Nim się obejrzała, znajdowała się kilka
kroków od miejskiego parku. O dziwo pokonanie całej drogi zajęło jej bardzo
mało czasu. Zapewne była to wina targających nią emocji, które pchały ją przed
siebie. Czuła, że zanurza się coraz głębiej w odmętach tej dziwnej historii.
Chociaż próbowała dać sobie spokój i wrócić do realnego świata, racjonalne
myśli nie umiały przedrzeć się przez całą stertę niecodziennych wrażeń.
Poranne niebo okryło się kilkoma
chmurami. Wczesnojesienne słońce leniwie wyglądało zza jednej z nich. Tłok na
ulicach był niezmienny. Widać było, że miasto stale tętni życiem. Nic nie
wskazywało na to, że ten dzień mógłby być w jakikolwiek sposób inny od pozostałych.
Zwalniając tempa, Diam podeszła do ogromnej bramy, prowadzącej do parku.
Ozdobne wykończenie otwartych skrzydeł wyróżniało się pośród szarych,
okolicznych budynków. Ogromny obszar, ograniczony płotem wydawał się być oazą
spokoju. Gałęzie drzew lekko opadały w dół, jakby chciały przywitać nowych
przybyszów. Zielone alejki zachęcały do spacerów a ukryte w koronach drzew
ptaki umilały czas swoim śpiewem. Dziewczyna skierowała się główną alejką po
lewej. Dróżka prowadziła nieco w górę i zakręcając omijała mały placyk zabaw,
na którym bawiła się gromadka małych dzieci. Ich radosny śmiech jeszcze
bardziej ożywiał to niezwykłe miejsce. Wzdłuż alejki ustawionych było kilka
ławeczek, na których przesiadywali ludzie. Przychodzili tutaj by odpocząć od zgiełku
miasta, oddać się lekturze, porozmawiać czy też poznać nowych ludzi. Panowała
tutaj niesamowita atmosfera. Wszelkie rozmowy ludzi, przechadzających się po
wąskich uliczkach wśród rzędów drzew były przyciszone. Kojąca aura wypełniła na
kilka chwil umysł dziewczyny, pozwalając jej odciąć się od niepokoju.
Kierowała się dalej, stawiając coraz
mniej pewne kroki. Wąska ścieżka skręciła nieco w prawo, przecinając park i
dzieląc go na dwie równe, symetryczne części. Wydawać się mogło, że Diam
znalazła się właśnie w innej części parku. Placyk zabaw oddzielała teraz ściana
wysokich tuj, które tłumiły rozradowane krzyki za jej plecami. Przed nią
ciągnęła się prosta, długa aleja. Dróżka wysypana białymi kamyczkami współgrała
z jasnozieloną trawą. Ogromny trawnik powodował, że przestrzeń wydawała się
jeszcze większa. Wzdłuż alei ustawione były czarne latarnie, zakończone
wymyślną głową. Naprzemiennie z nimi rosły młode drzewa o kształtnych koronach.
Cały krajobraz był uroczy i przepełniony swojego rodzaju elegancją. Każdy, kto
choć raz odwiedził to miejsce, miał ochotę pozostać tu choć chwilę dłużej i z
pewnością chętnie tutaj powracał.
Gdy aura rozmarzenia nieco opadła, spojrzała
na zegarek. Pozostało jej kilka minut. Pospiesznie ruszyła aleją. Z każdym
dalszym krokiem pojawiało się przed nią coraz więcej drzew. Zaburzały nieco
elegancję, dodając jej buntowniczego wyrazu. Trawnik przestawał być gładki i
zadbany, zamiast tego wyrastały z niego wysokie pnie, na czubkach których cicho
szumiały liście. Teren zaczął opadać w
dół, kamienna aleja zanikała. Zastąpiła ją wydeptana ścieżka, prowadząca w głąb
gęstego lasu. Widząc, że jest już coraz bliżej, Diam zwolniła kroku.
Ostatecznie przystanęła na chwilę i odwróciła głowę w stronę parku. Te dwa
światy, oddzielone niewyraźną granicą wydawały się tak różne...
Szelest pod jej stopami wydawał się
niezwykle głośny. Cieniutkie gałązki pękały pod ciężarem drobnej istotki,
przedzierającej się przez zaciemniony las. Poszukiwała jakichkolwiek śladów,
które pomogłyby jej odnaleźć miejsce, gdzie cała historia się rozpoczęła. Coraz
szybszy oddech stawał się płytki, poruszanie się sprawiało ból. Czuła strach.
Ogromny strach, który wypełniał jej ciało po brzegi. Nie pozwalał utrzymać
odpowiedniej równowagi, mącił w myślach. Zadawała sobie stale jedno i to samo
pytanie: Dlaczego akurat ja? Nie pojmowała sensu wszystkiego, co się
działo. Liczyła jednak, że choć w małym stopniu uda jej się wyjaśnić wszystkie
wydarzenia rodem z fantastycznej powieści.
Diam dojrzała, że zza drzew wyłaniają się
promienie słońca. Padały łuną w głąb ciemności, a w ich świetle mieniły się
błyszczące drobinki. Nagle wszystko przestało się wydawać tak strasznym jak z
początku. Aura słońca napawała pozytywną energią i dużą dawką wiary. Dziewczyna
wyszła zza drzew, stawiając stopy na gęstej, wysokiej trawie. Natrafiła na
pustą przestrzeń gdzieś w środku lasu, okrążoną wokół rzędem wysokich drzew.
Rozejrzała się wokół, oślepiona ostrym, światłem słońca, które najwidoczniej
zdecydowało się wyjść zza chmur. Spokojna polana była jak cicha ostoja dla
wędrowca. Zachęcała do chwili odpoczynku.
Nerwowo spojrzała na zegarek –
punktualnie. Więc... Gdzie on jest? Gdzie jest chłopak, który miał pomóc jej w
wyjaśnieniu sprawy? Myśli dziewczyny przepełniły się wieloma teoriami. Kolejny
raz ilość pytań sięgała punktu krytycznego. Włócząc powoli nogami, przysiadła w
cieniu ogromnego głazu, stojącego na środku polany. Oparła głowę o jego chłodną
ścianę i spojrzała w górę. Na niebie pojawiało się coraz więcej chmur, jednak
słońce wydawało uparcie się przez nie przedzierać. Świat wokół wydawał się
bardzo spokojny.
Co prawda, mało kto tu bywał. Ludzie
zwykle unikali miejsc, gdzie byliby sami, a jednocześnie mogli czuć się
zagrożeni. Las był jednym z nich. Krążyła o nim zła opinia, która koniec końców
nie miała w sobie zbyt wiele prawdy. Tworzono bajeczki, straszne historie,
rozsiewano je wśród społeczeństwa. Odstraszały ludzi. Nie raz Diam słyszała o
tym, jak to osoby wchodzące do tego lasu już nigdy z niego nie wychodziły. O tym,
jak znikały, rozpływały się w powietrzu, gubiły się. Mówiono, że nigdy ich nie
odnajdywano. Co się z nimi działo? Sądzi się, że zostali zabici przez
grasujących psychopatów. Przecież to domena Himikawy, prawda? Ludzie żywo
wierzyli w taką wersję wydarzeń. Jednak co powiedzieliby słysząc o młodej
dziewczynie, bywającej w tym lesie od najwcześniejszych lat? I to najczęściej
samotnie?
Diam była tutaj częstym gościem.
Potrafiła odnaleźć potrzebny jej spokój. Samotnie zaszywała się wśród drzew,
najczęściej szkicując. Nauczyła ją tego jej mama. Wcześniej bywały tu razem,
wybierały się na długie spacery. To jej wpływ spowodował, że dziewczyna
rozkochała się w tym nietypowym miejscu.
Podciągnęła nogi, opierając na nich
brodę. Przymknęła na chwilę oczy, chcąc ukoić nerwy. Cisza pieściła uszy
dziewczyny aż do momentu, gdy...
- Auuuuuuu~
...została przerwana przez przenikliwe,
wilcze wycie. Dawka paniki wraz z krwią napłynęła do jej serca, które zaczęło
łomotać w piersi. Poziom adrenaliny wzrósł a poczucie zagrożenia stało się
niewyobrażalne. To on – przeszło jej przez myśl. Nie powinnam się
bać, nic mi nie grozi... Prawda?
Przeraźliwe wycie powtórzyło się raz
jeszcze, jeżąc włosy na jej ciele. Skuliła się, ukrywając twarz. Była sam na
sam z nieznanym jej zagrożeniem. Dlaczego wcześniej tego nie przewidziała? To
wszystko wydawało się być tak proste. Ale kto przy zdrowych zmysłach dałby się
aż tak ponieść, żeby dać się namówić na takie spotkanie? Prawdopodobnie nikt.
- Auuuuuuuu~ - głośne wycie rozległo się po raz
kolejny. Roznosiło się po pustej przestrzeni, wypełniając ją drżącym dźwiękiem.
Niespodziewanie zamieniło się jednak w... - ~ekhm. - ...kaszel?
Diam spojrzała na trawę. Ujrzała na niej
wyraźny, ludzki cień. Nie rozumiała niczego, co się działo. Wiedziała jedynie,
że ktoś stał tuż nad nią. Cichy chichot wypełnił powietrze, roznosząc się
wokół.
- Wychodź.
Męski głos nie przypominał tego, który
słyszała w bibliotece. Strach sparaliżował jej nogi nie pozwalając na nawet
najmniejszy ruch. Nasłuchiwała jedynie szmerów, które dobiegały z tak bliskiej
odległości. Patrząc znad kolan nieco przed siebie, dostrzegała jedynie czubki
własnych butów. Słyszała kroki. Zbliżał się. A ona? Nie była w stanie
zareagować. Zamknęła oczy.
- Masz zamiar tu tak siedzieć?
Szorstki ton wzbudzał strach w każdym
fragmencie jej ciała. Wbrew temu, Diam odważyła się otworzyć oczy. Jednak gdy
podniosła głowę, zamarła. Gdy silne promienie słońca przestały ją ślepić,
ujrzała wysoką postać, stojącą przed nią. Przybysz podszedł kilka kroków, wsparł
się ręką na skale i nachylił nad dziewczyną zakrywając słońce. Ich spojrzenia
się spotkały. Z niewiadomego powodu Diam kolejny raz poczuła lodowaty dreszcz,
przebiegający po jej plecach.
Stał na nią wysoki chłopak, który samą
budową ciała mógł wywołać strach. Dobrze zbudowana, postawna figura świadczyła
o jego sile. Czarna koszulka luźno okrywała mięśnie, a ciemne spodnie zdawały się nie krępować ruchów. Ostro zarysowana twarz, otoczona brązową czupryną pozostawała
niewzruszona. Była równie pusta i zimna co jego głos. Wypełniał go jedynie
chłód, który napawał przerażeniem. Nie pozostawił miejsca dla żadnych innych
emocji. Był absolutny. Jednak...
- Wstawaj. - odsunął się o krok i wyciągnął do
niej rękę.
...jednak w spojrzeniu chłopaka widać
było coś całkiem innego. Łapiąc go za rękę i podnosząc się, Diam mogła choć
przez chwilę lepiej przyjrzeć się jego morskim oczom. Gdy już stanęła na
własnych nogach, speszona odwróciła wzrok. Wróciło do niej poczucie zagrożenia,
które z niewiadomego powodu opuściło ją chwilę temu. Cofnęła się o krok, jednak
jej plecy uderzyły o twardą skałę. Zachowanie dziewczyny jedynie rozśmieszyło
chłopaka, rozwiewając na chwilę zimny wyraz jego twarzy i zastępując go nikłym
uśmiechem.
- Nie wiem co oni w tobie widzą. - rzucił drwiąco.
- Oni? - spytała.
- Tak. - odparł, patrząc gdzieś w bok. - Przecież
ktoś taki, jak ty... Szkoda gadać.
Odwrócił się plecami i powoli ruszył
przed siebie. Szumiące liście zagłuszyły jego kroki. Szedł miarowym tempem, nie
zwracając uwagi na dziewczynę.
- Kim jesteś?
Przytłumiony głos Diam przebił się przez
ciszę. Słysząc jej słowa, chłopak przystanął.
- Czy to ważne?
- Mam już dość zagadek. - ku jego zdziwieniu, głos
dziewczyny pełen był stanowczości.
- Widzę, że mamy charakterek. - rzucił
prześmiewczo, odwracając się do niej. - Skoro tak, proszę bardzo. Zwykle wołają
na mnie Kamu. - Delikatny wiatr nieco rozwiał jego włosy, zsuwając kosmyki z
czoła. - Za to ty, ty to sławna Diam, o której od pewnego czasu stale się mówi.
Aż słabo się robi.
- O mnie? - zaskoczona, zrobiła krok w tył.
- To oczywiste. Zgromadzenie nie ma innego tematu.
- prychnął. - Arizel nigdy nie rozumiał tego, że Luminosi powinni żyć w
zamkniętym świecie. Przez jeden błąd wszystko...
Chłopak przygryzł wargę, przerywając w
połowie zdania. Jego wyraz twarzy znów stał się nieokreślony. Jedynie przez
ułamek sekundy wydawać się mogło, że pojawił się na niej cień bólu, który
wykrzywił jego wargi w grymas. Odwrócił się ponownie plecami do stojącej
nieruchomo dziewczyny. Jego wzrok powędrował w górę, na błękitne, poranne
niebo.
- Jaki błąd? - ciągnęła niczego nieświadoma Diam.
Milczenie Kamu było bardzo wymowne. Nie
miał najmniejszej ochoty na rozmowę, a tym bardziej wyjaśnianie czegokolwiek.
Wyczuwając to, Diam powolnym krokiem podeszła do niego.
- Odejdź stąd.
Dwa lodowate słowa wystarczyły, by ciało
dziewczyny zaczęło drżeć z przerażenia. Podświadomie cofnęła się o kilka
kroków. Wiedziała, że powinna cokolwiek zrobić. Podjąć działanie. Uciec.
Zniknąć. Wiedziała.
- Czekam tu na kogoś. - odrzekła, odrzucając
racjonalne podpowiedzi.
- Odejdź. - warknął głośniej.
- Ale-
Zanim zdążyła dokończyć, Kamu znajdował
się już tuż przed nią. Poczuła, jak silna dłoń chłopaka zaciska się na jej
szyi. Twardo przyparta do zimnej ściany skały, była zmuszona spojrzeć mu w
oczy. W przepełnione nienawiścią ślepia, które mierzyły ją przenikliwym
spojrzeniem.
- Zapomnij o wszystkim. - twarde słowa odbiły się
echem w głowie dziewczyny. Otworzyła szeroko przerażone oczy. - Zapomnij o tym,
że cokolwiek kiedykolwiek się wydarzyło.
Pragnęła krzyczeć z bólu, jednak mocny
uścisk nie pozwalał wykrztusić ani słowa. Bezradne dłonie Diam opadły na ramię
chłopaka, chcąc go odepchnąć. Te starania wywołały jedynie uśmiech na jego
twarzy. Zbliżył się jeszcze bardziej, a ich twarze dzieliło kilka centymetrów.
- Odejdź stąd. Rozumiesz? - ciepły oddech owiał
szczękę dziewczyny. - Nie waż się tu wracać. Nie należysz do tego świata.
Uścisk zniknął, oddech powrócił. Jedynie
grunt pod nogami przestał być stabilny. Bezwładne ciało dziewczyny opadło na
miękką trawę, wydając przy tym głuchy dźwięk. Czuła jak ucieka z niej wszelkie
zwątpienie, niepewność. Wszelkie mącące jej w myślach emocje przeminęły,
niesione chłodnym wiatrem. Stała się pewna. Najbardziej tego, że chce skończyć
tą sprawę raz na zawsze. Ktoś nie chciał, by dowiedziała się prawdy. Nie
zamierzała więc robić niczego na siłę. Pozostanie w swoim własnym, małym
świecie wydawało się lepszym rozwiązaniem niż błądzenie wśród niestworzonych
zagadek.
Odwróciła głowę. Ujrzała chłopaka,
stojącego kilka kroków dalej. Jego wzrok kolejny raz skierowany był w górę,
jakby obserwował każdą zmianę na błękitnym niebie. Zadziwił ją. W ciągu kilku
sekund zdołał tak bardzo zmienić swoje zachowanie. Wbrew tym zmianom wydawać
się mogło, że pasuje w nim bezwzględny spokój. Jak to możliwe, by osiągnąć aż
tak doskonałe panowanie nad sobą? Każdy ruch chłopaka wydawał się wyważony,
wręcz perfekcyjny. Gdy nieco się poruszył, spoglądając na przestrzeń za głazem,
Diam mogła kolejny raz ujrzeć ‘to coś’, czającego się w jego spojrzeniu.
Przyglądała się mu z uwagą i zaciekawieniem. Nigdy wcześniej nie spotkała
nikogo takiego, jak on. Wiedziała, że Kamu nie należy do tego świata, jej świata.
Niespodziewanie chłopak ruszył z miejsca,
żywo wskakując na głaz i szybko znikając z pola widzenia. Zaciekawiona Diam z
trudem podniosła się z ziemi i niepewnie wyjrzała zza skraju kamienia. Na
zielonym tle malowały się dwie postacie. W powietrzu roznosiło się przerażające
ujadanie, które wydawało się coraz głośniejsze. Wilki. Dwa potężne zwierzaki o
pokaźnych rozmiarach wrogo łypały na siebie. Zjeżona sierść na ich karkach
powodowała, że wydawały się jeszcze większe i groźniejsze. Zwierzaki wbijały
twardo łapy w ziemię, a ich rozwarte pyski ukazywały rzędy śnieżnobiałych
zębisk. Diam poznała jednego z nich. Wreszcie mogła z bliska przyjrzeć się jego
szarej, nastroszonej sierści i bladym ślepiom. Jednak jego postura w porównaniu
z drugim, kruczoczarnym wilkiem wydawała się nieco mizerna. Silne, czarne ciało
budziło strach. Psisko wydawało się nie do pokonania.
Dziewczyna dobrze wiedziała kim są. Nie
rozumiała jednak tego, dlaczego tak się zachowują. Wilki zaczęły powoli okrążać
się wzajemnie, zmniejszając odległość. Powarkiwania były coraz to
intensywniejsze, głębsze, zniecierpliwione. Zwierzęta położyły uszy gładko po
sobie a ich barki nieustannie pracowały przy poruszaniu. Nagle szary samiec
ruszył przed siebie, rzucając się na rywala. Ogromny pysk zamknął się na
czarnej łapie, po której spłynęły stróżki krwi. Przeciwnik nie czekał zbyt
długo z odpowiedzią. Rzucił się na ciało szarego samca, wbijając kły w jego
kark. Ciężkie sapanie stawało się coraz głośniejsze a walka coraz bardziej
zażarta. Żaden z nich nie chciał odpuścić. To nie wchodziło w grę.
Na trawie
pojawiła się plama czerwonej krwi.
Zwierzę padło.
Rozległo się
głuche, zwycięskie wycie.

