niedziela, 26 maja 2013

VI. Przebudzenie.





-   Diam! Trzymaj się! Nic Ci nie jest?!

Głos jej przyjaciela stawał się coraz bardziej wyraźny. Poczuła ciepły oddech na ramieniu gdy podnosił jej bezwładne ciało z ziemi. Wyraźnie czuła to, jak przytulił ją do siebie delikatnym uściskiem i wtulił głowę w jej ramię. Drobne usta wykrzywiły się w uśmiech. Ponownie spróbowała poruszyć ręką. Uniosła ją i położyła na głowie Treya, czochrając jego brązowe włosy. Chłopak z zapartym tchem odsunął się od przyjaciółki, jednak widząc jej spokojny uśmiech przytulił ją jeszcze raz. Odetchnęła.
Jednak...
Co to było?

-   Wszystko w porządku? - spytał z wyraźnym strachem w głosie.
-   Tak, tak sądzę... - otworzyła nieobecne oczy. Jej płuca ponownie wypełniły się powietrzem. Miała wrażenie, że ten oddech był pierwszym w jej życiu. Chłodne powietrze osłodzone zapachem słońca wprowadziło ją w stan podobny do nieważkości. Ponownie opadła na ramię Treya, łapiąc dłonią jego bark.

            Nie. Nic nie jest w porządku.
            Dlaczego, zresztą ponownie, stało się coś takiego?
            Jak to możliwe?

-   Diam?

Co się stało?
Jeszcze chwilę temu byli tutaj... Prawda?
Być może to był tylko... Sen...


            Ale...

            Ich dotyk... Zapach krwi...
            Z pewnością.
            Byli.

            Szum liści wybudził ją z owego nieokreślonego stanu. Wydawać by się mogło, że myśli dziewczyny poszukiwały jej duszy, która pozostała gdzieś tam, daleko, wśród wilczej sierści...

-   Diam, chodźmy stąd. Proszę. - wzrok Treya stał się dziwnie poważny.

            Nagły ruch chłopaka przywrócił ją na ziemię. Pociągnął ją w górę i pomógł stanąć na równych nogach. Sam odwrócił się do niej plecami, kierując wzrok w stronę gąszczu gałęzi. W tym czasie Diam rozciągnęła się nieco i strzepała drobne kruszki z ubrania. Kilka głębokich wdechów pomogło jej oczyścić umysł. Chęć zmiany tematu spowodowała, że z uśmiechem na twarzy spytała:

-   Coś Ty taki spięty, człowieku?

            Nie uzyskała odpowiedzi. Zapanowała niezręczna cisza. Dziewczyna podniosła wzrok by zerknąć na przyjaciela, który wciąż wpatrywał się gdzieś w głębię lasu. Wyglądało to tak, jakby uparcie czegoś wypatrywał. Jego wzrok był niecodzienny, całkowicie nieobecny.
            Nie, to niedorzeczne.

-   Diamku?

            Tylko dlaczego wbrew dziwnemu zachowaniu głos Treya pozostawał spokojny?

-   T-tak? - z paniką patrzyła na przyjaciela, którego zielone oczy stale wpatrywały się wgłąb ciemnego lasu.
-   Co tu robiłaś?

            Serce zabiło jej nieco szybciej gdy gorączkowo szukała odpowiedzi. Głowa zapełniła się toną bezużytecznych kłamstw, zmyślonych wersji wydarzeń, scenariuszy. Niecierpliwie wypatrywała wśród nich choć jednej dostatecznie dobrej wymówki dotyczącej tego, co miało tu miejsce. Z drugiej strony ciekawiło ją to, co takiego Trey zrobiłby w momencie, gdyby dowiedział się, że jego przyjaciółka stała się częścią jakże niezwykłej historii. Jednej z tych, o których on miał nie raz okazję czytać. Tak bardzo pragnęła powiedzieć mu prawdę, jednak...
            A, właśnie!

-   A Ty? Co tu wyprawiasz? - energiczna odpowiedź czym prędzej wypłynęła z jej ust.
-   Co masz na myśli? - spojrzał na nią niepewnie.
-   Jakim cudem tu trafiłeś?
-   Szukałem cię. - chłopak nie wydał jej się zbytnio przekonujący.
-   W środku lasu? - dodała podejrzliwie. Wiedziała, że była jedyną osobą, która znała jej tajemną kryjówkę w cieniu głazu.

            Ukrył dłonie za plecami. Kręcił.

-   Czy to ważne? Znalazłem cię. - oburzony, warknął na nią.

            Ciepła dłoń Treya złapała jej nadgarstek i pociągnęła przed siebie. Ruszył w kierunku, z którego przyszedł. Krok za krokiem kierowali się do wyjścia z labiryntu drzew. Coraz mniej drzew chroniło skórę przed słońcem, coraz cichszy zdawał się kojący szum liści, coraz mniejsza stawała się szansa, że zdenerwowana Diam uzyska odpowiedź. Śpiew ptaków przestał docierać do jej uszu z momentem, gdy opuścili park. Wiedziała, że wyrywając ją z osobistego azylu nie pozwolił jej na jakikolwiek kontratak. Dlaczego?

-   Trey, odpowiedz. - wyszeptała.

            Brak interakcji.

-   Trey. - dodała do głosu dozę zdecydowania.

            Ani drgnięcia.

            Co miała zrobić? Nie mogła powiedzieć. Wciąż twierdziła, że nie byłby w stanie jej uwierzyć. Z drugiej strony słowa same cisnęły jej się na język. Chciała, by jako jej przyjaciel mógł przeżyć wszystko razem z nią. Nie miała pewności, że zrozumie. Wewnętrznie bała się odrzucenia z jego strony. Co, jeśli wziąłby ją za wariatkę?

            Chłopak przez dłuższy czas nie dostrzegł tego, co malowało się na bladej twarzy jego przyjaciółki. Dopiero po chwili całkowitego milczenia odwrócił się do niej i ujrzał ogromny, paniczny strach. Taki, którego jeszcze nigdy w życiu nie miał okazji widzieć. Szare oczy Diam zaszkliły się łzami. Nie wiedziała co zrobić, zbyt ogromna bezradność przejęła nad nią władzę. W pośpiechu puścił stale trzymany nadgarstek a ucisk położył na jej ramiona, które ukrył w swoim objęciu.

-   Co się dzieje, Diamku? - ciepły oddech odbił się od jej ramienia.
-  Troszkę mi słabo, nic więcej... - wybełkotała.
-   Niedługo poczujesz się lepiej – zaśmiał się. - zabieram cię do siebie.

            Nie mówiąc nic więcej ruszył spokojnym krokiem, znikając razem z nią w jednej z bocznych uliczek Himikawy. Nieco już popołudniowe słońce pokazywało swą złotą tarczę przez szczeliny między budynkami, wiatr stawał się coraz chłodniejszy a chmury zmieniały swój kolor. Kolejny dzień dobiegał końca. Wśród pustych ścian budynków pojawiało się coraz mniej ludzi. Znikali do swych gniazd, jaskiń, nor. Nie chcieli stać się ofiarami nocnych łowów. Ich twarze ukazywały smutek, wywołany całodzienną pracą. Codzienność odbijała się na wyglądzie tych ludzi. Byli coraz bardziej zmęczeni światem, w którym żyli. Być może potrzebna im była jakakolwiek zmiana? Jakiś przełom, który wpłynąłby na ich sytuację?

            Rozmyślając o tym, nieobecna Diam przemierzała ulice Himikawy w towarzystwie przyjaciela. Dzień chylił się ku końcowi, dlatego czym prędzej musieli udać się w bezpieczne miejsce. Wspinali się po ogromnych, kamiennych schodach, prowadzących do starej kamienicy na przedmieściu. Gdy zamknęli za sobą ogromne drzwi udali się do mieszkania na piętrze. Była to mała kawalerka, wynajmowana przez Treya od kilku lat. Niestety, po śmierci jego rodziców był zdany tylko na siebie, dlatego zamieszkiwał ją całkiem sam. Za ciemnymi drzwiami skrywała się oaza, w której Trey spędzał większość czasu. Po wejściu do salonu oczom dziewczyny ukazały się te same, ogromne półki, które miała okazję podziwiać już od lat. Chowały się w nich kolekcjonerskie figurki, które zostały zdobyte przez chłopaka podczas turniejów gier fantasy. Stosy fantastycznych książek i czasopism naukowych piętrzyły się na podłodze. Jasne ściany zakryte były plakatami oraz ogromnymi mapami, zaopatrzonymi w legendy napisane w dziwnym języku. Za każdym razem, gdy miała okazję je podziwiać zastanawiała się skąd tak właściwie się wzięły. Skrywały w sobie nieokreśloną tajemnicę, która aż prosiła się o to, by ją wydobyć.

            Diam zwinnym ruchem ominęła wszystkie przeszkody, które blokowały jej dojście do jasno obitej kanapy. Gdy wygodnie się na niej rozsiadła, usłyszała pomrukiwanie, dochodzące z parapetu za jej plecami.

-   Witaj, Ney – powiedziała Diam, ściągając kremowo-rudego kota z parapetu. – gdzie ty się chowasz?
-   To jej stałe miejsce. – rzucił Trey, wchodząc do pokoju w dwoma kubkami herbaty. Pospiesznie zajął miejsce obok przyjaciółki. – Zwykle w przerwach między znikaniem na cały dzień przesiaduje tutaj, wygrzewając się na słońcu.
-    Gdzie ona tak znika? Dziękuję. – dodała i zabrała kubek z gorącym napojem.
-   Nie mam pojęcia. Gdy rano zbieram się do wyjścia do Gargulca na turniej lub sparing zwykle już jej nie ma. Za to jak wracam to już wyleguje się na parapecie spogląda na mnie tymi swoimi mądrymi oczkami. – powolnym ruchem przejechał po łbie sporych rozmiarów kotki, która jak  szeroki szal rozłożyła się na nogach Diam.
-   Przypomnij mi, co to za rasa?
-   Savannah. Jeden z rzadszych okazów. Nie jestem pewien czy pamiętasz, ale dostałem ją całkiem przypadkowo od jednego turysty, któremu pomogłem kilka lat temu.
-   Tak tak, opowiadałeś mi tą historię. – zaśmiała się cicho, a jej wzrok krążył po prążkowanej sierści kota.

Spokojną rozmowę przerwało ciche pukanie do drzwi. Gdy Diam spojrzała na Treya, jego twarz ukazała małą dezorientację.

-   Spodziewasz się kogoś? – spytała Diam.
-   Rzecz w tym, że nie…

Trey podniósł się z kanapy i powolnym krokiem ruszył ku drzwiom. Gdy je otworzył, jego oczom ukazała się mała, drobna blondyneczka, ubrana w czarną sukienkę.

-   Kaila, co ty tu robisz? – spytał cicho.
-   Ciocia. – wyszeptała ledwo słyszalnym głosem.
-   Trey, czy coś się stało? – jego uszu dobiegł przejęty głos Diam, która wstała by podejść do niego.
-   Nic wielkiego, to tylko moja kuzynka.

Coraz bardziej uchylone drzwi ukazywały stopniowo postać dziewczynki. Była lekkiej postury, drobna, tycia. Jej ciało okrywała zwiewna, czarna sukienka a we włosach zauważyć można było równie czarne kokardki i spineczki. Na nogach miała czarne lakierki, zapięte na ciemnych rajstopkach. Sprawiała wrażenie smutnej, jednak bardzo spokojnej istotki. Za prośbą Treya weszła do środka i nieśmiało pokierowana usiadła na miejscu obok Diam.

-   Napijesz się czegoś, Kai?
-   Woda.

Trey pospiesznie ruszył w stronę kuchni, zostawiając dziewczyny. Nie zwrócił jednak większej uwagi na to, że atmosfera stała się stosunkowo bardziej napięta niż była. Niespodziewany gość stał się centrum zainteresowania.

W czasie, gdy Trey przesiadywał w kuchni, Diam przyglądała się drobnej osóbce, która niczym posąg siedziała przy niej. Wydawało jej się, że nie wykonała ani najmniejszego ruchu. Nawet jej płuca zdały się nieruchome, żaden włos nie poruszył się na jej głowie. Biło od niej tajemniczością, czymś nie do opisania, jakby cała uwaga świata skupiła się w tym jedynym momencie właśnie na niej.

-    Kaila, tak? – rzuciła Diam absolutnie niepewnym głosem.
-    Kaila. – cichutki, anielski głos wydobył się z gardła dziewczynki.
-   Co cię tu sprowadza, Kailo? – postanowiła kontynuować rozmowę.
-    Trey.
-   No tak, zgadza się… - otarła ramię dłonią. – To twój kuzyn, tak?
-   Kuzyn. – duże, piwne oczy Kai skierowały się na twarz dziewczyny.

Diam poczuła, jak włosy jeżą się na jej rękach. Im dłużej ta się jej przyglądała, tym bardziej wydawać się mogło, że ten przenikliwy wzrok dociera gdzieś do zakamarków duszy, które tak bardzo chciałoby się ukryć…

-   Kamień.

Dziewczyna nie zwróciła uwagi na to, że uważne oczy Kaili skierowały się na jej szyję. Dojrzały tam coś, o czym ta całkowicie zapomniała. Zza nieco odsłoniętej koszulki wyłaniał się naszyjnik z przywieszką, wyglądającą jak diament. Mądre oczy przyglądały się mu ze skupieniem a ząbki zagryzły drobniutkie wargi dziewczynki. Widząc to zainteresowanie, Diam złapała łańcuszek i wyciągnęła wisiorek na wierzch. Z niewiadomego powodu Kaila odskoczyła do tyłu, jakby wystraszyła się widoku tego drobnego przedmiotu. Po chwili wróciła jednak do szczegółowej obserwacji.

-   Kamień. – powtórzyła, wyciągając ku niemu wskazujący palec.
-   Tak, zgadza się. Diament. – zaśmiała się cicho, łapiąc go w dwa palce i przysuwając do twarzy dziewczynki.
-   Diament. – powtórzyła pospiesznie.

Powolnym ruchem palca Kaila dotknęła środka wisiorka. Przytrzymując go chwilę dłużej, schowała palec w małej piąstce a następnie wlepiła w niego swoje oczy. Z sekundy na sekundę przerażający wzrok dziewczynki stawał się coraz bardziej nieobecny. Trudno było określić co tak naprawdę dzieje się w jej umyśle. O czym myśli, nad czym się zastanawia, co tak bardzo urzekło ją w tym drobnym przedmiocie.

-   Kaila, czy-
-   Wilki.

Zanim Diam mogła choć zrozumieć co wybełkotała drobna istotka, pokój wypełnił oślepiający blask. Wydobywał się właśnie z tego drobnego przedmiotu, który rozpromienił wszystko możliwe, co znajdowało się wokół. Szyby szafek potęgowały efekt, odbijając promienie bez końca. Blask wydawał się pochłaniać wszystko na swej drodze. Nie było to wcale złudne, ponieważ uczucie to można było odczuć nawet na ciele, gdzie to skóra traciła swoją zwartą budowę. Diam czuła, jakby jej ciało rozbiło się na milion cząsteczek. Nie umiała pohamować tego uczucia, przenikało jej cały organizm. Wypełniało wnętrze, zajmowało umysł i rozświetlało go równie umiejętnie co wiszący na jej szyi wisior.

Gdy Diam spojrzała na Kailę odczuła przerażenie. Piwne oczy dziewczynki stały się czarne niczym najpaskudniejsza smoła. Wgapiały się w nią bez słowa. Nie odczuwała niczego. Nie wyczytywała niczego. Niczego też nie wiedziała.
Zatraciła się.
Zamknęła oczy.
Poczuła, jak z jej ciała odchodzi dusza.

Upadła.