego można wyliczyć na palcach tych, którzy jakkolwiek pamiętają czasy czystości: Verdana, Rosean, Matjas, Ertia...
-   Ile mają lat?
-   Ertia jest z nich najmłodsza, ma zaledwie 35 lat. - przyspieszyła kroku.
-   35 lat?! Jak to? - z niedowierzaniem spojrzała na towarzyszkę.
-   To nic dziwnego, jest dość... Jakby to lekko powiedzieć... Jędzowatą imperatorką. - zaśmiała się z pogardą.
-   Ertia jędzą? - powiedziała nieco za głośno.

            Po tych słowach Natsu zatkała dłonią usta dziewczyny z nadzieją, że nikt nie słyszał tego, co przed chwilą padło. Jednym zdecydowanym szarpnięciem pociągnęła Diam poza szeregi ludzi. Minęła mężczyznę z pochodnią i ruszyła w głąb lasu bez zwracania uwagi na to, czy Diam nadąża za nią, czy nie. Przystanęła obok potężnej brzozy.

-   C-czy powiedziałam coś nie tak? - spytała zaniepokojona Diam.
-   Odrobinę. - mówiła przyciszonym głosem. - Gdyby ktokolwiek to usłyszał, jutro rano mogłabyś nie obudzić się żywa. - zachichotała.
-   Ertia jest aż tak groźna?
-   Niestety. - odwróciła się w stronę światła pochodni. Zaczęła iść za nim by nie stracić ludzi z pola widzenia. - Choć groźniejsze są jej wszystkie sługusy, tępo podążające za jej rządami. Ertia to jedna z tych, co używa swego wdzięku by osiągnąć to, czego chce. W Zgromadzeniu znalazła się tylko dlatego, że poślubiła jednego z jej członków, Urivera. A że ten był już starcem, niedługo potem zmarł a ona zajęła jego miejsce w radzie.
-   Wydaje się dość młoda... Ile lat ma najstarsza osoba w Zgromadzeniu?
-   428, w tym roku.
-   Niesamowite... - Diam pierwszy raz słyszała o takim wieku. - Może pamiętać to, co działo się kiedyś... Jak się nazywa?
-   Rosean.
-   Rosean?! - znów nie dowierzała temu, co usłyszała.
-   Tak. - mówiła z przekonaniem w głosie. - Po niej najstarszy jest Matjas, 76 lat oraz Verdana, 74. Ta dwójka pamięta czasy Luminosów z opowieści swoich pradziadków, którzy dożywali równie sędziwych wieków co Rosean. Pozostali nie mają pojęcia o tym, co miało miejsce, gdy Luminosi stąpali po naszych ziemiach.
-   Jakim cudem żyli tak długo?
-   Zadajesz całkiem dużo pytań jak na taką drobinkę... - jej twarz ponownie zdobił ten sam uśmiech. Odsunęła gałąź dębu by iść dalej za tłumem. - Luminosi lubili unikać zasady czystości linii. Byli uwikłani w liczne romanse, z których nie raz wynikały dzieci... Dzieci, nabywające niezwykłych cech. Luminosi byli rasą, której członkowie dożywali normalnego wieku. Tego, co pospolici ludzie. Gdy dochodziło do spłodzenia wilczo-ludzkiego dziecka, wtedy wynikały problemy. Nie dość, że rodzice takiego dziecka zostawali najczęściej zabici, i to w mało przyjemny sposób, to do tego dziecko stawało się wyrzutkiem. Nikt nie chciałby przecież zadawać z kimś takim. Wróżyło pechem.
-   Więc Rosean jest dzieckiem Luminosa?
-   Tak. Z tego, co wiem jej matka była czystej krwi Luminosem. Temu dzieciństwo Rosean nie było zbyt kolorowe. Nigdy nie dowiedziałam się jak udało jej się wytrwać tyle lat.
-   Rosean zapewne jest największym autorytetem dla ludzi w wiosce...
-   Jest tutejszą szamanką, mentorką i najlepszym psychologiem. Ma poparcie ludzi, ale nie ma go w Zgromadzeniu. Tylko mała grupa słucha tego, co ma do powiedzenia.
-   Reszta kogo słucha?
-   A jak sądzisz?

            Odpowiedź była jasna.

-   Mówiłaś o przerwaniu czystości linii. Kiedy to się stało?
-   Nie da się tego stwierdzić. Pierwsze dzieci z mieszanych związków zapewne były zabijane by zatrzeć dowody. Dopiero później, gdy to się nasiliło ludzie z wioski poszli na pewną umowę z Luminosami. Ustalili, że wilki ukryją się w lesie i zostawią ludzi w spokoju. Jedynie podczas Nocy Płomieni mogli się spotykać, oddając cześć wilczemu plemieniu. Żyli tam przez wieki, jednak ich liczba malała i malała... Z biegiem lat ludzie zapomnieli o tym, kto mieszka w lesie. Luminosi stali się ledwie legendą. Zaczęto ich mylić z pospolitymi wilkami bo nikt nigdy nie widział żadnego w prawdziwym wcieleniu. Wszyscy żyliby w nieświadomości gdyby nie wydarzenia sprzed 17 lat...
-   Opowiesz mi co się stało? - tłum coraz bardziej się od nich oddalał.
-   20 lat temu w wiosce pojawił się pewien przybysz. - zaczęła z zapałem. -  Mówisz, że przywędrował zza lasu. Chciał zatrzymać się na trochę, poznać tutejszych ludzi. Himikawa przyjęła go jak swojego. Mieszkał tu dwa lata, aż wszyscy zapomnieli, że był kimś obcym. Trzy lata później po miasteczku poniósł się płacz nowo narodzonego dziecka. Moja mama pamięta to wydarzenie, była tam.
-   Zapewne to nie było dla niej proste.
-   Nie tylko dla niej, ale i dla całej wioski. To była ciemna noc, niebo było rozgwieżdżone. Obudziły ją krzyki ludzi, którzy z pochodniami i widłami biegli w stronę jeziora. Razem z moim tatą zerwali się z łóżek by zobaczyć co się działo. Ruszyli za ludźmi, od których po drodze dowiedzieli się, że w Himikawie narodziło się wilcze szczenię. Przybysz okazał się ostatnim z Luminosów, którego widziano na tych ziemiach. Gdy ludzie dobiegli pod dom kobiety, urządzili jej piekło. Aż strach pomyśleć co tam się działo. - potarła ramiona, zdrętwiałe od zimna.
-   Co się stało z dzieckiem?
-   Nikt nie wie. - wyszeptała. - Nigdy go nie odnaleziono. Matkę spalono na stosie, a ojciec był widziany pod postacią ogromnego wilka, który rozmył się wraz z mgłą, która unosiła się wtedy pod lasem. Dziecko stało się zagadką.
-   A co, jeśli...
-   Jest taka opcja. - wyprzedziła ją. - Szczeniak może wciąż żyć. Tylko gdzie, skoro wioska jest na tyle mała, że każdy zna każdego.
-   Przykra historia...
-   Nikt nie mówił, że będzie radosna. - odparła Natsu. - Lecz dzisiejsza noc będzie jedną z piękniejszych w twoim życiu, obiecuję. - z radością w oczach zerknęła na Diam. - Wystarczy tylko, że...

            Umilkła.
            Ze środka lasu dobiegły je przerażające krzyki zebranych.
            Krzyki, których jeszcze nie znały.
            Paniczne. Tragiczne. Nie do okiełznania.

            Pojawił się gigantyczny ogień, który zdawał się trzykrotnie przerosnąć wysokość drzew.
            I wycie. Wycie całego stada wilków.

            Pobiegły.