Obudziła
się w ciepłej, miękkiej pościeli. Rozpieszczona porannym słońcem na jej skórze,
otworzyła oczy i z zaspania przeciągnęła się na łóżku. Odwróciła się na drugi
bok aby nie ukazywać twarzy słońcu. Ziewając, mocno zgarnęła kołdrę w swoje
ramiona i wtuliła w nią twarz. Drobne stópki, podciągnięte pod same pośladki
schowały się pod fałdami błękitnego materiału. Głośno nabrała powietrza w
płuca, jakby próbowała się uspokoić.
Ten zapach...
Zapach
tanich kadzideł, dochodzący zza okna wywołał uśmiech na jej twarzy. Odetchnęła
nieco żywiej, świadoma miejsca swojego pobytu. Zmierzwione włosy utworzyły na
poduszce dziwny kształt, błyszczący w świetle poranka. Leniwie otworzyła oczy,
które jako jedyne wyłaniały się znad kołdry.
A
gdzie Stary Edgar? Dziwne, że go nie słychać.
Jak na życzenie, na ulicy rozległ się potężny głos
mężczyzny, który namawiał ludzi do kupowania jego ręcznie rzeźbionych
katarynek. Jedną z nich pochwycił w dłonie i zaczął wydobywać z niej coś na
kształt muzyki... Jedynie na kształt. Nie minęła minuta a już znaleźli się
pierwsi przeciwnicy Edgarowskiego talentu. Widocznie nie doceniali jego starań,
które wkładał w to żeby sprzedać choć jedno ze swoich dzieł sztuki. Wrzeszczeli
sądząc, że to cokolwiek da. Że Edgar zabierze sprzęt i pójdzie gdzie indziej.
Nowi
w Himikale, hahah.
Jej cichemu śmiechowi współgrała melodia katarynki,
która nie przestawała brzmieć. Gdy Diam zgramoliła się już z łóżka, podeszła do
małego okna na piętrze. To za nim rozciągał się widok na całą ulicę, prowadzącą
prosto na targowisko. To pod tym oknem przechadzał się Edgar, uparcie grając
to, co jego. Wydawał się nawet nie zauważać grupki czterech chłopaków, nie
odchodzących od niego nawet na krok. Dlaczego tak bardzo im przeszkadzał?
Przecież każdy tu miał miejsce dla siebie. Może jeszcze tego nie zrozumieli,
hm?
Stara,
poczciwa Himikawa. Tyle różnic a każdy podobny.
Faktycznie,
stara poczciwa Himikawa pozostała niezmieniona. Nawet jeśli tyle się działo,
życie tutaj płynęło własnym tempem. Nowe twarze, nowe historie. Nudny, kolorowy
świat. Nudny w swoich kolorach. Kolorowo nudny. Eh. Do Himikawy wciąż napływali
nowi ludzie. Co chwilę społeczność miasta zmieniała swój skład, na ulicach gwar
wzbogacał się o nieznane wcześniej słowa i doświadczenia, ludzie mieszali się
między sobą. Tylko co oni tak właściwie wiedzieli o tym miejscu? Gdyby spojrzeć
na to od strony człowieka z zewnątrz – byli tacy, jak wszyscy. Nikt od nikogo
się nie odróżniał. Inaczej – może nie tyle, że się nie odróżniali, ale nie byli
uhierarchizowani. Każdy jako inna bajka był równy kolejnemu. Kto wie, może
faktycznie tak było? Gdy jednak przyjrzeć się nieco uważniej, Himikawa
posiadała swój ustalony i niezmienny rytm. Warunkiem do tego, aby go poczuć
było zżycie się z tym miastem, coś na kształt 'zapuszczenia korzeni'. Korzenie
są na tyle ciekawskie, że tworzą dobrą podstawę dla stabilnego pnia osoby
żyjącej tutaj. Aby znać Himikawę, trzeba być Himikawą. Znać ludzi. Słuchać ich.
Poznać niejedną historię ze wszystkich historii, mieszających się tutaj
wzajemnie. Przeżyć kilka wiosen, lat, jesieni i zim słuchając tego, co tworzy
tę społeczność. Sięgnąć w głąb ludzi, nie tylko tych, co są ale i tych, co
byli. Znać na pamięć zadrapania na murze piekarni, ilość kwiatów magnolii na
placu przy fontannie. I choć raz usłyszeć przechadzający się tutaj nocą strach.
- Ej, wy tam! - krzyknął ktoś z okna. - Co się tak
przypieprzyliście do niego!
Grupka
chłopaków, którym widocznie nie spieszyło się odpuścić biednemu Edgarowi
jedynie spojrzeli na nawołującego, po czym najzwyczajniej go zignorowali. Diam
z wolna otworzyła okno i oparła się łokciami o parapet. Ze spokojem w oczach
obserwowała zajście.
Gdyby
tylko wiedzieli...Eh, to nic nie zmieni.
- Te, muzyk, - wołali do mężczyzny. - skończysz
już? Czy mamy ci pomóc?
Brak
reakcji mężczyzny rozwścieczył ich jeszcze bardziej. A przecież on jedynie
patrzył przed siebie z uśmiechem na ustach na dzieci, szczęśliwie biegające
wokół niego. Wydawało się, że nawet nie dostrzegł czwórki cwaniaków tuż za nim. Jeden z nich wziął się na odwagę i podszedł
do Edgara. Szarpnął go za ramię i pociągnął do siebie. Biedny, niczego
niespodziewający się Edgar wydusił z siebie jęk przerażenia a jego oczy
przepełniły się strachem. Widząc to, młody chłopak drżącą ręką złapał mężczyznę
za koszulę tuż pod jego gardłem a emanująca od niego złość troszkę się
rozchwiała. Jego rozbiegany wzrok nie mógł zrozumieć tego dlaczego mężczyzna
tak bardzo się go boi. Podjudzany słowami kolegów, podniósł na niego pięść.
Przestraszone
dzieci rozbiegły się po wąskich uliczkach przedmieścia Himikawy.
- Ej.
Czwórka
chłopaków uniosła wzrok ku drobnemu okienku, w którym dojrzeli twarz patrzącej
na nich blondynki.
- Czego chcesz? - spytał jeden z nich, jakby
lider, czy coś.
- Ja? Niezbyt wiele. - powiedziała z przekąsem.
Odwróciła twarz i dodała wskazując brodą. - Ale twój kumpel ma chyba jakiś
problem do naszego Edgara.
- Zasłużył, co nie? - chłopak zwrócił się do
swoich towarzyszy czekając na ich poparcie. Ci pokiwali zdecydowanie głowami.
- Tak? Czym? - Diam wdrapała się na parapet.
Oparła się o nagrzaną słońcem ramę okna.
- Nie słyszysz?! - lider bronił swoich racji.
- Ja? - obdarzyła go pewnym siebie uśmiechem. - Ja
owszem. Ale on...
Chłopcy
spojrzeli na wystraszonego Edgara, któremu wciąż grożono pięścią. Pytający
wzrok mężczyzny przechodził z jednej twarzy na drugą szukając wyjaśnienia tej
całej sytuacji. Jego drżące dłonie próbowały pochwycić dłoń napastnika, jednak
ten opuścił pięść. Odwrócił się twarzą do Diam, która obdarzyła go lekceważącym
uśmiechem.
- Edgar jest głuchy.
Widok
zdziwienia w ich oczach był bezcenny. Fakt, Edgar był niesłyszącym, który
sprzedawał katarynki z zamiłowania. Ba, zdobił je przepięknymi wzorami,
własnoręcznie wydłubywanymi w domowym zaciszu. Nadawał im jeszcze większą
wartość. Spytaliby więc, dlaczego grał? Lubił uśmiech dzieci, które mógł
uszczęśliwiać swoją obecnością. Biegających wokół berbeci. Ot, cały powód.
- Nowi u nas, co? - rzuciła do nich z wyższością.
- Długo tu nie przetrwacie, hah.
- O czym ty bredzisz? - krzyknęli do niej.
Oswobodzony Edgar ukłonił się Diam, którą ujrzał w oknie i czym prędzej uciekł.
Chłopcy zebrali się w grupkę.
- Hej Diam! - usłyszała z okna naprzeciw, gdy
pojawił się w nim mały syn piekarza.
Odmachała
mu, zakładając nogę na nogę. Całkowicie zignorowała zaczepki, które płynęły z
dołu. Po co przejmować się kimś, kto i tak zbyt długo tu nie pobędzie? To
miasto i tak zapewne niedługo ich pochłonie. Selekcja naturalna kocha takie
egzemplarze – myślała. Gdy sytuacja zbliżała się do nadużywania
wulgaryzmów, zeskoczyła z parapetu i jakby nigdy nic, zamknęła okno.
Odwróciła
się na pięcie, rozejrzała wokół. Wypełniła swoje płuca powietrzem, aromatem
pokoju. To miejsce wcale się nie zmieniało, od lat wyglądało tak samo. Szafki,
jedynie nieco bardziej odrapane, wciąż stały w tych samych miejscach. Te
mniejsze wisiały po prawej stronie od okna, wypełnione stertami książek. Nieco
dalej, w rogu stała wąska a wysoka półka, pełna gier komputerowych. Obecna
kolekcja była znacznie bardziej imponująca niż ta sprzed jakiś 10 lat, nie ma
co. A ile pieniędzy, ile czasu poświęconego na to wszystko... Jakieś dziwne
wampirzysko patrzyło na nią z plakatu na przeciwległej ścianie. Kiedyś nawet
się go bała, ale teraz? Co to za potwór, co jedynie szczerzy zębiska z kawałka
papieru. Krok po kroku, zmierzała do niego aby przyjrzeć mu się z bliska.
Wyłupiaste oczy łypały na nią już z drugiego końca pokoju, jednak nie dała się
zwieść. Zgrabnym ruchem wyminęła z lewej obrotowe krzesło, które czuwało przy o
dziwo wyłączonym komputerze. Milusi dywan ogrzewał jej stopy, gdy stanęła tuż
obok drewnianej szafy by stanąć oko w oko z potworkiem. Dotknęła palcem białych
kłów o fakturze kartki.
- Nie zrób mu krzywdy. - rzucił Trey gdy powoli
wchodził do pokoju. - Staruszek z niego.
- Pamiętam jak go kupowałeś. - zaśmiała się i
odsunęła nieco. Drzwi zatoczyły potężny łuk, sięgając prawie wampirzego
kubraka.
- Tak? - z zaskoczeniem zerknął na nią przez
ramię, gdy kładł talerzyk z jajecznicą na biurku. - Nawet nie pamiętam gdzie go
dorwałem...
- Na Rogu. - podeszła do niego i przypatrywała się
jak nalewa sok do szklanki. - Zjesz ze mną?
- Nie, nie. - uśmiechnął się. - Przed chwilą
jadłem, dzięki.
Gdy
skończył wszystko przygotowywać, zabrała talerz i z radością usiadła na łóżku
zatapiając zęby w jedzeniu. Trey zajął miejsce przy komputerze.
- Smakuje? - powiedział, oglądając się przez
ramię.
- Jak zwykle. - odpowiedziała. - Twoja jajecznica
zawsze jest smaczna.
Ucieszony,
spojrzał w jaśniejący już monitor.
- Nawet nie spytałaś co tu robisz. - mówił nie
patrząc na nią.
- A czy to pierwszy raz jak jestem tutaj?
Fakt,
nie pierwszy. Mieszkanie rodziców Treya było dla niej ostoją w wielu trudnych
momentach. Gdy tylko chciała, mogła tutaj przychodzić, przesiadywać godzinami.
Niejednokrotnie po kłótni z mamą czy jakiejś bójce na mieście, czy to w dzień
czy w nocy, zawsze znalazło się tu dla niej miejsce. Rodzice Treya traktowali
ją jak własną córkę. W sumie znała ich syna od zawsze, razem się wychowywali,
przeszli wspólnie wszystkie klasy wszystkich szkół. Rozdzielili się dopiero po
gimnazjum, kiedy to ich plany na przyszłość pokierowały ich w dwóch odmiennych
kierunkach. Zmiana towarzystw, zajęcia dodatkowe, kluby i kółka zainteresowań,
nawet śmierć rodziców chłopaka... Nic z tych rzeczy nie zdołało zerwać więzi
między nimi. Obecnie spędzali ze sobą bardzo mało czasu, nie dzielili już
wspólnie tylu wspomnień. Jednak gdy dochodziło do spotkania, ich wspomnienia
ożywały. Bo czym jest przyjaźń jak nie wspólnym zrozumieniem? Wystarczyło jedno
spojrzenie aby wiedzieli czego im trzeba. Tak było i tym razem. Chociaż... Nie
do końca.
- Dawno cię tu nie było. - kontynuował rozmowę ze
wzrokiem skupionym na stronie z figurkami postaci z gier komputerowych.
- Nie było powodu żeby cię odwiedzać.
- Zwykle pojawiałaś się raz na tydzień. - dziwnym
trafem zabrzmiało to dla niej niczym oskarżenie. Miał nietypowy ton głosu.
- Na dwa, na trzy... - odłożyła talerz na
stoliczek obok łóżka i ponownie wyłożyła się na nim.
- Na tydzień.
Rozległ
się trzask myszki o blat biurka. Diam spojrzała na przyjaciela, który z
rezygnacją spuścił głowę i zarzucił dłonie na kark.
- Myślisz, że nie widać tego po tobie?
Odwrócił
się do niej. Podnosił wzrok stopniowo, od swoich kolan po dywanie, brzegu
łóżka, rąbku pościeli aż ku oczom zdziwionej dziewczyny, siedzącej pewnie na
łóżku. Był wściekły. Dawno nie widziała go takim, jak teraz. W sumie, trudno
było jej sobie przypomnieć kiedy ostatni raz był na nią zły. Może dlatego, że
nie było powodu? A może raczej temu, że nie mówiła mu większości rzeczy?
- Znowu mi matkujesz. - prychnęła oburzona.
- Diam.
Zerknęła
na niego pewnie lecz bez przekonania. Trey zatarł ręce i z głośnym
westchnięciem zaczął kontynuować.
- Dostałaś silnej gorączki. - powiedział
półgłosem.
- Gorączki? - poruszyła się na łóżku nieco
bardziej zdenerwowana.
- Tak powiedziała Kaila. Przyszedłem do pokoju jak
już spałaś. Młoda mówiła żeby cię nie budzić, więc co mogłem robić. - złapał na
kilka sekund jej wzrok. - Zadzwoniłem do twojej mamy i dałem znać, że zostajesz
u mnie.
- Długo spałam? - spytała w pośpiechu.
- Jakby to zliczyć to ponad dobę. - wstał z
krzesła i usiadł obok niej. - Diam, co się dzieje?
Więc,
czy... To był tylko sen?
Nie, tamten świat istnieje. Wiem, że istnieje. Byłam tam.
Była tego pewna. Nic nie mogło jej już przekonać o
tym, że tamten świat, tamte kreatury, tamci ludzie byli jedynie wymysłem jej
wyobraźni. Rozmawiała z nimi, mogła ich dotknąć, sama też odczuwała wszystkie
kumulujące się emocje. Była świadoma będąc tam. Razem z Kamu, który był częścią
tamtej Himikawy. Wzięła to wszystko za fakt rzeczywisty, zaakceptowała to.
Uwierzyła.
- Diam. - machnął dłonią tuż przed jej twarzą.
- Trey, daj spokój. - odparła bardzo poważnym
tonem. - Nic mi nie jest.
- Tak? - nieznacznie, lecz zauważalnie podniósł
głos. - To dlaczego ostatnio znikasz? Chodzisz po dziwnych miejscach, całkiem
sama? Nie odzywasz się, nie dajesz znaku życia...
- Trey-
- ...nikt nie wie co się z tobą tak właściwie
dzieje, jak cię zrozumieć, co się-
- TREY.
Jego
usta zamarły w bezruchu. Spojrzał na nią, czekając na odpowiedzi.
- Spójrz na mnie. - pochwyciła jego twarz w
dłonie. - Nic. Mi. Nie. Jest.
- Widzę. - szepnął. - Ale nie wierzę. Co działo
się zanim przyszłaś tu do mnie?
- Byłam w lesie. Tam, gdzie zawsze najlepiej mi
się myślało, pamiętasz?
- Nie, nie pamiętam. - warknął. - Nie mówiłaś o
tamtym miejscu.
- A ty? - zaczęła ponownie się bronić. - Jakim
cudem wiedziałeś gdzie jestem?
- Kaila.
- Co Kaila?! - krzyknęła.
- Posłała mnie tam. - powiedział.
Jak
to?
- Jak to? - przyciszyła głos.
- Opowiadałem jej o tobie kolejny raz. Nie
wiedziałem gdzie jesteś a chciałem się spotkać, tydzień już mijał. Napomniała
coś o lesie więc poszedłem.
Niewiele
myśląc, wyśmiała go.
- Co? Posłuchałeś rady jakiejś smarkuli?
- Kaila zwykle ma nosa w takich sprawach, nie wiem
czemu. - powiedział. - Może temu, że kręcą mnie takie tematy jakoś nie widzi mi
się wątpienie w jej umiejętności. Ba, przecież cię tam znalazłem.
Prychnęła,
oburzona.
- To jak? - podciągnął nogi i skrzyżował je siadając. -
Opowiesz mi co i jak?
- Poważnie, nic się nie dzieje. - wybełkotała.
- Nawet ta gorączka? To spanie? Las? Twoja cisza?
- Nawet to wszystko.
Z
ogromnym bólem spojrzała mu w oczy. Wiedziała, że nie potrafił odróżniać w nich
kłamstwa od prawdy, co w tym momencie ją ratowało. Pogrążona w wewnętrznej
rozpaczy schowała przerażenie za zasłoną pewności i uśmiechu. Ratowała ją też
jej skóra, jak zwykle chłodna, spokojna. Złapała go za rękę i z uśmiechem,
patrząc mu w oczy...
- Nie martw się, wszystko gra.
...skłamała.
Pragnęła mu powiedzieć, nade wszystko co teraz mogło się stać. Rozpocząć coraz
dłuższą już opowieść, podzielić się tym wszystkim. Tylko po co? To ona musiała
zebrać się pierwsza, ogarnąć to. Była na dobrej drodze – uznała, że to prawda.
Zaakceptowała świat takim, jaki był. A czy było inne wyjście? To już się stało,
tak?
Chłopak
ścisnął jej palce nieco mocniej.
- Wierzę ci. - spoglądał jej prosto w oczy.
Wytrzymała póki nie uśmiechnął się szeroko i nie rozczochrał jej włosów.
-
Ej! - zaśmiała się.
Zanim
się zorientowała, wszystko wróciło do normy. Trey znów był taki, jak zwykle –
uśmiechnięty, rozpromieniony. Opowiadał jej o swoich przygodach i podbojach,
które przeżywał wraz z kumplami z grupki. Streścił miliony rozmów, setki
anegdot, dziesiątki kłótni i sporów o rację. Gestykulował przy tym bez
opamiętania chcąc wprowadzić ją w jego osobisty świat, kolejny już raz. Wiele
działo się w jego życiu przez ten czas. Chciał się z nią tym podzielić, bo
przecież zawsze to robił. Przeżywała to z nim dzięki jego wspaniałej umiejętności opowiadania, którą rozwijał przez wiele lat. Z radością śledziła kolejne fragmenty jego życia. Chociaż nie mogła być z nim w każdej sekundzie, dzięki ich zażyłej przyjaźni mogła uczestniczyć chociażby w jego wspominkach. Wiedziała, że może ofiarować mu tylko tyle. Nie posiadała nic więcej.
- I daj znać gdy wrócisz do domu. - powtórzył kolejny raz, gdy ta złapała już za klamkę.
- Tak, tak, tak. Dam znać. - westchnęła, śmiejąc się pod nosem. - Tylko najpierw daj mi tam dojść, dobrze?
- Eh, Diami. - podszedł do niej i spojrzał spod brwi zatroskanym wzrokiem. - Martwię się. Nic na to nie poradzę.
Nie zdążył zareagować, gdy Diam wspięła się na palce i wtuliła się w jego obojczyk. Rozdygotany, objął ją najmocniej jak mógł, drżącą dłonią gładząc jasne włosy. Ciepło jej skóry dało mu wystarczającą dawkę spokoju, którą mógł zaspokoić swoje obawy na długi czas. Bezwiednie wzmocnił uścisk na myśl o tym, jak bardzo pragnął jej bezpieczeństwa. Krzywda, która mogłaby się jej stać byłaby dla niego ciosem. Miał tylko ją, jedyną bliską duszę.
Była szczęśliwa gdy ten obdarzył ją kolejnym uśmiechem. Tym razem zapamiętała go na nieco dłużej. Wiedziała, że
- I daj znać gdy wrócisz do domu. - powtórzył kolejny raz, gdy ta złapała już za klamkę.
- Tak, tak, tak. Dam znać. - westchnęła, śmiejąc się pod nosem. - Tylko najpierw daj mi tam dojść, dobrze?
- Eh, Diami. - podszedł do niej i spojrzał spod brwi zatroskanym wzrokiem. - Martwię się. Nic na to nie poradzę.
Nie zdążył zareagować, gdy Diam wspięła się na palce i wtuliła się w jego obojczyk. Rozdygotany, objął ją najmocniej jak mógł, drżącą dłonią gładząc jasne włosy. Ciepło jej skóry dało mu wystarczającą dawkę spokoju, którą mógł zaspokoić swoje obawy na długi czas. Bezwiednie wzmocnił uścisk na myśl o tym, jak bardzo pragnął jej bezpieczeństwa. Krzywda, która mogłaby się jej stać byłaby dla niego ciosem. Miał tylko ją, jedyną bliską duszę.
Uśmiech zniknął wraz z dźwiękiem
zamykanych drzwi. Ledwo słyszalny tupot jej butów zwolnił gdy mijała otwartą na
oścież bramę wejściową. Przysłoniła oczy by wyłaniające się, jasne promienie
słońca nie mogły się do nich wkraść. Stopniowo przyzwyczajone, otworzyły się
szerzej, a dziewczyna mogła ruszyć przed siebie. Minęła grupkę chłopaków,
którzy spoglądali na nią z dość zmieszanymi minami. Zwycięsko przeszła obok,
słysząc w tle Edgara, grającego swą muzykę kilka uliczek dalej. Była dumna z
siły mężczyzny. A oni? Nie obchodziło jej ich zdanie. Miasto żyło swoim życiem
– niezmiennie, od lat. Jeśli ich zamiarem było tu zostać, to oni mieli się
dostosować. Nigdy odwrotnie. Himikawa jako żywy organizm nie mogła pozwolić
sobie na odstępstwa od podstawowych zasad.
Diam mimowolnie uśmiechnęła się
na tą myśl. Świadomość tego, jak bardzo miasto trwało w ograniczeniu była dla niej po prostu
śmieszna. Schematyczność, hahah. Nic lepiej nie opisywało tego miasta. Każdy
dzień był tu taki sam. Poranne słońce budziło ludzi, dając im kilka nowych
godzin na stanie w miejscu, w zamknięciu własnych umysłów. Jak konie z klapami
na oczach, skupieni na swoim interesie wykonywali to, co musieli. Co powinni.
Co należało. Wieczory, chłodniejsze z
roku na rok stanowiły kulminację męczarni całego dnia. Przez tych roztropnych
spędzane były w domu, przez bardziej odważnych – na ulicach miasta. Noc, jak
zwykle nieprzewidywalna zalewała miasto tym, co można było przeczytać już w
porannej gazecie. Jednak kogo to obchodziło? Żyli tu z własnego wyboru,
przyzwyczajeni do systemu. Schowani za własnymi cieniami.
Himikawa. Właśnie rozpoczynał się
pierwszy etap codziennej, ludzkiej wędrówki. Ci, którzy nie byli jeszcze w
swoim miejscu pracy mieli jeszcze chwilę czasu aby się tam udać. Dzieciaki już
dawno siedziały w szkołach. Starsi? Było ich tu o dziwo tak mało, że niezbyt
często zdarzało się jakiegoś spotkać. Jeśli już, to przesiadywali na zewnątrz.
Jedni korzystali z wolnego czasu wraz z sąsiadami, inni zajmowali się sprzedażą
drobiazgów, które najczęściej wykonywali własnoręcznie. Jakby na to nie
spojrzeć, to właśnie ta grupa społeczna miała najwięcej do zaoferowania –
doświadczenie, czas, spokój. Powoli wymierali, zastępowani przez kolejne fale
młodych, chcących tu zamieszkać.
Dziewczyna minęła główny rynek,
gdzie jak zwykle roiło się od dziwaków. Zauważyła kolejne nowe twarze,
zapamiętała je w razie potrzeby. Bez problemu przechodziła ogromny slalom,
dzielący ją od jednej z dróżek, prowadzących ją do domu. Jak zawsze, bez
najmniejszego trudu uniknęła wszelkiego możliwego kontaktu fizycznego,
najmniejszego otarcia czy dotknięcia. Wszystko, co mogłoby rozproszyć
constans(?), o który starała się od momentu, gdy otworzyła oczy było jej
przeciwnikiem. Odrzuciła myślenie o tym, co było na dalszy tor. Teraz
ważniejszym było zmierzyć się z rzeczywistością.
Gdy złapała za klamkę, przeszedł
ją silny dreszcz. Zorientowała się w jakim położeniu się znalazła. Na dobrą
sprawę nie miała żadnego wytłumaczenia na ostatni czas, poza alibi, które
zapewnił jej Trey. Jednak ono nie wystarczyło. Na morzu myśli z wolna pojawiał
się sztorm.
-
Cześć! - zawołała, zamykając za sobą drzwi.
Poczuła przyjemny zapach świeżego chleba, którego skórka pękała głośno podczas
krojenia.
Jest w domu. - pomyślała.
-
Jesteś, Diam. - usłyszała w ramach odpowiedzi. -
Bałam się, że nie zdążysz na śniadanie.
-
Zawsze jestem na śniadaniu, pamiętasz? - szybkie
bicie serca nie pozwalało jej w pełni panować nad swoim głosem.
-
Pamiętam. - kobieta spojrzała na nią nieco
podejrzliwie. - Wszystko dobrze, mała?
Nie!
-
Tak. - zapewniła.
-
Trey mówił, że coś się działo. - dodała,
smarując kromki masłem.
-
Ah, to. - otarła dłonią przedramię. - Niee, to
nic poważnego.
-
Podobno miałaś gorączkę. - spojrzała na
dziewczynę w taki sposób, w jaki dawno tego nie robiła. W jej oczach pojawiła
się troska. - Nie mogło ci się poprawić tak nagle, o.
-
A widzisz? Jednak! - zawołała radośnie. -
Wszystko jest tak, jak było.
Kobieta
odłożyła nóż i podeszła do lodówki. Nie utrzymywały kontaktu wzrokowego, co
nieco ułatwiało sprawę. Nie okazywała również zbyt wielkiego zainteresowania
faktem, że dziewczyna była na noc poza domem. To nie był pierwszy raz gdy
zachowywała się w ten sposób. Zwykle, gdy działo się coś poza codzienną rutyną,
ona pozostawała w stoickim spokoju. Trudno określić dlaczego. Być może znała
już Diam na tyle aby wiedzieć, że zawsze wszystko kończyło się w ten sam
sposób? Że nigdy nie było poważnego zagrożenia, że cokolwiek robiła to i tak
wychodziło na dobre? Nawet teraz, gdy kończyła przyozdabiać kanapki nie widać
było po niej ani grama zainteresowania. Kilka słów okazania zainteresowania i
koniec. Finito.
- Wychodzę! - rzuciła niby to od niechcenia, chcąc sprawdzićj jej reakcję.
- Tylko nie wracaj zbyt późno! - usłyszała wzamian.
Jedyne, co pozostało jej zrobić to otworzyć drzwi wyjściowe i zamknąć je z ogromnym trzaskiem. Bez większego zdziwienia wspięła się po schodach i poszła do swojego pokoju. Za jego drzwiami nic się nie zmieniło - wszystko spoczywało na swoim wcześniej określonym miejscu. Prawdopodobnie nikt do niego nie wchodził przez te kilka dni. Nawet pościel była w takim samym nieładzie, w jakim została pozostawiona. Diam bezsilnie powłóczyła nogami ku łóżku i opadła na nie, bez określonego celu. Poruszona sytuacją w kuchni z wolna zaczynała płakać. Ciepłych łez przybywało, jakby próbowały złagodzić jej piekące od złości policzki. Naiwnie zamknęła oczy tak, jak robią to małe dzieci, udające niewidzialność. Chcące zniknąć. Kolejny raz wracały do niej myśli, które pozostawiała za sobą tyle razy, że trudnym byłoby jej zliczyć. Kolejny raz przygnieciona chwilą - faktem, że jest jaka jest. Próbowała uciec myślami poza codzienność, co stało się obecnie bardziej możliwe niż kiedyś. Chociaż myśl o tym, co przeżyła zeszłj nocy niezbyt była w stanie polepszyć jej nastrój. Wciąż przeżywała to na nowo, mając przed oczami nic więcej niż śmierć. Dziesiątki trupów, rozsianych po ścieżkach Himikawy, wśród nich ich samozwańczy król, któremu bezwiednie się poddali. Złożywszy ostatni pokłon w hołdzie ich panu, pozwolili ziemi wchłonąć swe czerwone łzy. Nie zasłużyli na to niczym, absolutnie niczym.
Nie spodziewała się, że takie przeżycie zapisze się w jej głowie do tego stopnia, że zaakceptuje je jako fragment swojej codzienności. Kto wie, czy był to skutek jej otwartego na nowości umysłu? Może kwestia przyzwyczajenia do tego tematu? W końcu, mając takiego przyjaciela... Zaśmiała się cicho, analizując to wszystko w swojej małej główce. Wspomnienia znacznie ją wyciszyły. Już po chwili zatęskniła za światem, który ledwo poznała a już zmuszono ją do tego, aby się z nim rozstała. Skąd mogła wiedzieć czy kiedykolwiek jeszcze tam trafi? Choć bardzo chciała, nie wiedziała jak tego dokonać. Cichutko zapłakała ten ostatni raz, gdy jej oczy zamykały się, pozwalając Morfeuszowi zabrać jej duszę gdzieś tam, poza wszystkie jej zmartwienia. Tam, gdzie mogła odpocząć od tego, co niepokoiło jej zszarganą nerwami duszyczkę.
Kolejne dni mijały niezwykle... normalnie. Diam uczęszczała do szkoły, co nawet polubiła. Większość czasu spędzała z Lumeną. Od zawsze była osobą, przy której czuła się znacznie lepiej. Jej indywidualność współgrała z jej własnym, mieco bardziej ułożonym światem. Tak - wbrew temu, co mogło się wydawać, to Lu grała tu pierwsze skrzypce w tym temacie. Gdy akurat nie mogły się widzieć, Diam uciekała do Treya, który zawsze znajdował dla miej czas. Nawet jego dorywczo zaczęta praca nie przeszkadzała mu w znalezieniu czasu dla ukochanej przyjaciółki. Był dla niej oazą, gdzie dzięki chłodnemu cieniowi mogła ostudzić wszelkie pragnienia.
Minął miesiąc, gdy ta stała się obojętna. Poczucie bycia ofiarą kłamstw urosło na tyle, że wypełniło całą lukę tamtych dni. Już nawet nie chciała tam wrócić. Przez tak wiele tygodni miewała sny, opowiadające historię tamtej nocy. Za każdym razem sen wyglądał nieco inaczej - zmieniała się czyjaś twarz, głos, słowa. Z wolna całe wydarzenie nie było tym, które faktycznie miało miejsce. Jak więc można wierzyć w coś, co równie dobrze samo mogło być snem?
Ściana deszczu zalała Himikawę. Budynki oblały się chłodnym zwiastunem jesieni, która na dobre rozgościła się w mieście. Uliczni sprzedawcy ukryli się w ciepłych, ogrzewanych sklepikach, ludzie przestali wychodzić z domów. Nawet nowych twarzy zaczęło powoli brakować. Obojętne nastawienie do świata wzrastało. Odczuwał to każdy, kto znał to miejsce na tyle, by móc je poczuć. Kto je znał, tak po prostu. Zimne krople uderzały o brukowane uliczki. Przeszkodził im liliowy parasol, osłaniający blondwłosą. Jej jasne oczy do złudzenia przypominały szare, burzowe chmury, które zdawało się łączyć niebo i ziemię w zwartą całość. Ulice były wciąż puste. Diam już nie pamiętała kiedy ostatnio miała okazję spotkać odważnego, który przeciwstawił się aurze i z parasolem nad głową przemierzał świat. Skręciła w główną uloczkę, prowadzącą prosto do małego ryneczku. Stamtąd droga do domu Treya była już prosta. Killa kroków po ominięciu zakrętu podniosła wzrok. Jej nogi zadrżały na widok czarnego, rozłożytego parasola, który unosił się nad ubraną na czarno postacią, stojącą na środku placyku. Sama nie była pewna dlaczego to robi, jednak coś wewnątrz jej głowy kazało jej ominąć plac szerokim łukiem.
ROZDZIAŁ W PRODUKCJI.- Wychodzę! - rzuciła niby to od niechcenia, chcąc sprawdzićj jej reakcję.
- Tylko nie wracaj zbyt późno! - usłyszała wzamian.
Jedyne, co pozostało jej zrobić to otworzyć drzwi wyjściowe i zamknąć je z ogromnym trzaskiem. Bez większego zdziwienia wspięła się po schodach i poszła do swojego pokoju. Za jego drzwiami nic się nie zmieniło - wszystko spoczywało na swoim wcześniej określonym miejscu. Prawdopodobnie nikt do niego nie wchodził przez te kilka dni. Nawet pościel była w takim samym nieładzie, w jakim została pozostawiona. Diam bezsilnie powłóczyła nogami ku łóżku i opadła na nie, bez określonego celu. Poruszona sytuacją w kuchni z wolna zaczynała płakać. Ciepłych łez przybywało, jakby próbowały złagodzić jej piekące od złości policzki. Naiwnie zamknęła oczy tak, jak robią to małe dzieci, udające niewidzialność. Chcące zniknąć. Kolejny raz wracały do niej myśli, które pozostawiała za sobą tyle razy, że trudnym byłoby jej zliczyć. Kolejny raz przygnieciona chwilą - faktem, że jest jaka jest. Próbowała uciec myślami poza codzienność, co stało się obecnie bardziej możliwe niż kiedyś. Chociaż myśl o tym, co przeżyła zeszłj nocy niezbyt była w stanie polepszyć jej nastrój. Wciąż przeżywała to na nowo, mając przed oczami nic więcej niż śmierć. Dziesiątki trupów, rozsianych po ścieżkach Himikawy, wśród nich ich samozwańczy król, któremu bezwiednie się poddali. Złożywszy ostatni pokłon w hołdzie ich panu, pozwolili ziemi wchłonąć swe czerwone łzy. Nie zasłużyli na to niczym, absolutnie niczym.
Nie spodziewała się, że takie przeżycie zapisze się w jej głowie do tego stopnia, że zaakceptuje je jako fragment swojej codzienności. Kto wie, czy był to skutek jej otwartego na nowości umysłu? Może kwestia przyzwyczajenia do tego tematu? W końcu, mając takiego przyjaciela... Zaśmiała się cicho, analizując to wszystko w swojej małej główce. Wspomnienia znacznie ją wyciszyły. Już po chwili zatęskniła za światem, który ledwo poznała a już zmuszono ją do tego, aby się z nim rozstała. Skąd mogła wiedzieć czy kiedykolwiek jeszcze tam trafi? Choć bardzo chciała, nie wiedziała jak tego dokonać. Cichutko zapłakała ten ostatni raz, gdy jej oczy zamykały się, pozwalając Morfeuszowi zabrać jej duszę gdzieś tam, poza wszystkie jej zmartwienia. Tam, gdzie mogła odpocząć od tego, co niepokoiło jej zszarganą nerwami duszyczkę.
Kolejne dni mijały niezwykle... normalnie. Diam uczęszczała do szkoły, co nawet polubiła. Większość czasu spędzała z Lumeną. Od zawsze była osobą, przy której czuła się znacznie lepiej. Jej indywidualność współgrała z jej własnym, mieco bardziej ułożonym światem. Tak - wbrew temu, co mogło się wydawać, to Lu grała tu pierwsze skrzypce w tym temacie. Gdy akurat nie mogły się widzieć, Diam uciekała do Treya, który zawsze znajdował dla miej czas. Nawet jego dorywczo zaczęta praca nie przeszkadzała mu w znalezieniu czasu dla ukochanej przyjaciółki. Był dla niej oazą, gdzie dzięki chłodnemu cieniowi mogła ostudzić wszelkie pragnienia.
Minął miesiąc, gdy ta stała się obojętna. Poczucie bycia ofiarą kłamstw urosło na tyle, że wypełniło całą lukę tamtych dni. Już nawet nie chciała tam wrócić. Przez tak wiele tygodni miewała sny, opowiadające historię tamtej nocy. Za każdym razem sen wyglądał nieco inaczej - zmieniała się czyjaś twarz, głos, słowa. Z wolna całe wydarzenie nie było tym, które faktycznie miało miejsce. Jak więc można wierzyć w coś, co równie dobrze samo mogło być snem?
Ściana deszczu zalała Himikawę. Budynki oblały się chłodnym zwiastunem jesieni, która na dobre rozgościła się w mieście. Uliczni sprzedawcy ukryli się w ciepłych, ogrzewanych sklepikach, ludzie przestali wychodzić z domów. Nawet nowych twarzy zaczęło powoli brakować. Obojętne nastawienie do świata wzrastało. Odczuwał to każdy, kto znał to miejsce na tyle, by móc je poczuć. Kto je znał, tak po prostu. Zimne krople uderzały o brukowane uliczki. Przeszkodził im liliowy parasol, osłaniający blondwłosą. Jej jasne oczy do złudzenia przypominały szare, burzowe chmury, które zdawało się łączyć niebo i ziemię w zwartą całość. Ulice były wciąż puste. Diam już nie pamiętała kiedy ostatnio miała okazję spotkać odważnego, który przeciwstawił się aurze i z parasolem nad głową przemierzał świat. Skręciła w główną uloczkę, prowadzącą prosto do małego ryneczku. Stamtąd droga do domu Treya była już prosta. Killa kroków po ominięciu zakrętu podniosła wzrok. Jej nogi zadrżały na widok czarnego, rozłożytego parasola, który unosił się nad ubraną na czarno postacią, stojącą na środku placyku. Sama nie była pewna dlaczego to robi, jednak coś wewnątrz jej głowy kazało jej ominąć plac szerokim łukiem.
Była szczęśliwa gdy ten obdarzył ją kolejnym uśmiechem. Tym razem zapamiętała go na nieco dłużej. Wiedziała, że
