poniedziałek, 18 listopada 2013

IX. Łowca.


       Wśród przewyższających drzewa płomieni ukazały się pojedyncze twarze. Twarze młodych mężczyzn. Iskry zdobiły ich ciała gdy bez trudu wydostawali się spokojnym krokiem ze słupa ognia. Kroczyli dumnie, lecz uważnie. Lśnili w ciemności niczym rozżarzone ogniki. Jeden po drugim zataczali koło, obchodzili wnętrze przestrzeni. Pokazywali się światu, który od dawna ich nie widział. Ostatecznie zamknęli okrąg.

- Kto to? - szepnęła Diam.
- Nowicjusze. Ci wybrani, o których mówiłam.
- Nie jest ich zbyt wielu...
- Ci to elita. - sprostowała swą wypowiedź. - Najlepsi z tego roku. Czas, żeby pokazali ile są warci.
 
        Wraz z ostatnim słowem Natsu na środku kręgu pojawił się mężczyzna. Wydawać się mogło, że jego ciało zmaterializowało się samo z siebie. Ot tak. Widać było, że ten potężny rozmiarem, dobrze zbudowany człowiek o bystrym oku nie jest byle kim. Mówiło o tym wszystko, od mięśni ze stali, okrytych peleryną z szarego, zwierzęcego futra, po najmniejszy ruch ciała. Bystrym okiem zmierzył każdego z młodzieńców. Stał sztywno niczym posąg, lecz... Jego oczy stale czegoś szukały. Poruszał ciałem co jakiś czas, by móc spojrzeć na każdego młodocianego z osobna, oko w oko. Czekał.

- Ciekawe jak szybko pójdzie tym razem. - Natsu zacisnęła kciuki. - Poprzedni rekord to 5 sekund.
- Rekord, czego?
- Skopania im tyłków.

        Diam jeszcze raz uważnie spojrzała na zebranych w kole. Faktycznie, wszyscy Nowicjusze przyjęli dość dziwne postawy, które bardziej przypominały przygotowanie do ataku jakiś dzikich zwierząt niż jakiekolwiek znane człowiekowi od wieków, tradycyjne pozy.


        Jednak oczywistym było, że ten spektakl jest czymś ważnym dla ludności tej wioski. Wystarczyło spojrzeć na twarz kogokolwiek z zebranej widowni. Każdy z zapartym tchem spoglądał na tych, którzy mieli właśnie przejść próbę. Niejedni przeżywali dzień dumy ze swojego dziecka. Dumy, która nie była aż tak jasna dla wpatrzonej w wydarzenie dziewczyny.

Mężczyzna zamknął oczy. Serce zabiło szybciej.
Skoczyli.

        Blask zniknął. Wpatrzone oczy obserwujących oczekiwały na ten moment. Właśnie teraz ich oczom miał się ukazać najlepszy z najlepszych. Doskonały wojownik, wyjątkowy młodzieniec, który został wybrany tej nocy by dostąpić zaszczytu rozpalenia pochodni i dołączyć do elity straży Zgromadzenia.

        Złocisty pył opadł na barki młodych mężczyzn, którzy utworzyli krąg wokół starca. Wszyscy lśnili lekko, jakby pod ich skórą znajdowała się warstwa złota. Mieli pochylone głowy i wzniesione prawe ręce - te, które podczas ataku kierowali w stronę swojego mistrza.

- To nadanie pieczęci, Diam. - Natsu zareagowała. - Każdy ze świeżo wytrenowanych nowicjuszy musi ją zdobyć właśnie w Noc Płomieni by stać się pełnoprawnym członkiem kadry Zgromadzenia. Starszy wystawia ich na ostateczny test przed oczami całej wioski. Jest krótki, ale ma ogromne znaczenie. Ma to wzbudzić zaufanie ludzi, bo widzą oni siłę walczących, którzy w razie zagrożenia będą w stanie ich ochronić.
- Szefuńcio nie dał im fory tym razem.


        Diam pospiesznie odwróciła głowę w tył. Intrygujący, ciepły głos, którego nie znała wybił ją ze stanu skupienia. Zamrugała nieco intensywniej i dostrzegła stojącą za nią osobę. Nie była zbytnio od niej wyższa, choć dorównywała wzrostowi Natsu. Bystre, zielonkawe oczy wpatrzyły się w jej twarz, zapewne analizując to kim tak właściwie jest. Najbardziej jednak intrygujące dla Diam były krótko ścięte, brązowe włosy dziewczyny. Wszystkie kosmyki układały się gładko, ledwo zakrywając uszy i kark z tyłu. Diam nigdy wcześniej nie widziała tak wyjątkowej fryzury - jednocześnie krótkiej i bardzo urokliwo-dziewczęcej.

        Natsu radośnie powitała gościa. Z szerokim uśmiechem objęły się i przytuliły. Widać było, że znają się nie od wczoraj i są ze sobą w zażyłych stosunkach. Jej imię brzmiało Mirth.

- Poprzednim razem podobno kilku z nich wytrzymało, dziś nikt. - włączyła się do rozmowy. - Jego siła jest znacznie większa.
- Fakt, ten dziwny cios powalił wszystkich. - zasmuciła się Natsu. - Biedni, nikt nie ustał na nogach. Chociaż... Dlaczego ludzie klaszczą?


        Dziewczyny rozejrzały się wokół na szczęśliwe oblicza miejscowych. Wiwatowali, krzyczeli, klaskali najgłośniej jak mogli. Chcieli wyrazić ten ogromny szacunek do tego, który dzięki ciężkiemu treningowi osiągnął najwięcej i poprowadzi kolejną część ceremonii.

 
- Czy to ten syn Moricardów? Czy to on? - odezwała się kobieta stojąca obok.
- Tak, to on! - wykrzyknął starszy jegomość.
- Mówili, że jest faworytem. Nie mylili się. - dorzuciła pewna młódka.
- Czy... Czy oni mówią o Quince' ie? - spytała Mirth z fascynacją w oczach. - O nim, prawda?
- Mówisz o Panie Nadęty-Mięśniak? Proszę Cię. Po co tyle szumu.
- On jest najlepszy! - zakrzyknęła z oburzeniem.
- Skąd możesz wiedzieć? Przecież nie było z nimi kontaktu. Nawet nie wiesz jak teraz wygląda.
- Przesadzasz Natsu. - rzuciła, splatając ręce na piersi. - Nie od wczoraj wychodzą na jaw przecieki z ich treningów.
- To paranoja.
- Natsu...


        Sprzeczka wydawała się nie mieć końca. Jednak wpatrzona w dal Diam nie skupiała się na słuchaniu dziewczyn i ich dziwnych problemów. Ciekawiła ją osoba, której jeszcze nie potrafiła ujrzeć. To wszystko było dla niej nowe. Stale badawczo obserwując mogła choć trochę poznać świat, do którego trafiła. Zapomniała o poszukiwaniach drogi ewakuacji z tego miejsca. Przeciwnie - coś pchało ją do tego, by zostać tu jeszcze sekundę dłużej. By patrzeć dalej, myśleć intensywniej, szukać głębiej. Temu nieprzerwanie wypatrywała chociażby kształtu człowieka, który dostąpił dziś jakże wielkiego zaszczytu wyróżnienia. Starzec przesunął się krok w tył by pokazać w pełni okazałości wysokiego chłopaka, który jako jedyny podobał próbie. Stał twardo na obu nogach, nieruchomo. Przypominał zastygły posąg bądź woskową figurę o wyjątkowo doskonałym ciele. Rzeźbiarz miałby niezwykle trudne zadanie chcąc podjąć się wyrysowywania takiej budowy w jakimkolwiek materiale.


        Nowicjusz poruszył ręką. Jego kasztanowe włosy rozwiał zimny wiatr, który bez zapowiedzi nawiedził leśną polanę. Zrzucił pył z ramion mężczyzn, zanucił cicho w liściach i zniknął. Wraz z nim umilkły wszelkie oklaski.


- Mieszkańcy tej wioski! Przedstawiam wam najmłodszego z obecnej sekcji, najbardziej utalentowanego i odważnego, przyszłego Łowcę, Quince'a Moricarda!


        Brawa były głośniejsze niż poprzednie. Wiwatom nie było końca, trwały niezwykle długo. Kobiety oraz jegomość mogli potwierdzić swoje spekulacje tym mocnej, że chłopak zdecydował się zatoczyć koło by pokazać się nieco bliżej zgromadzonym. Podawał im rękę, kłaniał się, delikatnie uśmiechał. Sprawiał wrażenie dobrze wychowanej, poukładanej i bardzo pewnej siebie osoby, która od zawsze wiedziała do czego dąży. Ciepło emanowało od niego. Posyłał do ludzi swoją pozytywną energię, obdarzał ich czymś na kształt promieni słonecznych, które każdy czuł na swoim sercu. Starsi gratulowali poprzez podanie dłoni, młodsi klepali po plecach. Witali go jak najwspanialszego zwycięzcę.


- Wreszcie wrócą do domu, co? - odparła z uśmiechem Diam.
- Tak, wreszcie. - odpowiedziała Natsu. - W sumie każdy z nich miał możliwość tylko do jednorazowej przepustki by wrócić do rodziców.
- I to na ledwo 24 godziny. - Mirth smutno zawiesiła spojrzenie. 

- Tak krótko? - w głosie Diam dało się odczuć zdziwienie.
- Niestety. - Mirth zerknęła na nią. - To ma zapobiec wyjawianiu zbyt wielu tajemnic szkolenia.
- Nie rozumiem tego systemu. Jeśli coś ma się wydać to nawet w ten jeden dzień się wyjawi.
- Racja. Nie mam pojęcia jak to działa... 
- Trzeba spytać Kamu. - dodała Natsu. - On pewnie będzie wiedział jak to działa.
- No tak, zawsze go interesowały te systemy szkoleń. - Mirth zaśmiała się cicho.

        Na sam dźwięk tego imienia myśli Diam doznały czegoś podobnego do paraliżu. Czy czasem się nie przesłyszała? Jaka jest szansa, że to właśnie ten Kamu? Może to przypadek? Krew wezbrała na szybkości.


- Kamu? - udało jej się ukryć zaskoczenie.
- Taki nasz miejscowy specjalista od zadawania bólu, jak to trafnie powiedziała Mirth.
- Bez przesady, Kamu nie jest tak zły. Rozmawiałam z nim ostatnio i żyję, spójrz! Jestem w jednym kawałku. 

- To ci wyczyn, brawo. - zachichotały chórkiem. - Co do Kamu, trzeba na niego uważać. Ciesz się, że jeszcze go nie spotkałaś, Diam. 
- Powiedzcie mi o nim coś więcej.

        Obie spojrzały na nią pytająco. Na widok ciekawskiego spojrzenia Diam postanowiły dać się namówić na rozmowę na jego temat.
- Kamu to taki typ człowieka, którego powinno się unikać. - głos Mirth był śmiertelnie poważny.
- I ona nie żartuje. Nigdy nie wiesz co mu strzeli. Nie widać po nim o czym myśli, jaki ma humor, strach nawet go spytać o cokolwiek. Gdy idzie drogą ma kamienną twarz bez najmniejszego śladu emocji. Zero.

  
Ale... Jak to?

 - O, tam! Jest i on. -  Mirth wskazała palcem w prawo, między głowami zebranych. - Czarna kurtka, brązowe włosy. Stoi oparty o buk, odbija się od jasnej kory. Widzisz? 

Więc, to prawda. Tylko, co on tu robi? Może...
Może powinnam z nim porozmawiać?

- Wszyscy mieszkańcy wioski!


        Powietrze wypełniło się lekkim, męskim głosem o zawadiackiej barwie. Na chwilę odwróciło uwagę dziewczyny, zerknęła w kierunku, z którego dobiegał.


- Dziękuję wam wszystkim za tak ciepłe przyjęcie! Postaram się z całych sił wykorzystać wiedzę, którą posiadłem dzięki ciężkiej pracy.


        Na polanie pozostał tylko sam Quince. Nie było śladu po pozostałych: ani grupie Nowicjuszy, ani starszym mężczyźnie. Młody chłopak przemawiał do ludzi w obecności Rosean, która narzuciła mu na plecy płaszcz zrobiony z zajęczych futer. Osłonił silne ramiona, przykrył szerokie plecy. Każde słowo, które wypowiadał było pełne szczerości i prawdy, przemawiał pewnie.


        Uniósł brodę w górę i spojrzał gwiazdy, po czym dokończył swoje przemówienie:


- Niech świat zapłonie.


        Powoli spuścił wzrok w dół a z tłumu wyszło kilka osób by wręczyć mu białą pochodnię o wykuwanej srebrem rękojeści. Nabrał powietrza w płuca, po czym... Zionął ogniem.


        Gdzieś z drugiej strony polany rozbrzmiała cicha muzyka. Słychać było piski flecików stukanie bębenków oraz słodki dzięki dzwoneczków. Wokół polany rozbłysły światła, wzniesione ponad tłum na zdobionych uchwytach. Ludzie ruszyli, a ceremonii prawie dobiegł koniec.


- Diam, idź.


        Odwróciła wzrok w kierunku Natsu, która wskazała ręką w stronę Quince'a.


- Ja?
- Przecież po to tu przybyłaś, tak?
- Idź! Twoja kolej! - zawołała Mirth.


        Niezbyt świadoma tego, co powinna robić dalej, Diam ruszyła przez tłum do wnętrza okręgu. Mijała najróżniejszych ludzi, którzy przyglądali jej się niepokojącym wzrokiem. Nie był on zbyt miły. Wydawać się mogło, że wręcz przeciwnie... Tylko, dlaczego?


        Postawiła pierwszy krok na wolnej od ludzi, zielonej trawie. Została zauważona najpierw przez Rosean, która skinęła na nią głową. Dopiero, gdy dziewczyna wyraźnie wybiła się z tłumu zauważyła ją cała reszta społeczności. Cichy szmer przebiegł za jej plecami, ciekawość nowej twarzy widniała na twarzach tępo wpatrzonych w nią osób. Starała się tego nie zauważać.


        Postanowiła zatrzymać się w stosunkowo bezpiecznym miejscu. Stanęła naprzeciw Rosean i Quince'a, który z jakiegoś niewyjaśnionego powodu zażarcie się jej przyglądał.

- Czy to Ty masz dostąpić tego zaszczytu? -głos staruszki był głęboki i gderliwy.
- Tak. - nie umiała wykrzesać z siebie ani słowa więcej.
- Miło mi cię poznać, drogie dziecko. Niech światło prowadzi cię dzisiejszej nocy. - opuściła głowę na kilka chwil, po czym spojrzała na chłopaka. - Łowco, czyń honory.


        Dziewczyna zerknęła na twarz młodzieńca. Była tak... Idealna. Jedynie z bliska można było ujrzeć wiele nieznanych jej wcześniej szczegółów. Młody Łowca miał delikatnie zarysowane policzki, dodające mu młodej, książęcej urody. Jego oczy płonęły złotym miodem, przez co idealnie zgrywały się z dwoma złotymi kosmykami, które od wewnątrz były włożone za jego prawe ucho. Nieco długie włosy spływały falami po karku, niewinnie dotykały policzków i zakrywały czoło. Panicz z bogatego dworu, powie jeden. Młody bóg, powie drugi.


        Jednak jego uroda nie pasowała do ciała. Kontrast delikatności oblicza i wyrazistych mięśni był zbyt wielki. Wydawało się, że oba elementy należały do dwóch całkiem różnych osób zostały omyłkowo połączone.


        Quince sięgnął po dłoń Diam, unosząc ją do swych ust. Nie odrywając wzroku od jej twarzy ucałował grzbiet dłoni i powoli ją zniżył. Dziewczyna spojrzała w jego złote oczy, wpatrzone w nią bez sekundy spoczynku. Podał jej pochodnię w taki sposób, jakby była najmniej ważna i dopiero co sobie o niej przypomniał. Diam złapała ją oburącz, lecz nie wiedziała co dalej. Nim jednak zdążyła zastanowić się nad tym głębiej, naprzeciw niej powstało przejście przez tłum. Postanowiła ruszyć, co mogła zrobić innego. W ciągu kilku kroków dołączyli do niej grajkowie oraz kilka osób niosących światła. Zdjęli z niej problem kierunku i drogi przejścia Za jej plecami sypały się kwiaty a chichot małych dzieci dodawał pewności siebie. Ostatecznie uniosła dumnie brodę, wyprostowała plecy i dała się ponieść wydarzeniu.


        Gdy wychodziła z polany, ujrzała dziewczyny trzymające za nią kciuki. Mimowolnie uśmiechnęła się do nich zadowolona z tego, że dzięki nim mogła wypełnić swoją nocną misję.


W połowie drogi do wioski dobiegły ją dziwne dźwięki, które niczego nie przypominały.

Nie znała ich.
Zwróciła głowę do tyłu by dowiedzieć się cóż to takiego.
Niczego nie ujrzała.


Zaskoczyło ją to, że tylko ona zareagowała na ten dźwięk. Wydawało jej się, że nikt inny nawet nie odwrócił wzroku, nie szukał źródła.


Nie słyszeli?

- Czy coś się stało? - usłyszała głos Quince'a za plecami. Nie wiedziała, że tuż za nią kroczyli Nowicjusze, przez co brak dobrej reakcji odbił się rumieńcem na jej twarzy. Widząc jej zdenerwowanie chłopak podbiegł nieco, zrównał z nią krok i położył rękę na ramieniu dziewczyny. - Słyszysz mnie?
- T-tak? - Diam wybudziła się z emocji. Ujrzała jego zmartwiony wyraz twarzy, który był kolejną rzeczą nie pasującą do niego. - Ah, nie. Wszystko gra, dzięki. - odpowiedziała szybko i przyspieszyła kroku.

- Jesteś pewna? Nie wydaje mi się. - ciepłe spojrzenie wywiercało dziury w jej twarzy.
- Nic się nie stało. - zgięła kark wprzód i schowała głowę za ramieniem.

        Zapanowała chwila niezręcznej ciszy. Chociaż w tym wypadku cisza była pojęciem względnym. Wokół nich panował niewyobrażalnie szczęśliwy hałas. Muzyka grała na całego, a ludzie nie chcieli być gorsi. Wtórowali słodkim dźwiękom, klaskali do rytmu, przytupywali, niektórzy nawet tańczyli po bokach pochodu. Ciepła atmosfera i śmiech były ciepłym okładem na serce.

- Jestem Quince, a ty? - dopytał nieśmiało, co ją nieco rozbawiło.
- Diam. - spojrzała mu prosto w oczy i obdarzyła przyjaznym uśmiechem.
- Diam... Dość niebywałe imię jak dla dziewczyny. - położył dłoń na karku. Jego z początku spokojne oblicze nagle zmieniło się w bardzo niepewne a w oczach zalśniła skrucha, gdy mówił: - O-oczywiście nie zrozum mnie źle! Bardzo mi się podoba!

        Zaskoczony spokojem na jej twarzy i ciągłym skupieniem spojrzenia w stoickim stanie speszył się i odwrócił wzrok w przeciwnym kierunku.

- Coś ten pobyt z dala od ludzi ci nie posłużył. - powiedziała nieco ironicznie.
- Czemu tak sądzisz? - spojrzał na nią kątem oka.
- Boisz się rozmawiać z ludźmi, to widać. - przechyliła głowę w przeciwnym kierunku.
- Mówisz to z taką pewnością w głosie. - uniósł brwi by nadać swojemu spojrzeniu niedowierzający wyraz.
- Kłamię? - sama dziwiła się temu z jaką pewnością siebie potrafi kontynuować wymianę zdań

        Nawet nie zorientowali się, że szli obok siebie, ramię w ramię ze wzrokiem wbitym w oczy rozmówcy z takim skupieniem i zażarciem. Dopiero, gdy Quince zorientował się, że wciąż trzyma dłoń na ramieniu Diam ściągnął ją do ciała pospiesznym ruchem i odsunął się na odległość kilku kroków w bok. Ostatni raz spojrzał na nią i uraczony jej triumfalnym uśmiechem odszedł w tył, do swojego rzędu.

- Diam, tak? - krzyknął do niej.
- Tak! - odwróciła głowę.

Jego już nie było.