piątek, 18 lipca 2014

XII. Gra w ciemno




           Obudziła się w ciepłej, miękkiej pościeli. Rozpieszczona porannym słońcem na jej skórze, otworzyła oczy i z zaspania przeciągnęła się na łóżku. Odwróciła się na drugi bok aby nie ukazywać twarzy słońcu. Ziewając, mocno zgarnęła kołdrę w swoje ramiona i wtuliła w nią twarz. Drobne stópki, podciągnięte pod same pośladki schowały się pod fałdami błękitnego materiału. Głośno nabrała powietrza w płuca, jakby próbowała się uspokoić.

            Ten zapach...

            Zapach tanich kadzideł, dochodzący zza okna wywołał uśmiech na jej twarzy. Odetchnęła nieco żywiej, świadoma miejsca swojego pobytu. Zmierzwione włosy utworzyły na poduszce dziwny kształt, błyszczący w świetle poranka. Leniwie otworzyła oczy, które jako jedyne wyłaniały się znad kołdry.

            A gdzie Stary Edgar? Dziwne, że go nie słychać.

            Jak na życzenie, na ulicy rozległ się potężny głos mężczyzny, który namawiał ludzi do kupowania jego ręcznie rzeźbionych katarynek. Jedną z nich pochwycił w dłonie i zaczął wydobywać z niej coś na kształt muzyki... Jedynie na kształt. Nie minęła minuta a już znaleźli się pierwsi przeciwnicy Edgarowskiego talentu. Widocznie nie doceniali jego starań, które wkładał w to żeby sprzedać choć jedno ze swoich dzieł sztuki. Wrzeszczeli sądząc, że to cokolwiek da. Że Edgar zabierze sprzęt i pójdzie gdzie indziej.

            Nowi w Himikale, hahah.

            Jej cichemu śmiechowi współgrała melodia katarynki, która nie przestawała brzmieć. Gdy Diam zgramoliła się już z łóżka, podeszła do małego okna na piętrze. To za nim rozciągał się widok na całą ulicę, prowadzącą prosto na targowisko. To pod tym oknem przechadzał się Edgar, uparcie grając to, co jego. Wydawał się nawet nie zauważać grupki czterech chłopaków, nie odchodzących od niego nawet na krok. Dlaczego tak bardzo im przeszkadzał? Przecież każdy tu miał miejsce dla siebie. Może jeszcze tego nie zrozumieli, hm?

            Stara, poczciwa Himikawa. Tyle różnic a każdy podobny.

            Faktycznie, stara poczciwa Himikawa pozostała niezmieniona. Nawet jeśli tyle się działo, życie tutaj płynęło własnym tempem. Nowe twarze, nowe historie. Nudny, kolorowy świat. Nudny w swoich kolorach. Kolorowo nudny. Eh. Do Himikawy wciąż napływali nowi ludzie. Co chwilę społeczność miasta zmieniała swój skład, na ulicach gwar wzbogacał się o nieznane wcześniej słowa i doświadczenia, ludzie mieszali się między sobą. Tylko co oni tak właściwie wiedzieli o tym miejscu? Gdyby spojrzeć na to od strony człowieka z zewnątrz – byli tacy, jak wszyscy. Nikt od nikogo się nie odróżniał. Inaczej – może nie tyle, że się nie odróżniali, ale nie byli uhierarchizowani. Każdy jako inna bajka był równy kolejnemu. Kto wie, może faktycznie tak było? Gdy jednak przyjrzeć się nieco uważniej, Himikawa posiadała swój ustalony i niezmienny rytm. Warunkiem do tego, aby go poczuć było zżycie się z tym miastem, coś na kształt 'zapuszczenia korzeni'. Korzenie są na tyle ciekawskie, że tworzą dobrą podstawę dla stabilnego pnia osoby żyjącej tutaj. Aby znać Himikawę, trzeba być Himikawą. Znać ludzi. Słuchać ich. Poznać niejedną historię ze wszystkich historii, mieszających się tutaj wzajemnie. Przeżyć kilka wiosen, lat, jesieni i zim słuchając tego, co tworzy tę społeczność. Sięgnąć w głąb ludzi, nie tylko tych, co są ale i tych, co byli. Znać na pamięć zadrapania na murze piekarni, ilość kwiatów magnolii na placu przy fontannie. I choć raz usłyszeć przechadzający się tutaj nocą strach.

-   Ej, wy tam! - krzyknął ktoś z okna. - Co się tak przypieprzyliście do niego!

            Grupka chłopaków, którym widocznie nie spieszyło się odpuścić biednemu Edgarowi jedynie spojrzeli na nawołującego, po czym najzwyczajniej go zignorowali. Diam z wolna otworzyła okno i oparła się łokciami o parapet. Ze spokojem w oczach obserwowała zajście.

            Gdyby tylko wiedzieli...Eh, to nic nie zmieni.

-    Te, muzyk, - wołali do mężczyzny. - skończysz już? Czy mamy ci pomóc?

            Brak reakcji mężczyzny rozwścieczył ich jeszcze bardziej. A przecież on jedynie patrzył przed siebie z uśmiechem na ustach na dzieci, szczęśliwie biegające wokół niego. Wydawało się, że nawet nie dostrzegł czwórki cwaniaków tuż za nim.  Jeden z nich wziął się na odwagę i podszedł do Edgara. Szarpnął go za ramię i pociągnął do siebie. Biedny, niczego niespodziewający się Edgar wydusił z siebie jęk przerażenia a jego oczy przepełniły się strachem. Widząc to, młody chłopak drżącą ręką złapał mężczyznę za koszulę tuż pod jego gardłem a emanująca od niego złość troszkę się rozchwiała. Jego rozbiegany wzrok nie mógł zrozumieć tego dlaczego mężczyzna tak bardzo się go boi. Podjudzany słowami kolegów, podniósł na niego pięść.

            Przestraszone dzieci rozbiegły się po wąskich uliczkach przedmieścia Himikawy.

-   Ej.

            Czwórka chłopaków uniosła wzrok ku drobnemu okienku, w którym dojrzeli twarz patrzącej na nich blondynki.

-   Czego chcesz? - spytał jeden z nich, jakby lider, czy coś.
-   Ja? Niezbyt wiele. - powiedziała z przekąsem. Odwróciła twarz i dodała wskazując brodą. - Ale twój kumpel ma chyba jakiś problem do naszego Edgara.
-   Zasłużył, co nie? - chłopak zwrócił się do swoich towarzyszy czekając na ich poparcie. Ci pokiwali zdecydowanie głowami.
-   Tak? Czym? - Diam wdrapała się na parapet. Oparła się o nagrzaną słońcem ramę okna.
-   Nie słyszysz?! - lider bronił swoich racji.
-   Ja? - obdarzyła go pewnym siebie uśmiechem. - Ja owszem. Ale on...

            Chłopcy spojrzeli na wystraszonego Edgara, któremu wciąż grożono pięścią. Pytający wzrok mężczyzny przechodził z jednej twarzy na drugą szukając wyjaśnienia tej całej sytuacji. Jego drżące dłonie próbowały pochwycić dłoń napastnika, jednak ten opuścił pięść. Odwrócił się twarzą do Diam, która obdarzyła go lekceważącym uśmiechem.

-   Edgar jest głuchy.

            Widok zdziwienia w ich oczach był bezcenny. Fakt, Edgar był niesłyszącym, który sprzedawał katarynki z zamiłowania. Ba, zdobił je przepięknymi wzorami, własnoręcznie wydłubywanymi w domowym zaciszu. Nadawał im jeszcze większą wartość. Spytaliby więc, dlaczego grał? Lubił uśmiech dzieci, które mógł uszczęśliwiać swoją obecnością. Biegających wokół berbeci. Ot, cały powód.

-   Nowi u nas, co? - rzuciła do nich z wyższością. - Długo tu nie przetrwacie, hah.
-   O czym ty bredzisz? - krzyknęli do niej. Oswobodzony Edgar ukłonił się Diam, którą ujrzał w oknie i czym prędzej uciekł. Chłopcy zebrali się w grupkę.
-   Hej Diam! - usłyszała z okna naprzeciw, gdy pojawił się w nim mały syn piekarza.

            Odmachała mu, zakładając nogę na nogę. Całkowicie zignorowała zaczepki, które płynęły z dołu. Po co przejmować się kimś, kto i tak zbyt długo tu nie pobędzie? To miasto i tak zapewne niedługo ich pochłonie. Selekcja naturalna kocha takie egzemplarze – myślała. Gdy sytuacja zbliżała się do nadużywania wulgaryzmów, zeskoczyła z parapetu i jakby nigdy nic, zamknęła okno.

            Odwróciła się na pięcie, rozejrzała wokół. Wypełniła swoje płuca powietrzem, aromatem pokoju. To miejsce wcale się nie zmieniało, od lat wyglądało tak samo. Szafki, jedynie nieco bardziej odrapane, wciąż stały w tych samych miejscach. Te mniejsze wisiały po prawej stronie od okna, wypełnione stertami książek. Nieco dalej, w rogu stała wąska a wysoka półka, pełna gier komputerowych. Obecna kolekcja była znacznie bardziej imponująca niż ta sprzed jakiś 10 lat, nie ma co. A ile pieniędzy, ile czasu poświęconego na to wszystko... Jakieś dziwne wampirzysko patrzyło na nią z plakatu na przeciwległej ścianie. Kiedyś nawet się go bała, ale teraz? Co to za potwór, co jedynie szczerzy zębiska z kawałka papieru. Krok po kroku, zmierzała do niego aby przyjrzeć mu się z bliska. Wyłupiaste oczy łypały na nią już z drugiego końca pokoju, jednak nie dała się zwieść. Zgrabnym ruchem wyminęła z lewej obrotowe krzesło, które czuwało przy o dziwo wyłączonym komputerze. Milusi dywan ogrzewał jej stopy, gdy stanęła tuż obok drewnianej szafy by stanąć oko w oko z potworkiem. Dotknęła palcem białych kłów o fakturze kartki.

-   Nie zrób mu krzywdy. - rzucił Trey gdy powoli wchodził do pokoju. - Staruszek z niego.
-   Pamiętam jak go kupowałeś. - zaśmiała się i odsunęła nieco. Drzwi zatoczyły potężny łuk, sięgając prawie wampirzego kubraka.
-  Tak? - z zaskoczeniem zerknął na nią przez ramię, gdy kładł talerzyk z jajecznicą na biurku. - Nawet nie pamiętam gdzie go dorwałem...
-   Na Rogu. - podeszła do niego i przypatrywała się jak nalewa sok do szklanki. - Zjesz ze mną?
-   Nie, nie. - uśmiechnął się. - Przed chwilą jadłem, dzięki.

            Gdy skończył wszystko przygotowywać, zabrała talerz i z radością usiadła na łóżku zatapiając zęby w jedzeniu. Trey zajął miejsce przy komputerze.

-   Smakuje? - powiedział, oglądając się przez ramię.
-   Jak zwykle. - odpowiedziała. - Twoja jajecznica zawsze jest smaczna.

            Ucieszony, spojrzał w jaśniejący już monitor.

-    Nawet nie spytałaś co tu robisz. - mówił nie patrząc na nią.
-   A czy to pierwszy raz jak jestem tutaj?

            Fakt, nie pierwszy. Mieszkanie rodziców Treya było dla niej ostoją w wielu trudnych momentach. Gdy tylko chciała, mogła tutaj przychodzić, przesiadywać godzinami. Niejednokrotnie po kłótni z mamą czy jakiejś bójce na mieście, czy to w dzień czy w nocy, zawsze znalazło się tu dla niej miejsce. Rodzice Treya traktowali ją jak własną córkę. W sumie znała ich syna od zawsze, razem się wychowywali, przeszli wspólnie wszystkie klasy wszystkich szkół. Rozdzielili się dopiero po gimnazjum, kiedy to ich plany na przyszłość pokierowały ich w dwóch odmiennych kierunkach. Zmiana towarzystw, zajęcia dodatkowe, kluby i kółka zainteresowań, nawet śmierć rodziców chłopaka... Nic z tych rzeczy nie zdołało zerwać więzi między nimi. Obecnie spędzali ze sobą bardzo mało czasu, nie dzielili już wspólnie tylu wspomnień. Jednak gdy dochodziło do spotkania, ich wspomnienia ożywały. Bo czym jest przyjaźń jak nie wspólnym zrozumieniem? Wystarczyło jedno spojrzenie aby wiedzieli czego im trzeba. Tak było i tym razem. Chociaż... Nie do końca.

-   Dawno cię tu nie było. - kontynuował rozmowę ze wzrokiem skupionym na stronie z figurkami postaci z gier komputerowych.
-   Nie było powodu żeby cię odwiedzać.
-   Zwykle pojawiałaś się raz na tydzień. - dziwnym trafem zabrzmiało to dla niej niczym oskarżenie. Miał nietypowy ton głosu.
-   Na dwa, na trzy... - odłożyła talerz na stoliczek obok łóżka i ponownie wyłożyła się na nim.
-   Na tydzień.

            Rozległ się trzask myszki o blat biurka. Diam spojrzała na przyjaciela, który z rezygnacją spuścił głowę i zarzucił dłonie na kark.

-   Myślisz, że nie widać tego po tobie?

            Odwrócił się do niej. Podnosił wzrok stopniowo, od swoich kolan po dywanie, brzegu łóżka, rąbku pościeli aż ku oczom zdziwionej dziewczyny, siedzącej pewnie na łóżku. Był wściekły. Dawno nie widziała go takim, jak teraz. W sumie, trudno było jej sobie przypomnieć kiedy ostatni raz był na nią zły. Może dlatego, że nie było powodu? A może raczej temu, że nie mówiła mu większości rzeczy?

-   Znowu mi matkujesz. - prychnęła oburzona.
-   Diam.

            Zerknęła na niego pewnie lecz bez przekonania. Trey zatarł ręce i z głośnym westchnięciem zaczął kontynuować.

-   Dostałaś silnej gorączki. - powiedział półgłosem.
-    Gorączki? - poruszyła się na łóżku nieco bardziej zdenerwowana.
-   Tak powiedziała Kaila. Przyszedłem do pokoju jak już spałaś. Młoda mówiła żeby cię nie budzić, więc co mogłem robić. - złapał na kilka sekund jej wzrok. - Zadzwoniłem do twojej mamy i dałem znać, że zostajesz u mnie.
-   Długo spałam? - spytała w pośpiechu.
-   Jakby to zliczyć to ponad dobę. - wstał z krzesła i usiadł obok niej. - Diam, co się dzieje?

            Więc, czy... To był tylko sen?
            Nie, tamten świat istnieje. Wiem, że istnieje. Byłam tam.

            Była tego pewna. Nic nie mogło jej już przekonać o tym, że tamten świat, tamte kreatury, tamci ludzie byli jedynie wymysłem jej wyobraźni. Rozmawiała z nimi, mogła ich dotknąć, sama też odczuwała wszystkie kumulujące się emocje. Była świadoma będąc tam. Razem z Kamu, który był częścią tamtej Himikawy. Wzięła to wszystko za fakt rzeczywisty, zaakceptowała to. Uwierzyła.

-   Diam. - machnął dłonią tuż przed jej twarzą.
-   Trey, daj spokój. - odparła bardzo poważnym tonem. - Nic mi nie jest.
-   Tak? - nieznacznie, lecz zauważalnie podniósł głos. - To dlaczego ostatnio znikasz? Chodzisz po dziwnych miejscach, całkiem sama? Nie odzywasz się, nie dajesz znaku życia...
-   Trey-
-   ...nikt nie wie co się z tobą tak właściwie dzieje, jak cię zrozumieć, co się-
-   TREY.

            Jego usta zamarły w bezruchu. Spojrzał na nią, czekając na odpowiedzi.

-   Spójrz na mnie. - pochwyciła jego twarz w dłonie. - Nic. Mi. Nie. Jest.
-   Widzę. - szepnął. - Ale nie wierzę. Co działo się zanim przyszłaś tu do mnie?
-   Byłam w lesie. Tam, gdzie zawsze najlepiej mi się myślało, pamiętasz?
-   Nie, nie pamiętam. - warknął. - Nie mówiłaś o tamtym miejscu.
-   A ty? - zaczęła ponownie się bronić. - Jakim cudem wiedziałeś gdzie jestem?
-   Kaila.
-   Co Kaila?! - krzyknęła.
-   Posłała mnie tam. - powiedział.

            Jak to?

-   Jak to? - przyciszyła głos.
-   Opowiadałem jej o tobie kolejny raz. Nie wiedziałem gdzie jesteś a chciałem się spotkać, tydzień już mijał. Napomniała coś o lesie więc poszedłem.

            Niewiele myśląc, wyśmiała go.

-   Co? Posłuchałeś rady jakiejś smarkuli?
-   Kaila zwykle ma nosa w takich sprawach, nie wiem czemu. - powiedział. - Może temu, że kręcą mnie takie tematy jakoś nie widzi mi się wątpienie w jej umiejętności. Ba, przecież cię tam znalazłem.

            Prychnęła, oburzona.

-   To jak? - podciągnął nogi i skrzyżował je siadając. - Opowiesz mi co i jak?
-   Poważnie, nic się nie dzieje. - wybełkotała.
-   Nawet ta gorączka? To spanie? Las? Twoja cisza?
-   Nawet to wszystko.

            Z ogromnym bólem spojrzała mu w oczy. Wiedziała, że nie potrafił odróżniać w nich kłamstwa od prawdy, co w tym momencie ją ratowało. Pogrążona w wewnętrznej rozpaczy schowała przerażenie za zasłoną pewności i uśmiechu. Ratowała ją też jej skóra, jak zwykle chłodna, spokojna. Złapała go za rękę i z uśmiechem, patrząc mu w oczy...

-   Nie martw się, wszystko gra.

            ...skłamała. Pragnęła mu powiedzieć, nade wszystko co teraz mogło się stać. Rozpocząć coraz dłuższą już opowieść, podzielić się tym wszystkim. Tylko po co? To ona musiała zebrać się pierwsza, ogarnąć to. Była na dobrej drodze – uznała, że to prawda. Zaakceptowała świat takim, jaki był. A czy było inne wyjście? To już się stało, tak?

            Chłopak ścisnął jej palce nieco mocniej.

-   Wierzę ci. - spoglądał jej prosto w oczy. Wytrzymała póki nie uśmiechnął się szeroko i nie rozczochrał jej włosów.
-    Ej! - zaśmiała się.

            Zanim się zorientowała, wszystko wróciło do normy. Trey znów był taki, jak zwykle – uśmiechnięty, rozpromieniony. Opowiadał jej o swoich przygodach i podbojach, które przeżywał wraz z kumplami z grupki. Streścił miliony rozmów, setki anegdot, dziesiątki kłótni i sporów o rację. Gestykulował przy tym bez opamiętania chcąc wprowadzić ją w jego osobisty świat, kolejny już raz. Wiele działo się w jego życiu przez ten czas. Chciał się z nią tym podzielić, bo przecież zawsze to robił. Przeżywała to z nim dzięki jego wspaniałej umiejętności opowiadania, którą rozwijał przez wiele lat. Z radością śledziła kolejne fragmenty jego życia. Chociaż nie mogła być z nim w każdej sekundzie, dzięki ich zażyłej przyjaźni mogła uczestniczyć chociażby w jego wspominkach. Wiedziała, że może ofiarować mu tylko tyle. Nie posiadała nic więcej.

-   I daj znać gdy wrócisz do domu. - powtórzył kolejny raz, gdy ta złapała już za klamkę.
-   Tak, tak, tak. Dam znać. - westchnęła, śmiejąc się pod nosem. - Tylko najpierw daj mi tam dojść, dobrze?
-   Eh, Diami. - podszedł do niej i spojrzał spod brwi zatroskanym wzrokiem. - Martwię się. Nic na to nie poradzę.

        Nie zdążył zareagować, gdy Diam wspięła się na palce i wtuliła się w jego obojczyk. Rozdygotany, objął ją najmocniej jak mógł, drżącą dłonią gładząc jasne włosy. Ciepło jej skóry dało mu wystarczającą dawkę spokoju, którą mógł zaspokoić swoje obawy na długi czas. Bezwiednie wzmocnił uścisk na myśl o tym, jak bardzo pragnął jej bezpieczeństwa. Krzywda, która mogłaby się jej stać byłaby dla niego ciosem. Miał tylko ją, jedyną bliską duszę.




Uśmiech zniknął wraz z dźwiękiem zamykanych drzwi. Ledwo słyszalny tupot jej butów zwolnił gdy mijała otwartą na oścież bramę wejściową. Przysłoniła oczy by wyłaniające się, jasne promienie słońca nie mogły się do nich wkraść. Stopniowo przyzwyczajone, otworzyły się szerzej, a dziewczyna mogła ruszyć przed siebie. Minęła grupkę chłopaków, którzy spoglądali na nią z dość zmieszanymi minami. Zwycięsko przeszła obok, słysząc w tle Edgara, grającego swą muzykę kilka uliczek dalej. Była dumna z siły mężczyzny. A oni? Nie obchodziło jej ich zdanie. Miasto żyło swoim życiem – niezmiennie, od lat. Jeśli ich zamiarem było tu zostać, to oni mieli się dostosować. Nigdy odwrotnie. Himikawa jako żywy organizm nie mogła pozwolić sobie na odstępstwa od podstawowych zasad.



Diam mimowolnie uśmiechnęła się na tą myśl. Świadomość tego, jak bardzo miasto trwało w  ograniczeniu była dla niej po prostu śmieszna. Schematyczność, hahah. Nic lepiej nie opisywało tego miasta. Każdy dzień był tu taki sam. Poranne słońce budziło ludzi, dając im kilka nowych godzin na stanie w miejscu, w zamknięciu własnych umysłów. Jak konie z klapami na oczach, skupieni na swoim interesie wykonywali to, co musieli. Co powinni. Co należało. Wieczory,  chłodniejsze z roku na rok stanowiły kulminację męczarni całego dnia. Przez tych roztropnych spędzane były w domu, przez bardziej odważnych – na ulicach miasta. Noc, jak zwykle nieprzewidywalna zalewała miasto tym, co można było przeczytać już w porannej gazecie. Jednak kogo to obchodziło? Żyli tu z własnego wyboru, przyzwyczajeni do systemu. Schowani za własnymi cieniami.

Himikawa. Właśnie rozpoczynał się pierwszy etap codziennej, ludzkiej wędrówki. Ci, którzy nie byli jeszcze w swoim miejscu pracy mieli jeszcze chwilę czasu aby się tam udać. Dzieciaki już dawno siedziały w szkołach. Starsi? Było ich tu o dziwo tak mało, że niezbyt często zdarzało się jakiegoś spotkać. Jeśli już, to przesiadywali na zewnątrz. Jedni korzystali z wolnego czasu wraz z sąsiadami, inni zajmowali się sprzedażą drobiazgów, które najczęściej wykonywali własnoręcznie. Jakby na to nie spojrzeć, to właśnie ta grupa społeczna miała najwięcej do zaoferowania – doświadczenie, czas, spokój. Powoli wymierali, zastępowani przez kolejne fale młodych, chcących tu zamieszkać.

Dziewczyna minęła główny rynek, gdzie jak zwykle roiło się od dziwaków. Zauważyła kolejne nowe twarze, zapamiętała je w razie potrzeby. Bez problemu przechodziła ogromny slalom, dzielący ją od jednej z dróżek, prowadzących ją do domu. Jak zawsze, bez najmniejszego trudu uniknęła wszelkiego możliwego kontaktu fizycznego, najmniejszego otarcia czy dotknięcia. Wszystko, co mogłoby rozproszyć constans(?), o który starała się od momentu, gdy otworzyła oczy było jej przeciwnikiem. Odrzuciła myślenie o tym, co było na dalszy tor. Teraz ważniejszym było zmierzyć się z rzeczywistością.

Gdy złapała za klamkę, przeszedł ją silny dreszcz. Zorientowała się w jakim położeniu się znalazła. Na dobrą sprawę nie miała żadnego wytłumaczenia na ostatni czas, poza alibi, które zapewnił jej Trey. Jednak ono nie wystarczyło. Na morzu myśli z wolna pojawiał się sztorm.

-        Cześć! - zawołała, zamykając za sobą drzwi. Poczuła przyjemny zapach świeżego chleba, którego skórka pękała głośno podczas krojenia.

Jest w domu. - pomyślała.

-        Jesteś, Diam. - usłyszała w ramach odpowiedzi. - Bałam się, że nie zdążysz na śniadanie.
-        Zawsze jestem na śniadaniu, pamiętasz? - szybkie bicie serca nie pozwalało jej w pełni panować nad swoim głosem.
-        Pamiętam. - kobieta spojrzała na nią nieco podejrzliwie. - Wszystko dobrze, mała?

Nie!

-        Tak. - zapewniła.
-        Trey mówił, że coś się działo. - dodała, smarując kromki masłem.
-        Ah, to. - otarła dłonią przedramię. - Niee, to nic poważnego.
-        Podobno miałaś gorączkę. - spojrzała na dziewczynę w taki sposób, w jaki dawno tego nie robiła. W jej oczach pojawiła się troska. - Nie mogło ci się poprawić tak nagle, o.
-        A widzisz? Jednak! - zawołała radośnie. - Wszystko jest tak, jak było.

            Kobieta odłożyła nóż i podeszła do lodówki. Nie utrzymywały kontaktu wzrokowego, co nieco ułatwiało sprawę. Nie okazywała również zbyt wielkiego zainteresowania faktem, że dziewczyna była na noc poza domem. To nie był pierwszy raz gdy zachowywała się w ten sposób. Zwykle, gdy działo się coś poza codzienną rutyną, ona pozostawała w stoickim spokoju. Trudno określić dlaczego. Być może znała już Diam na tyle aby wiedzieć, że zawsze wszystko kończyło się w ten sam sposób? Że nigdy nie było poważnego zagrożenia, że cokolwiek robiła to i tak wychodziło na dobre? Nawet teraz, gdy kończyła przyozdabiać kanapki nie widać było po niej ani grama zainteresowania. Kilka słów okazania zainteresowania i koniec. Finito.

-   Wychodzę! - rzuciła niby to od niechcenia, chcąc sprawdzićj jej reakcję.
-   Tylko nie wracaj zbyt późno! - usłyszała wzamian.

        Jedyne, co pozostało jej zrobić to otworzyć drzwi wyjściowe i zamknąć je z ogromnym trzaskiem. Bez większego zdziwienia wspięła się po schodach i poszła do swojego pokoju. Za jego drzwiami nic się nie zmieniło - wszystko spoczywało na swoim wcześniej określonym miejscu. Prawdopodobnie nikt do niego nie wchodził przez te kilka dni. Nawet pościel była w takim samym nieładzie, w jakim została pozostawiona. Diam bezsilnie powłóczyła nogami ku łóżku i opadła na nie, bez określonego celu. Poruszona sytuacją w kuchni z wolna zaczynała płakać. Ciepłych łez przybywało, jakby próbowały złagodzić jej piekące od złości policzki. Naiwnie zamknęła oczy tak, jak robią to małe dzieci, udające niewidzialność. Chcące zniknąć. Kolejny raz wracały do niej myśli, które pozostawiała za sobą tyle razy, że trudnym byłoby jej zliczyć. Kolejny raz przygnieciona chwilą - faktem, że jest jaka jest. Próbowała uciec myślami poza codzienność, co stało się obecnie bardziej możliwe niż kiedyś. Chociaż myśl o tym, co przeżyła zeszłj nocy niezbyt była w stanie polepszyć jej nastrój. Wciąż przeżywała to na nowo, mając przed oczami nic więcej niż śmierć. Dziesiątki trupów, rozsianych po ścieżkach Himikawy, wśród nich ich samozwańczy król, któremu bezwiednie się poddali. Złożywszy ostatni pokłon w hołdzie ich panu, pozwolili ziemi wchłonąć swe czerwone łzy. Nie zasłużyli na to niczym, absolutnie niczym.

       Nie spodziewała się, że takie przeżycie zapisze się w jej głowie do tego stopnia, że zaakceptuje je jako fragment swojej codzienności. Kto wie, czy był to skutek jej otwartego na nowości umysłu? Może kwestia przyzwyczajenia do tego tematu? W końcu, mając takiego przyjaciela... Zaśmiała się cicho, analizując to wszystko w  swojej małej główce. Wspomnienia znacznie ją wyciszyły. Już po chwili zatęskniła za światem, który ledwo poznała a już zmuszono ją do tego, aby się z nim rozstała. Skąd mogła wiedzieć czy kiedykolwiek jeszcze tam trafi? Choć bardzo chciała, nie wiedziała jak tego dokonać. Cichutko zapłakała ten ostatni raz, gdy jej oczy zamykały się, pozwalając Morfeuszowi zabrać jej duszę gdzieś tam, poza wszystkie jej zmartwienia. Tam, gdzie mogła odpocząć od tego, co niepokoiło jej zszarganą nerwami duszyczkę.

        Kolejne dni mijały niezwykle... normalnie. Diam uczęszczała do szkoły, co nawet polubiła. Większość czasu spędzała z Lumeną. Od zawsze była osobą, przy której czuła się znacznie lepiej. Jej indywidualność współgrała z jej własnym, mieco bardziej ułożonym światem. Tak - wbrew temu, co mogło się wydawać, to Lu grała tu pierwsze skrzypce w tym temacie. Gdy akurat nie mogły się widzieć, Diam uciekała do Treya, który zawsze znajdował dla miej czas. Nawet jego dorywczo zaczęta praca nie przeszkadzała mu w znalezieniu czasu dla ukochanej przyjaciółki. Był dla niej oazą, gdzie dzięki chłodnemu cieniowi mogła ostudzić wszelkie pragnienia.

        Minął miesiąc, gdy ta stała się obojętna. Poczucie bycia ofiarą kłamstw urosło na tyle, że wypełniło całą lukę tamtych dni. Już nawet nie chciała tam wrócić. Przez tak wiele tygodni miewała sny, opowiadające historię tamtej nocy. Za każdym razem sen wyglądał nieco inaczej - zmieniała się czyjaś twarz, głos, słowa. Z wolna całe wydarzenie nie było tym, które faktycznie miało miejsce. Jak więc można wierzyć w coś, co równie dobrze samo mogło być snem?

        Ściana deszczu zalała Himikawę. Budynki oblały się chłodnym zwiastunem jesieni, która na dobre rozgościła się w mieście. Uliczni sprzedawcy ukryli się w ciepłych, ogrzewanych sklepikach, ludzie przestali wychodzić z domów. Nawet nowych twarzy zaczęło powoli brakować. Obojętne nastawienie do świata wzrastało. Odczuwał to każdy, kto znał to miejsce na tyle, by móc je poczuć. Kto je znał, tak po prostu. Zimne krople uderzały o brukowane uliczki. Przeszkodził im liliowy parasol, osłaniający blondwłosą. Jej jasne oczy do złudzenia przypominały szare, burzowe chmury, które zdawało się łączyć niebo i ziemię w zwartą całość. Ulice były wciąż puste. Diam już nie pamiętała kiedy ostatnio miała okazję spotkać odważnego, który przeciwstawił się aurze i z parasolem nad głową przemierzał świat. Skręciła w główną uloczkę, prowadzącą prosto do małego ryneczku. Stamtąd droga do domu Treya była już prosta. Killa kroków po ominięciu zakrętu podniosła wzrok. Jej nogi zadrżały na widok czarnego, rozłożytego parasola, który unosił się nad ubraną na czarno postacią, stojącą na środku placyku. Sama nie była pewna dlaczego to robi, jednak coś wewnątrz jej głowy kazało jej ominąć plac szerokim łukiem.


ROZDZIAŁ W PRODUKCJI.






Była szczęśliwa gdy ten obdarzył ją kolejnym uśmiechem. Tym razem zapamiętała go na nieco dłużej. Wiedziała, że