niedziela, 24 lutego 2013

IV. W blasku.




       Nim się obejrzała, znajdowała się kilka kroków od miejskiego parku. O dziwo pokonanie całej drogi zajęło jej bardzo mało czasu. Zapewne była to wina targających nią emocji, które pchały ją przed siebie. Czuła, że zanurza się coraz głębiej w odmętach tej dziwnej historii. Chociaż próbowała dać sobie spokój i wrócić do realnego świata, racjonalne myśli nie umiały przedrzeć się przez całą stertę niecodziennych wrażeń.
       Poranne niebo okryło się kilkoma chmurami. Wczesnojesienne słońce leniwie wyglądało zza jednej z nich. Tłok na ulicach był niezmienny. Widać było, że miasto stale tętni życiem. Nic nie wskazywało na to, że ten dzień mógłby być w jakikolwiek sposób inny od pozostałych. Zwalniając tempa, Diam podeszła do ogromnej bramy, prowadzącej do parku. Ozdobne wykończenie otwartych skrzydeł wyróżniało się pośród szarych, okolicznych budynków. Ogromny obszar, ograniczony płotem wydawał się być oazą spokoju. Gałęzie drzew lekko opadały w dół, jakby chciały przywitać nowych przybyszów. Zielone alejki zachęcały do spacerów a ukryte w koronach drzew ptaki umilały czas swoim śpiewem. Dziewczyna skierowała się główną alejką po lewej. Dróżka prowadziła nieco w górę i zakręcając omijała mały placyk zabaw, na którym bawiła się gromadka małych dzieci. Ich radosny śmiech jeszcze bardziej ożywiał to niezwykłe miejsce. Wzdłuż alejki ustawionych było kilka ławeczek, na których przesiadywali ludzie. Przychodzili tutaj by odpocząć od zgiełku miasta, oddać się lekturze, porozmawiać czy też poznać nowych ludzi. Panowała tutaj niesamowita atmosfera. Wszelkie rozmowy ludzi, przechadzających się po wąskich uliczkach wśród rzędów drzew były przyciszone. Kojąca aura wypełniła na kilka chwil umysł dziewczyny, pozwalając jej odciąć się od niepokoju.

       Kierowała się dalej, stawiając coraz mniej pewne kroki. Wąska ścieżka skręciła nieco w prawo, przecinając park i dzieląc go na dwie równe, symetryczne części. Wydawać się mogło, że Diam znalazła się właśnie w innej części parku. Placyk zabaw oddzielała teraz ściana wysokich tuj, które tłumiły rozradowane krzyki za jej plecami. Przed nią ciągnęła się prosta, długa aleja. Dróżka wysypana białymi kamyczkami współgrała z jasnozieloną trawą. Ogromny trawnik powodował, że przestrzeń wydawała się jeszcze większa. Wzdłuż alei ustawione były czarne latarnie, zakończone wymyślną głową. Naprzemiennie z nimi rosły młode drzewa o kształtnych koronach. Cały krajobraz był uroczy i przepełniony swojego rodzaju elegancją. Każdy, kto choć raz odwiedził to miejsce, miał ochotę pozostać tu choć chwilę dłużej i z pewnością chętnie tutaj powracał.
        Gdy aura rozmarzenia nieco opadła, spojrzała na zegarek. Pozostało jej kilka minut. Pospiesznie ruszyła aleją. Z każdym dalszym krokiem pojawiało się przed nią coraz więcej drzew. Zaburzały nieco elegancję, dodając jej buntowniczego wyrazu. Trawnik przestawał być gładki i zadbany, zamiast tego wyrastały z niego wysokie pnie, na czubkach których cicho szumiały liście.  Teren zaczął opadać w dół, kamienna aleja zanikała. Zastąpiła ją wydeptana ścieżka, prowadząca w głąb gęstego lasu. Widząc, że jest już coraz bliżej, Diam zwolniła kroku. Ostatecznie przystanęła na chwilę i odwróciła głowę w stronę parku. Te dwa światy, oddzielone niewyraźną granicą wydawały się tak różne...



       Szelest pod jej stopami wydawał się niezwykle głośny. Cieniutkie gałązki pękały pod ciężarem drobnej istotki, przedzierającej się przez zaciemniony las. Poszukiwała jakichkolwiek śladów, które pomogłyby jej odnaleźć miejsce, gdzie cała historia się rozpoczęła. Coraz szybszy oddech stawał się płytki, poruszanie się sprawiało ból. Czuła strach. Ogromny strach, który wypełniał jej ciało po brzegi. Nie pozwalał utrzymać odpowiedniej równowagi, mącił w myślach. Zadawała sobie stale jedno i to samo pytanie: Dlaczego akurat ja? Nie pojmowała sensu wszystkiego, co się działo. Liczyła jednak, że choć w małym stopniu uda jej się wyjaśnić wszystkie wydarzenia rodem z fantastycznej powieści.
       Diam dojrzała, że zza drzew wyłaniają się promienie słońca. Padały łuną w głąb ciemności, a w ich świetle mieniły się błyszczące drobinki. Nagle wszystko przestało się wydawać tak strasznym jak z początku. Aura słońca napawała pozytywną energią i dużą dawką wiary. Dziewczyna wyszła zza drzew, stawiając stopy na gęstej, wysokiej trawie. Natrafiła na pustą przestrzeń gdzieś w środku lasu, okrążoną wokół rzędem wysokich drzew. Rozejrzała się wokół, oślepiona ostrym, światłem słońca, które najwidoczniej zdecydowało się wyjść zza chmur. Spokojna polana była jak cicha ostoja dla wędrowca. Zachęcała do chwili odpoczynku.
       Nerwowo spojrzała na zegarek – punktualnie. Więc... Gdzie on jest? Gdzie jest chłopak, który miał pomóc jej w wyjaśnieniu sprawy? Myśli dziewczyny przepełniły się wieloma teoriami. Kolejny raz ilość pytań sięgała punktu krytycznego. Włócząc powoli nogami, przysiadła w cieniu ogromnego głazu, stojącego na środku polany. Oparła głowę o jego chłodną ścianę i spojrzała w górę. Na niebie pojawiało się coraz więcej chmur, jednak słońce wydawało uparcie się przez nie przedzierać. Świat wokół wydawał się bardzo spokojny.

       Co prawda, mało kto tu bywał. Ludzie zwykle unikali miejsc, gdzie byliby sami, a jednocześnie mogli czuć się zagrożeni. Las był jednym z nich. Krążyła o nim zła opinia, która koniec końców nie miała w sobie zbyt wiele prawdy. Tworzono bajeczki, straszne historie, rozsiewano je wśród społeczeństwa. Odstraszały ludzi. Nie raz Diam słyszała o tym, jak to osoby wchodzące do tego lasu już nigdy z niego nie wychodziły. O tym, jak znikały, rozpływały się w powietrzu, gubiły się. Mówiono, że nigdy ich nie odnajdywano. Co się z nimi działo? Sądzi się, że zostali zabici przez grasujących psychopatów. Przecież to domena Himikawy, prawda? Ludzie żywo wierzyli w taką wersję wydarzeń. Jednak co powiedzieliby słysząc o młodej dziewczynie, bywającej w tym lesie od najwcześniejszych lat? I to najczęściej samotnie?
       Diam była tutaj częstym gościem. Potrafiła odnaleźć potrzebny jej spokój. Samotnie zaszywała się wśród drzew, najczęściej szkicując. Nauczyła ją tego jej mama. Wcześniej bywały tu razem, wybierały się na długie spacery. To jej wpływ spowodował, że dziewczyna rozkochała się w tym nietypowym miejscu.
       Podciągnęła nogi, opierając na nich brodę. Przymknęła na chwilę oczy, chcąc ukoić nerwy. Cisza pieściła uszy dziewczyny aż do momentu, gdy...

- Auuuuuuu~

       ...została przerwana przez przenikliwe, wilcze wycie. Dawka paniki wraz z krwią napłynęła do jej serca, które zaczęło łomotać w piersi. Poziom adrenaliny wzrósł a poczucie zagrożenia stało się niewyobrażalne. To on – przeszło jej przez myśl. Nie powinnam się bać, nic mi nie grozi... Prawda?
       Przeraźliwe wycie powtórzyło się raz jeszcze, jeżąc włosy na jej ciele. Skuliła się, ukrywając twarz. Była sam na sam z nieznanym jej zagrożeniem. Dlaczego wcześniej tego nie przewidziała? To wszystko wydawało się być tak proste. Ale kto przy zdrowych zmysłach dałby się aż tak ponieść, żeby dać się namówić na takie spotkanie? Prawdopodobnie nikt.

- Auuuuuuuu~ - głośne wycie rozległo się po raz kolejny. Roznosiło się po pustej przestrzeni, wypełniając ją drżącym dźwiękiem. Niespodziewanie zamieniło się jednak w... - ~ekhm. - ...kaszel?

       Diam spojrzała na trawę. Ujrzała na niej wyraźny, ludzki cień. Nie rozumiała niczego, co się działo. Wiedziała jedynie, że ktoś stał tuż nad nią. Cichy chichot wypełnił powietrze, roznosząc się wokół.

- Wychodź.

       Męski głos nie przypominał tego, który słyszała w bibliotece. Strach sparaliżował jej nogi nie pozwalając na nawet najmniejszy ruch. Nasłuchiwała jedynie szmerów, które dobiegały z tak bliskiej odległości. Patrząc znad kolan nieco przed siebie, dostrzegała jedynie czubki własnych butów. Słyszała kroki. Zbliżał się. A ona? Nie była w stanie zareagować. Zamknęła oczy.

- Masz zamiar tu tak siedzieć?

       Szorstki ton wzbudzał strach w każdym fragmencie jej ciała. Wbrew temu, Diam odważyła się otworzyć oczy. Jednak gdy podniosła głowę, zamarła. Gdy silne promienie słońca przestały ją ślepić, ujrzała wysoką postać, stojącą przed nią. Przybysz podszedł kilka kroków, wsparł się ręką na skale i nachylił nad dziewczyną zakrywając słońce. Ich spojrzenia się spotkały. Z niewiadomego powodu Diam kolejny raz poczuła lodowaty dreszcz, przebiegający po jej plecach.
       Stał na nią wysoki chłopak, który samą budową ciała mógł wywołać strach. Dobrze zbudowana, postawna figura świadczyła o jego sile. Czarna koszulka luźno okrywała mięśnie, a ciemne spodnie zdawały się nie krępować ruchów. Ostro zarysowana twarz, otoczona brązową czupryną pozostawała niewzruszona. Była równie pusta i zimna co jego głos. Wypełniał go jedynie chłód, który napawał przerażeniem. Nie pozostawił miejsca dla żadnych innych emocji. Był absolutny. Jednak...

- Wstawaj. - odsunął się o krok i wyciągnął do niej rękę.

       ...jednak w spojrzeniu chłopaka widać było coś całkiem innego. Łapiąc go za rękę i podnosząc się, Diam mogła choć przez chwilę lepiej przyjrzeć się jego morskim oczom. Gdy już stanęła na własnych nogach, speszona odwróciła wzrok. Wróciło do niej poczucie zagrożenia, które z niewiadomego powodu opuściło ją chwilę temu. Cofnęła się o krok, jednak jej plecy uderzyły o twardą skałę. Zachowanie dziewczyny jedynie rozśmieszyło chłopaka, rozwiewając na chwilę zimny wyraz jego twarzy i zastępując go nikłym uśmiechem.

- Nie wiem co oni w tobie widzą. - rzucił drwiąco.
- Oni? - spytała.
- Tak. - odparł, patrząc gdzieś w bok. - Przecież ktoś taki, jak ty... Szkoda gadać.

       Odwrócił się plecami i powoli ruszył przed siebie. Szumiące liście zagłuszyły jego kroki. Szedł miarowym tempem, nie zwracając uwagi na dziewczynę.

- Kim jesteś?

       Przytłumiony głos Diam przebił się przez ciszę. Słysząc jej słowa, chłopak przystanął.

- Czy to ważne?
- Mam już dość zagadek. - ku jego zdziwieniu, głos dziewczyny pełen był stanowczości.
- Widzę, że mamy charakterek. - rzucił prześmiewczo, odwracając się do niej. - Skoro tak, proszę bardzo. Zwykle wołają na mnie Kamu. - Delikatny wiatr nieco rozwiał jego włosy, zsuwając kosmyki z czoła. - Za to ty, ty to sławna Diam, o której od pewnego czasu stale się mówi. Aż słabo się robi.
- O mnie? - zaskoczona, zrobiła krok w tył.
- To oczywiste. Zgromadzenie nie ma innego tematu. - prychnął. - Arizel nigdy nie rozumiał tego, że Luminosi powinni żyć w zamkniętym świecie. Przez jeden błąd wszystko...

       Chłopak przygryzł wargę, przerywając w połowie zdania. Jego wyraz twarzy znów stał się nieokreślony. Jedynie przez ułamek sekundy wydawać się mogło, że pojawił się na niej cień bólu, który wykrzywił jego wargi w grymas. Odwrócił się ponownie plecami do stojącej nieruchomo dziewczyny. Jego wzrok powędrował w górę, na błękitne, poranne niebo.

- Jaki błąd? - ciągnęła niczego nieświadoma Diam.

       Milczenie Kamu było bardzo wymowne. Nie miał najmniejszej ochoty na rozmowę, a tym bardziej wyjaśnianie czegokolwiek. Wyczuwając to, Diam powolnym krokiem podeszła do niego.

- Odejdź stąd.

       Dwa lodowate słowa wystarczyły, by ciało dziewczyny zaczęło drżeć z przerażenia. Podświadomie cofnęła się o kilka kroków. Wiedziała, że powinna cokolwiek zrobić. Podjąć działanie. Uciec. Zniknąć. Wiedziała.

- Czekam tu na kogoś. - odrzekła, odrzucając racjonalne podpowiedzi.
- Odejdź. - warknął głośniej.
- Ale-

       Zanim zdążyła dokończyć, Kamu znajdował się już tuż przed nią. Poczuła, jak silna dłoń chłopaka zaciska się na jej szyi. Twardo przyparta do zimnej ściany skały, była zmuszona spojrzeć mu w oczy. W przepełnione nienawiścią ślepia, które mierzyły ją przenikliwym spojrzeniem.

- Zapomnij o wszystkim. - twarde słowa odbiły się echem w głowie dziewczyny. Otworzyła szeroko przerażone oczy. - Zapomnij o tym, że cokolwiek kiedykolwiek się wydarzyło.

       Pragnęła krzyczeć z bólu, jednak mocny uścisk nie pozwalał wykrztusić ani słowa. Bezradne dłonie Diam opadły na ramię chłopaka, chcąc go odepchnąć. Te starania wywołały jedynie uśmiech na jego twarzy. Zbliżył się jeszcze bardziej, a ich twarze dzieliło kilka centymetrów.

- Odejdź stąd. Rozumiesz? - ciepły oddech owiał szczękę dziewczyny. - Nie waż się tu wracać. Nie należysz do tego świata.

       Uścisk zniknął, oddech powrócił. Jedynie grunt pod nogami przestał być stabilny. Bezwładne ciało dziewczyny opadło na miękką trawę, wydając przy tym głuchy dźwięk. Czuła jak ucieka z niej wszelkie zwątpienie, niepewność. Wszelkie mącące jej w myślach emocje przeminęły, niesione chłodnym wiatrem. Stała się pewna. Najbardziej tego, że chce skończyć tą sprawę raz na zawsze. Ktoś nie chciał, by dowiedziała się prawdy. Nie zamierzała więc robić niczego na siłę. Pozostanie w swoim własnym, małym świecie wydawało się lepszym rozwiązaniem niż błądzenie wśród niestworzonych zagadek.

       Odwróciła głowę. Ujrzała chłopaka, stojącego kilka kroków dalej. Jego wzrok kolejny raz skierowany był w górę, jakby obserwował każdą zmianę na błękitnym niebie. Zadziwił ją. W ciągu kilku sekund zdołał tak bardzo zmienić swoje zachowanie. Wbrew tym zmianom wydawać się mogło, że pasuje w nim bezwzględny spokój. Jak to możliwe, by osiągnąć aż tak doskonałe panowanie nad sobą? Każdy ruch chłopaka wydawał się wyważony, wręcz perfekcyjny. Gdy nieco się poruszył, spoglądając na przestrzeń za głazem, Diam mogła kolejny raz ujrzeć ‘to coś’, czającego się w jego spojrzeniu. Przyglądała się mu z uwagą i zaciekawieniem. Nigdy wcześniej nie spotkała nikogo takiego, jak on. Wiedziała, że Kamu nie należy do tego świata, jej świata.

       Niespodziewanie chłopak ruszył z miejsca, żywo wskakując na głaz i szybko znikając z pola widzenia. Zaciekawiona Diam z trudem podniosła się z ziemi i niepewnie wyjrzała zza skraju kamienia. Na zielonym tle malowały się dwie postacie. W powietrzu roznosiło się przerażające ujadanie, które wydawało się coraz głośniejsze. Wilki. Dwa potężne zwierzaki o pokaźnych rozmiarach wrogo łypały na siebie. Zjeżona sierść na ich karkach powodowała, że wydawały się jeszcze większe i groźniejsze. Zwierzaki wbijały twardo łapy w ziemię, a ich rozwarte pyski ukazywały rzędy śnieżnobiałych zębisk. Diam poznała jednego z nich. Wreszcie mogła z bliska przyjrzeć się jego szarej, nastroszonej sierści i bladym ślepiom. Jednak jego postura w porównaniu z drugim, kruczoczarnym wilkiem wydawała się nieco mizerna. Silne, czarne ciało budziło strach. Psisko wydawało się nie do pokonania.

       Dziewczyna dobrze wiedziała kim są. Nie rozumiała jednak tego, dlaczego tak się zachowują. Wilki zaczęły powoli okrążać się wzajemnie, zmniejszając odległość. Powarkiwania były coraz to intensywniejsze, głębsze, zniecierpliwione. Zwierzęta położyły uszy gładko po sobie a ich barki nieustannie pracowały przy poruszaniu. Nagle szary samiec ruszył przed siebie, rzucając się na rywala. Ogromny pysk zamknął się na czarnej łapie, po której spłynęły stróżki krwi. Przeciwnik nie czekał zbyt długo z odpowiedzią. Rzucił się na ciało szarego samca, wbijając kły w jego kark. Ciężkie sapanie stawało się coraz głośniejsze a walka coraz bardziej zażarta. Żaden z nich nie chciał odpuścić. To nie wchodziło w grę.


Na trawie pojawiła się plama czerwonej krwi.
Zwierzę padło.
Rozległo się głuche, zwycięskie wycie.


czwartek, 21 lutego 2013

środa, 13 lutego 2013

III. Rytuał.




       Świat ogarnęła głucha pustka. Powodowała, że wszystko wydawało się martwe. Najmniejsze okruchy życia zniknęły na te kilka późnych, nocnych godzin. Jedynie z głębi lasu dochodziły przyciszone dźwięki nocnych ptaków. Promienie księżyca przedzierały się przez korony drzew. Gromady kruków przechadzały się po suchych liściach, które opadły na trawę. Dało się powoli wyczuć nadchodzącą jesień. Sowy wyszły z ukrycia, a jedna z nich przysiadła na gałęzi, sterczącej nisko nad ziemią. Wydawać się mogło, że zerknęła na dziewczynę, leżącą między drzewami. Jej rozdygotane ciało przesuwało się minimalnie co jakiś czas. Na dźwięk głośnego szmeru drżąca istotka otworzyła oczy. Rozejrzała się, dostrzegając jedynie ciemne drzewa. Gdy doszła do siebie, momentalnie podniosła się z chłodnej ziemi. Nie znała tego miejsca, czuła się w nim całkowicie zagubiona. Bezradnie zrobiła kilka kroków w tył. Jej blade dłonie powędrowały w górę, zaciskając się na szyi i powstrzymując krzyk, który chciał wyrwać się z gardła. Głośny szelest liści pod jej stopami spłoszył gromadę czarnych kruków, które poderwały się do lotu, głośno kracząc. Poczuła ciepłe łzy, spływające po policzkach. Nie kontrolowała się. Ciemność wydawała się coraz ściślej ją otaczać, stawała się głębsza i nie do pokonania.
                                        
       Niespodziewanie gdzieś pośród drzew ukazało się światło. Mały, drobny punkcik przedarł się przez mrok. W sercu dziewczyny narodziła się nadzieja na ucieczkę z mrocznych zakamarków. Nie miała pojęcia co robi, jednak jedyne, co przychodziło jej na myśl to bieg. Bieg w stronę światła. Instynktownie ruszyła przed siebie. Nie zwracała nawet uwagi na zranienia czy potknięcia. Liczyło się jedynie znalezienie wyjścia z tej czarnej pułapki. Dążyła przed siebie, kierowana żółtym blaskiem. Z czasem las stał się mniej gęsty, drzewa nie wydawały się aż tak potężne a od celu dzieliło ją już tylko kilka metrów. Przyspieszyła biegu.

         -   Chodźże szybciej!

       Głos staruszki dobiegł ucha dziewczyny, która ukryła się za najbliższym drzewem, nasłuchując uważnie. Zauważyła, że owe światło było niczym innym jak pochodnią, trzymaną przez starszą kobietę. Dziewczyna jak najciszej zrobiła kilka kroków, podchodząc nieco bliżej nieznanej staruszki. Gdy ta poruszyła ręką, płomień oświetlił jej twarz. Uśmiechnięta promiennie kobieta prawdopodobnie wołała za kimś idącym za nią.
  
        -   Mitani! Pośpieszże się!

       Chwilę później do kobiety dołączyła malutka dziewczynka o ciemnych, lekko kręconych włosach. Jej duże oczy błyszczały w świetle pochodni. Przyglądając się nieco dłużej, Diam zauważyła, że obie mają na sobie stare łachmany. Ich przybrudzone stroje wydawały się być jak nie z tej epoki. Staruszka ubrana była w czarną, chłopską koszulę, wsuniętą do szarej spódnicy. Na nogach miała poniszczone buty. Mała dziewczynka miała na sobie burą sukienkę z licznymi łatami.
       Szła boso, a w wędrówce towarzyszył jej pluszowy miś. Krok po kroku, zmierzały w górę piaszczystą drogą. Ukryta w ciemności Diam zmierzała za nimi. Wolała ruszyć się z miejsca niż  pozostać samotnie w panującej wokół ciemności. Oddalona od dwóch postaci o kilka metrów starała się iść jak najciszej. Nie wiedziała co mogłoby jej grozić, gdyby została zauważona. Każdy stawiany przez nią krok był przemyślany i ostrożny. Widząc, że staruszka stanęła na szczycie uliczki, trzymając za rękę swoją małą towarzyszkę, Diam zwolniła kroku. Gdy znów przystanęła za drzewem, usłyszała ich krótką rozmowę.

-  To już? - spytała mała dziewczynka.
-  Tak. To czas. - staruszka ścisnęła mocniej jej dłoń, przyciągając ją do siebie.
-  Babciu... - dziewczynka przytuliła swoją opiekunkę. - Ktoś dziś... Zginie... Prawda?
-  To pewne, kochanie. - odparła łagodnie. - Taka jest kolej rzeczy.
-  Ale... Ale przecież nie ma ich u nas... - drżący głosik zdawał się być coraz cichszy.
-  O kim mówisz, kochanie?

       Schowana na skraju lasu Diam nie usłyszała dalszego fragmentu rozmowy. Ze skupieniem przyglądała się jednak jak stojące na wzgórzu postacie ruszają dalej wąską drogą. Kiedy zniknęły z pola widzenia, dziewczyna wybiegła z ukrycia. Pobiegła przed siebie, przystając na szczycie wzniesienia. Gdy spojrzała przed siebie, jej serce zamarło.
      
       Ujrzała przed sobą potężną, otwartą przestrzeń. Zdawała się być nieograniczona. Rozciągający się przed nią dywan trawy sięgał aż po szafirowe jezioro, w którego tafli odbijał się obraz księżyca w pełni. Miękki, trawiasty dywan przecinała jedynie owa wąska, piaszczysta dróżka, która opadała razem ze wzniesieniem i skręcając lekkim łukiem w prawo, znikała w dalszej części lasu. Na horyzoncie można było dostrzec pasmo drobnych budynków, a w ich oknach pojedyncze światła. Miasteczko spało spokojnym snem. Gdy dziewczyna wróciła wzrokiem na zieloną połać, dojrzała po lewej niewielką, drewnianą chatkę, ogrodzoną płotem.
       Fakt, że dziewczyna znalazła się w całkowicie nieznanej jej okolicy w tym momencie jej nie przerażał. Nie zastanawiała się nad tym gdzie jest, co się stało. Zapomniała o prawdziwych realiach. Patrząc na krajobraz, który rozciągał się przed jej oczami, czuła spokój. Wydawało jej się, że już kiedyś widziała to miejsce. Nie była pewna czy aby to możliwe. W sercu dziewczyny zakiełkowało ziarenko niepewności, a strach zjeżył włosy na jej ciele. Szybko jednak zapomniała o wszystkim widząc staruszkę z dzieckiem, które podchodziły pod płot drewnianego domku.
       Ze zdziwieniem zauważyła, że w to miejsce zaczęło schodzić się coraz więcej i więcej osób. Światła pochodni i lamp ukazywały masę szczegółów. Diam zastanawiała się czy nie podejść bliżej, wmieszać się w tłum. Może jej strój nieco odchodził od chłopskich sukien, jednak chciała zaryzykować. Coś wołało ją w stronę budynku. Coś pchało ją przed siebie, nakłaniało do zrobienia kroku. Gdyby tylko mogła pozostać niezauważona...

- Patrz gdzie leziesz! - rozległ się głos za jej plecami.

       Wpatrzona przed siebie, nie zwróciła uwagi na to, czy ktoś czasem się nie zbliża. Przerażenie w ciągu sekundy osiągnęło moment krytyczny. Spłoszona dziewczyna miała ochotę rzucić się w głąb mrocznego lasu, jednak było już stanowczo za późno na ucieczkę.
       W jej kierunku zbliżali się dwaj starsi mężczyźni. Nie wydawali się zbytnio trzeźwi, nogi ledwo ich niosły. Krok za krokiem, chwiejnie szli przed siebie.

-   To co, - wybełkotał niższy. – dziś świętujemy narodziny Popaprańca?
-   A dajże spokój, głupcze. - odparł drugi. - Nie ma czego świętować.
-   Luminosi są niepoważni. ' Czysta rasa! Czysta rasa! ' Pamiętasz? Tak wielce się szczycili czystą linią! - mężczyzna uniósł się głośno, zatrzymując się kilka kroków od dziewczyny. - I co? I zachciało się jednemu śmiertelniczkę bałamucić.
-   Łudziła się, że będzie szczęśliwa. Że pozycję zyska. - dodał tamten prześmiewczo. - A tu co?
-   Wilczątko. - towarzysz dokończył za niego.

       Mężczyźni wybuchnęli donośnym śmiechem i szli dalej. Nawet nie zauważyli Diam, która nie wiedziała co się dzieje. Jej myśli kolejny raz skupiły się na jednym słowie. Luminosy. A konkretnie Luminosi. Kim byli? Dlaczego kolejny raz słyszy o tym samym? Nie potrafiła odnaleźć żadnego racjonalnego wytłumaczenia tego, co się dzieje.
       Gdy mężczyźni ją mijali, jeden z nich wyraźnie gestykulował. Podczas swojej przemowy przypadkowo uderzył Diam. Wytrąciło ją to z zamyślenia i jednocześnie wprawiło w jeszcze większe przerażenie. To był koniec.

-   Matjasie, – odezwał się mężczyzna, patrząc przed siebie. - albo wypiłem zbyt dużo nalewki w knajpie, albo w coś uderzyłem.
-    Jak to? Przecież tu nic nie ma.

       Diam zauważyła, że mężczyzna wyciągnął rękę w jej kierunku. Odsunęła się o krok, by mężczyzna machając ręką w miejscu, gdzie stała mógł udowodnić towarzyszowi, że się myli. Dwójka przechodniów powoli zaczęła schodzić ze wzniesienia i ruszyła w stronę całkiem sporego już tłumu. Dziewczyna ruszyła za nimi. Wyminęła ich ostrożnie, gotowa do nagłej ucieczki. Zorientowała się jednak, że i tym razem pozostaje dla nich niezauważalna. Ulga wypełniła jej płuca, a dziewczyna mogła odetchnąć. Żwawo przyspieszyła i szybko wmieszała się w dziwnie rozgorączkowany tłum.

            Jak ona mogła! Nikczemna.
       Biedna istota. Nie wiedziała co robi!
                        Oddać się Wilczurowi. Psu. Hańba!
       Ludzie! Zostawcie ją! Nie jest niczemu winna!
            Na stos z nią!
                        Uratujmy chociaż dziecko...
       Zadajmy jej tyle cierpienia ile tylko się da. Niech żałuje.
            Przecież to tylko prosta, młoda dziewczyna. Zakochana. Co jest złego w miłości?

       Wokół dziewczyny aż kotłowało się od rozmaitych opinii. Każdy miał swoje własne, nieco odmienne zdanie. Z niektórych można było wywnioskować o co chodzi z tym całym poruszeniem. Diam przysłuchiwała się uważnie wszystkiemu, co mogło być istotne.
       Cały gwar przerwało krakanie kruków, nadlatujących w stronę zebranych. Zapanowała bezwzględna cisza. Diam rozejrzała się wokół. Na twarzach ludzi malowało się przerażenie. Zakon, usłyszała. Grobowe miny zgromadzonych świadczyły o tym, że zaraz będzie świadkiem czegoś okropnego. Przepychając się na tyły tłumu, ominęła ostatni rząd osób. Jej wzrok padł na wzniesienie pod laskiem. Ujrzała rząd ciemnych postaci, które stały niewzruszenie na tle ciemnych drzew. Czarne figury przypominały posągi, które przyglądały się zebranym. Powoli, jeden po drugim, ruszyli w dół, kierując się do tłumu. Obeszli ludzi i stająca za płotem, spojrzeli na zebraną społeczność.
       Było ich pięciu. Wszyscy ubrani w długie, czarne szaty, zdobione srebrnymi nićmi, które zakrywały każdy fragment ich ciała. Proste kaptury zakrywały twarze przybyszów, uniemożliwiając odszyfrowanie ich nastawienia ani emocji. Bił od nich lodowaty chłód, który zdawał się paraliżować.
      -   Drodzy zebrani! – rozległ się kobiecy głos. Jedna z czarnych postaci wyszła przed szereg. – Zebraliśmy się tu, aby wspólnie dokonać rytuału. Nie dopuścimy, aby żadne niechciane szczenię nie plugawiło naszego rodu!
       Rozległ się gromki wiwat, oznaczający aprobatę ludności.

      -   Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, by nasza wioska została zapamiętana jako czysta i bez skazy. Dlatego, towarzysze, wygnajmy winowajczynię z jej budy!

       Tłum gorączkowo ruszył w stronę drewnianej chatki. Ludzie przepychali się, chcąc jak najszybciej wejść do domu kobiety. Kilka osób dostało się do środka, znikając za drzwiami. Kilka minut później te same osoby wyszły z domu, jedna za drugą. Ostatnia z nich wlokła za włosy kobietę, ubraną w nocną sukienkę. Wokół roznosiły się jej krzyki i piski, jednak nikt nie zwracał na nie najmniejszej uwagi. Diam, obserwująca uważnie każdy element wydarzenia, nie umiała zrozumieć okrucieństwa, które przepełniało zebranych tu ludzi. Chaos w jej głowie potęgował się z sekundy na sekundę. Nie potrafiła się ruszyć, zrobić kroku, a tym bardziej uciec. Choć tak bardzo tego pragnęła. Zniknąć z tego chorego miejsca.

      -   Na stos z nią! Spalić! Zabić sukę! – krzyki były coraz głośniejsze. Tłum zdawał się ponieść zbyt wielkimi emocjami.

       Gdy tłum się przerzedził, dziewczyna zobaczyła twarz kobiety. Był to straszny widok. Posiniaczona, brudna postać leżała na błotnistej ziemi. Jej sukienka, tak czysta i biała została skalana. Kobieta zanosiła się płaczem, krzyczała prosząc o pomoc. Nikt jednak nie był po jej stronie. Jedna z osób, należących do Zakonu podeszła do niej i wyciągnęła ku niej rękę. Gdy kobieta uniosła się, chcąc ją złapać, czarna postać z impretem kopnęła ją w brzuch. W tym momencie Diam zorientowała się, że winowajczyni jest w wysokiej ciąży. Przepełniło ją silne współczucie i chęc pomocy, więc nie myśląc dłużej pokonała słabość i ruszyła przed siebie.

      -   Dokąd biegniesz?

       Delikatny głos za swoimi plecami zatrzymał ją. Odwracając się, ujrzała ową dziewczynkę, która stała zwrócona w jej kierunku, trzymając swoją opekunkę za rękę. Zdziwiona faktem, że ktokolwiek ją zobaczył, zwróciła się do niej.

      -   Chcę jej pomóc. – wyszeptała.
      -   Nie możesz. Nikt nie może. – głos dziecka wydawał się wyprany z jakichkolwiek emocji.
    -  Dlaczego? – Diam podbiegła do niej i uklękła z niemocy przed małą dziewczynką. Zauważyła, że jedynie ona jest w stanie ją zobaczyć. Nikt nie zareagował na ich rozmowę.
     -   Jest winna.
     -   Dlaczego?
     -   Jest winna. – cichy głosik dziewczynki doprowadzał Diam do szału.
     -   Odpowiedz mi, odpowiedz! – wykrzyczała.

       Dziecko spojrzało na nią swoimi ogromnymi, błyszczącymi oczami. Wydawało się takie niewinne, całkowicie bezbronne i dobre. Jednak w oczach dziewczynki widniała czysta, nieograniczona nienawiść. Diam nigdy nie doświadczyła czegoś podobnego. Gdy poczuła drobniutką dłoń dziewczynki, która opadła na jej ramię, po jej plecach przebiegł lodowaty dreszcz.

    -   Taki już jest porządek tej wioski. Luminosi muszą istnieć. Jedynie oni mają prawo do życia.

       Zimna dłoń dziecka powędrowała na szyję Diam. Coraz silniejszy uścisk odbierał jej dech. Diam próbowała się wyrwać, szarpała się z małą. Jednak niczego nie wskurała. Palce dziecka wbijały się w jej delikatną skórę, wywołując ogromny ból. Płuca zdawały się być coraz cięższe a przed oczami nastawała ciemność. Ostatnią rzeczą, którą zobaczyła był demoniczny uśmiech małej dziewczynki. Zamknęła oczy.


 

       Poranne słońce przedzierało się przez zasłony pokoju na poddaszu. Spokojny poranek w Himikawie właśnie się zaczynał. Z podwórka dochodziły ciche dźwięki ulicznego życia, a rozmowy przechodniów stawały się coraz głośniejsze. Tą przyjemną otoczkę przerwał głośny pisk dziewczyny, wydobywający się z jej własnego gardła. Ta nagła pobudka poderwała ją z łóżka. Diam otworzyła oczy i rozejrzała się uważnie po pomieszczeniu.
       Zdawać by się mogło, że nic się nie wydarzyło. Wszystko było w należytym porządku. Życie biegło swoim naturalnym rytmem. Jednak coś stale niepokoiło dziewczynę...
       Pędem wstała z łóżka i wybiegła z pokoju. Otwierając każde drzwi, szukała osoby, która mogłaby pomóc jej wyjaśnić sprawę ubiegłej nocy. Wpadając z impetem do kuchni, ujrzała swoją mamę.

     -   Już wstałaś? – spytała kobieta, spoglądając na nią czułym spojrzeniem.
     -   N-no tak...
     -   Usiądź, śniadanie zaraz będzie gotowe.

       Diam posłusznie podeszła do stołu. Odsuwając krzesło, oparła rękę na jego oparciu. Chciała jak najszybciej wszystko wyjaśnić.

     -   Mamo? – jej głos zadrżał z przerażenia.
     -   Tak, kochanie?
     -   Jak ja... To znaczy, jakim cudem... Nie.
     -   Czy coś się stało? – kobieta podeszła do niej i spojrzała na córkę z niepokojem.
     -   Bo... Nie pamiętam jak wczoraj... Jak wczoraj dotarłam do domu...
     -   Ah, no tak! Możesz niczego nie pamiętać. – uśmiechnęła się promiennie.

       Zdziwiona dziewczyna wlepiła tępo wzrok w mamę.

      -   O czym ty mówisz?
     -   Wczoraj do domu przyniósł cię taki miły, wysoki chłopak. Powiedział mi, że zasnęłaś ze zmęczenia u znajomych.
     -   Blondyn?
     -   Nie.

       Zdezorientowanie sięgnęło zenitu.

    -   Jak wyglądał?
    -   Nie jestem pewna, było dość ciemno...
    -   Mamo! – uniosła się.

       Kobieta przyjrzała się jej uważnie. Gdy Diam wróciłą do siebie, odpowiedziała jej spokojnym tonem:

   -   Tak, racja. Faktycznie, zasnęłam u Lumeny. To zapewne ten jej znajomy, jestem pewna. – zaśmiała się sztucznie. – Przepraszam cię.

       Odeszła niepewnie od krzesła i ruszyła w kierunku pokoju. Nie zwracała nawet uwagi na to, że mama woła za nią. Pozostała głucha na wszystko, co działo się wokół. Obchodziło ją jedynie to, co działo się ubiegłej nocy. Nie była w stanie rozwiać mgły, która owiała jej wpomnienia.
      Gdy weszła do pokoju, usiadła na łóżku. Ręce dziewczyny opadły bezwładnie. Zrezygnowana, spojrzała w sufit. Gdyby tylko wiedziała, pamiętała.
       Spuszczając głowę, jej wzrok padł na cieniutki, czarny tomik, leżący na szafce obok...

       I nagle wszystko wróciło. Cała seria wspomnień uwolniła się zza mgły. Spotkanie z przyjaciółką, biblioteka, pogoń i to donośne, posępne wycie. Wszystko znów stało się wyraźne.
       Dziewczyna ujrzała przed oczami twarz chłopaka, którego spotkała w bibliotece. Wstała z łóżka i sięgnęła po tomik. Przetarła ręką jego delikatną, skórzaną okładkę, przyglądając się mu uważnie. Nie miał tytułu. Przepełniona niepewnością, otworzyła pierwszą stronę. Ujrzała na niej ręcznie pisany napis. Czarny atrament wyróżniał się na pożółkłej stronie.
       Dziennik Kundla. Tajemnicza nazwa utkwiła w jej myślach. Gdy przekładała kolejne strony książki, mała karteczka wypadła na ziemię. Przypomniała sobie, że została tam włożona przez owego blondyna. Drżącą ręką podniosła ją z ziemi. Odwróciła skrawek papieru.

       Punkt 8:00.
       Tam, gdzie wszystko się zaczęło.
       Będę czekać.       

       Połączenie wszystkich faktów w jedną, klarowną całość zajęło jej kilka chwil. Jednak gdy tylko to się stało, postanowiła działać. Spojrzała na zegarek – miała 15 minut. Rzuciła tom na łóżko. Kartkę wsunęła do kieszeni.

Wybiegła bez słowa. By odnaleźć odpowiedź.