środa, 13 lutego 2013

III. Rytuał.




       Świat ogarnęła głucha pustka. Powodowała, że wszystko wydawało się martwe. Najmniejsze okruchy życia zniknęły na te kilka późnych, nocnych godzin. Jedynie z głębi lasu dochodziły przyciszone dźwięki nocnych ptaków. Promienie księżyca przedzierały się przez korony drzew. Gromady kruków przechadzały się po suchych liściach, które opadły na trawę. Dało się powoli wyczuć nadchodzącą jesień. Sowy wyszły z ukrycia, a jedna z nich przysiadła na gałęzi, sterczącej nisko nad ziemią. Wydawać się mogło, że zerknęła na dziewczynę, leżącą między drzewami. Jej rozdygotane ciało przesuwało się minimalnie co jakiś czas. Na dźwięk głośnego szmeru drżąca istotka otworzyła oczy. Rozejrzała się, dostrzegając jedynie ciemne drzewa. Gdy doszła do siebie, momentalnie podniosła się z chłodnej ziemi. Nie znała tego miejsca, czuła się w nim całkowicie zagubiona. Bezradnie zrobiła kilka kroków w tył. Jej blade dłonie powędrowały w górę, zaciskając się na szyi i powstrzymując krzyk, który chciał wyrwać się z gardła. Głośny szelest liści pod jej stopami spłoszył gromadę czarnych kruków, które poderwały się do lotu, głośno kracząc. Poczuła ciepłe łzy, spływające po policzkach. Nie kontrolowała się. Ciemność wydawała się coraz ściślej ją otaczać, stawała się głębsza i nie do pokonania.
                                        
       Niespodziewanie gdzieś pośród drzew ukazało się światło. Mały, drobny punkcik przedarł się przez mrok. W sercu dziewczyny narodziła się nadzieja na ucieczkę z mrocznych zakamarków. Nie miała pojęcia co robi, jednak jedyne, co przychodziło jej na myśl to bieg. Bieg w stronę światła. Instynktownie ruszyła przed siebie. Nie zwracała nawet uwagi na zranienia czy potknięcia. Liczyło się jedynie znalezienie wyjścia z tej czarnej pułapki. Dążyła przed siebie, kierowana żółtym blaskiem. Z czasem las stał się mniej gęsty, drzewa nie wydawały się aż tak potężne a od celu dzieliło ją już tylko kilka metrów. Przyspieszyła biegu.

         -   Chodźże szybciej!

       Głos staruszki dobiegł ucha dziewczyny, która ukryła się za najbliższym drzewem, nasłuchując uważnie. Zauważyła, że owe światło było niczym innym jak pochodnią, trzymaną przez starszą kobietę. Dziewczyna jak najciszej zrobiła kilka kroków, podchodząc nieco bliżej nieznanej staruszki. Gdy ta poruszyła ręką, płomień oświetlił jej twarz. Uśmiechnięta promiennie kobieta prawdopodobnie wołała za kimś idącym za nią.
  
        -   Mitani! Pośpieszże się!

       Chwilę później do kobiety dołączyła malutka dziewczynka o ciemnych, lekko kręconych włosach. Jej duże oczy błyszczały w świetle pochodni. Przyglądając się nieco dłużej, Diam zauważyła, że obie mają na sobie stare łachmany. Ich przybrudzone stroje wydawały się być jak nie z tej epoki. Staruszka ubrana była w czarną, chłopską koszulę, wsuniętą do szarej spódnicy. Na nogach miała poniszczone buty. Mała dziewczynka miała na sobie burą sukienkę z licznymi łatami.
       Szła boso, a w wędrówce towarzyszył jej pluszowy miś. Krok po kroku, zmierzały w górę piaszczystą drogą. Ukryta w ciemności Diam zmierzała za nimi. Wolała ruszyć się z miejsca niż  pozostać samotnie w panującej wokół ciemności. Oddalona od dwóch postaci o kilka metrów starała się iść jak najciszej. Nie wiedziała co mogłoby jej grozić, gdyby została zauważona. Każdy stawiany przez nią krok był przemyślany i ostrożny. Widząc, że staruszka stanęła na szczycie uliczki, trzymając za rękę swoją małą towarzyszkę, Diam zwolniła kroku. Gdy znów przystanęła za drzewem, usłyszała ich krótką rozmowę.

-  To już? - spytała mała dziewczynka.
-  Tak. To czas. - staruszka ścisnęła mocniej jej dłoń, przyciągając ją do siebie.
-  Babciu... - dziewczynka przytuliła swoją opiekunkę. - Ktoś dziś... Zginie... Prawda?
-  To pewne, kochanie. - odparła łagodnie. - Taka jest kolej rzeczy.
-  Ale... Ale przecież nie ma ich u nas... - drżący głosik zdawał się być coraz cichszy.
-  O kim mówisz, kochanie?

       Schowana na skraju lasu Diam nie usłyszała dalszego fragmentu rozmowy. Ze skupieniem przyglądała się jednak jak stojące na wzgórzu postacie ruszają dalej wąską drogą. Kiedy zniknęły z pola widzenia, dziewczyna wybiegła z ukrycia. Pobiegła przed siebie, przystając na szczycie wzniesienia. Gdy spojrzała przed siebie, jej serce zamarło.
      
       Ujrzała przed sobą potężną, otwartą przestrzeń. Zdawała się być nieograniczona. Rozciągający się przed nią dywan trawy sięgał aż po szafirowe jezioro, w którego tafli odbijał się obraz księżyca w pełni. Miękki, trawiasty dywan przecinała jedynie owa wąska, piaszczysta dróżka, która opadała razem ze wzniesieniem i skręcając lekkim łukiem w prawo, znikała w dalszej części lasu. Na horyzoncie można było dostrzec pasmo drobnych budynków, a w ich oknach pojedyncze światła. Miasteczko spało spokojnym snem. Gdy dziewczyna wróciła wzrokiem na zieloną połać, dojrzała po lewej niewielką, drewnianą chatkę, ogrodzoną płotem.
       Fakt, że dziewczyna znalazła się w całkowicie nieznanej jej okolicy w tym momencie jej nie przerażał. Nie zastanawiała się nad tym gdzie jest, co się stało. Zapomniała o prawdziwych realiach. Patrząc na krajobraz, który rozciągał się przed jej oczami, czuła spokój. Wydawało jej się, że już kiedyś widziała to miejsce. Nie była pewna czy aby to możliwe. W sercu dziewczyny zakiełkowało ziarenko niepewności, a strach zjeżył włosy na jej ciele. Szybko jednak zapomniała o wszystkim widząc staruszkę z dzieckiem, które podchodziły pod płot drewnianego domku.
       Ze zdziwieniem zauważyła, że w to miejsce zaczęło schodzić się coraz więcej i więcej osób. Światła pochodni i lamp ukazywały masę szczegółów. Diam zastanawiała się czy nie podejść bliżej, wmieszać się w tłum. Może jej strój nieco odchodził od chłopskich sukien, jednak chciała zaryzykować. Coś wołało ją w stronę budynku. Coś pchało ją przed siebie, nakłaniało do zrobienia kroku. Gdyby tylko mogła pozostać niezauważona...

- Patrz gdzie leziesz! - rozległ się głos za jej plecami.

       Wpatrzona przed siebie, nie zwróciła uwagi na to, czy ktoś czasem się nie zbliża. Przerażenie w ciągu sekundy osiągnęło moment krytyczny. Spłoszona dziewczyna miała ochotę rzucić się w głąb mrocznego lasu, jednak było już stanowczo za późno na ucieczkę.
       W jej kierunku zbliżali się dwaj starsi mężczyźni. Nie wydawali się zbytnio trzeźwi, nogi ledwo ich niosły. Krok za krokiem, chwiejnie szli przed siebie.

-   To co, - wybełkotał niższy. – dziś świętujemy narodziny Popaprańca?
-   A dajże spokój, głupcze. - odparł drugi. - Nie ma czego świętować.
-   Luminosi są niepoważni. ' Czysta rasa! Czysta rasa! ' Pamiętasz? Tak wielce się szczycili czystą linią! - mężczyzna uniósł się głośno, zatrzymując się kilka kroków od dziewczyny. - I co? I zachciało się jednemu śmiertelniczkę bałamucić.
-   Łudziła się, że będzie szczęśliwa. Że pozycję zyska. - dodał tamten prześmiewczo. - A tu co?
-   Wilczątko. - towarzysz dokończył za niego.

       Mężczyźni wybuchnęli donośnym śmiechem i szli dalej. Nawet nie zauważyli Diam, która nie wiedziała co się dzieje. Jej myśli kolejny raz skupiły się na jednym słowie. Luminosy. A konkretnie Luminosi. Kim byli? Dlaczego kolejny raz słyszy o tym samym? Nie potrafiła odnaleźć żadnego racjonalnego wytłumaczenia tego, co się dzieje.
       Gdy mężczyźni ją mijali, jeden z nich wyraźnie gestykulował. Podczas swojej przemowy przypadkowo uderzył Diam. Wytrąciło ją to z zamyślenia i jednocześnie wprawiło w jeszcze większe przerażenie. To był koniec.

-   Matjasie, – odezwał się mężczyzna, patrząc przed siebie. - albo wypiłem zbyt dużo nalewki w knajpie, albo w coś uderzyłem.
-    Jak to? Przecież tu nic nie ma.

       Diam zauważyła, że mężczyzna wyciągnął rękę w jej kierunku. Odsunęła się o krok, by mężczyzna machając ręką w miejscu, gdzie stała mógł udowodnić towarzyszowi, że się myli. Dwójka przechodniów powoli zaczęła schodzić ze wzniesienia i ruszyła w stronę całkiem sporego już tłumu. Dziewczyna ruszyła za nimi. Wyminęła ich ostrożnie, gotowa do nagłej ucieczki. Zorientowała się jednak, że i tym razem pozostaje dla nich niezauważalna. Ulga wypełniła jej płuca, a dziewczyna mogła odetchnąć. Żwawo przyspieszyła i szybko wmieszała się w dziwnie rozgorączkowany tłum.

            Jak ona mogła! Nikczemna.
       Biedna istota. Nie wiedziała co robi!
                        Oddać się Wilczurowi. Psu. Hańba!
       Ludzie! Zostawcie ją! Nie jest niczemu winna!
            Na stos z nią!
                        Uratujmy chociaż dziecko...
       Zadajmy jej tyle cierpienia ile tylko się da. Niech żałuje.
            Przecież to tylko prosta, młoda dziewczyna. Zakochana. Co jest złego w miłości?

       Wokół dziewczyny aż kotłowało się od rozmaitych opinii. Każdy miał swoje własne, nieco odmienne zdanie. Z niektórych można było wywnioskować o co chodzi z tym całym poruszeniem. Diam przysłuchiwała się uważnie wszystkiemu, co mogło być istotne.
       Cały gwar przerwało krakanie kruków, nadlatujących w stronę zebranych. Zapanowała bezwzględna cisza. Diam rozejrzała się wokół. Na twarzach ludzi malowało się przerażenie. Zakon, usłyszała. Grobowe miny zgromadzonych świadczyły o tym, że zaraz będzie świadkiem czegoś okropnego. Przepychając się na tyły tłumu, ominęła ostatni rząd osób. Jej wzrok padł na wzniesienie pod laskiem. Ujrzała rząd ciemnych postaci, które stały niewzruszenie na tle ciemnych drzew. Czarne figury przypominały posągi, które przyglądały się zebranym. Powoli, jeden po drugim, ruszyli w dół, kierując się do tłumu. Obeszli ludzi i stająca za płotem, spojrzeli na zebraną społeczność.
       Było ich pięciu. Wszyscy ubrani w długie, czarne szaty, zdobione srebrnymi nićmi, które zakrywały każdy fragment ich ciała. Proste kaptury zakrywały twarze przybyszów, uniemożliwiając odszyfrowanie ich nastawienia ani emocji. Bił od nich lodowaty chłód, który zdawał się paraliżować.
      -   Drodzy zebrani! – rozległ się kobiecy głos. Jedna z czarnych postaci wyszła przed szereg. – Zebraliśmy się tu, aby wspólnie dokonać rytuału. Nie dopuścimy, aby żadne niechciane szczenię nie plugawiło naszego rodu!
       Rozległ się gromki wiwat, oznaczający aprobatę ludności.

      -   Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, by nasza wioska została zapamiętana jako czysta i bez skazy. Dlatego, towarzysze, wygnajmy winowajczynię z jej budy!

       Tłum gorączkowo ruszył w stronę drewnianej chatki. Ludzie przepychali się, chcąc jak najszybciej wejść do domu kobiety. Kilka osób dostało się do środka, znikając za drzwiami. Kilka minut później te same osoby wyszły z domu, jedna za drugą. Ostatnia z nich wlokła za włosy kobietę, ubraną w nocną sukienkę. Wokół roznosiły się jej krzyki i piski, jednak nikt nie zwracał na nie najmniejszej uwagi. Diam, obserwująca uważnie każdy element wydarzenia, nie umiała zrozumieć okrucieństwa, które przepełniało zebranych tu ludzi. Chaos w jej głowie potęgował się z sekundy na sekundę. Nie potrafiła się ruszyć, zrobić kroku, a tym bardziej uciec. Choć tak bardzo tego pragnęła. Zniknąć z tego chorego miejsca.

      -   Na stos z nią! Spalić! Zabić sukę! – krzyki były coraz głośniejsze. Tłum zdawał się ponieść zbyt wielkimi emocjami.

       Gdy tłum się przerzedził, dziewczyna zobaczyła twarz kobiety. Był to straszny widok. Posiniaczona, brudna postać leżała na błotnistej ziemi. Jej sukienka, tak czysta i biała została skalana. Kobieta zanosiła się płaczem, krzyczała prosząc o pomoc. Nikt jednak nie był po jej stronie. Jedna z osób, należących do Zakonu podeszła do niej i wyciągnęła ku niej rękę. Gdy kobieta uniosła się, chcąc ją złapać, czarna postać z impretem kopnęła ją w brzuch. W tym momencie Diam zorientowała się, że winowajczyni jest w wysokiej ciąży. Przepełniło ją silne współczucie i chęc pomocy, więc nie myśląc dłużej pokonała słabość i ruszyła przed siebie.

      -   Dokąd biegniesz?

       Delikatny głos za swoimi plecami zatrzymał ją. Odwracając się, ujrzała ową dziewczynkę, która stała zwrócona w jej kierunku, trzymając swoją opekunkę za rękę. Zdziwiona faktem, że ktokolwiek ją zobaczył, zwróciła się do niej.

      -   Chcę jej pomóc. – wyszeptała.
      -   Nie możesz. Nikt nie może. – głos dziecka wydawał się wyprany z jakichkolwiek emocji.
    -  Dlaczego? – Diam podbiegła do niej i uklękła z niemocy przed małą dziewczynką. Zauważyła, że jedynie ona jest w stanie ją zobaczyć. Nikt nie zareagował na ich rozmowę.
     -   Jest winna.
     -   Dlaczego?
     -   Jest winna. – cichy głosik dziewczynki doprowadzał Diam do szału.
     -   Odpowiedz mi, odpowiedz! – wykrzyczała.

       Dziecko spojrzało na nią swoimi ogromnymi, błyszczącymi oczami. Wydawało się takie niewinne, całkowicie bezbronne i dobre. Jednak w oczach dziewczynki widniała czysta, nieograniczona nienawiść. Diam nigdy nie doświadczyła czegoś podobnego. Gdy poczuła drobniutką dłoń dziewczynki, która opadła na jej ramię, po jej plecach przebiegł lodowaty dreszcz.

    -   Taki już jest porządek tej wioski. Luminosi muszą istnieć. Jedynie oni mają prawo do życia.

       Zimna dłoń dziecka powędrowała na szyję Diam. Coraz silniejszy uścisk odbierał jej dech. Diam próbowała się wyrwać, szarpała się z małą. Jednak niczego nie wskurała. Palce dziecka wbijały się w jej delikatną skórę, wywołując ogromny ból. Płuca zdawały się być coraz cięższe a przed oczami nastawała ciemność. Ostatnią rzeczą, którą zobaczyła był demoniczny uśmiech małej dziewczynki. Zamknęła oczy.


 

       Poranne słońce przedzierało się przez zasłony pokoju na poddaszu. Spokojny poranek w Himikawie właśnie się zaczynał. Z podwórka dochodziły ciche dźwięki ulicznego życia, a rozmowy przechodniów stawały się coraz głośniejsze. Tą przyjemną otoczkę przerwał głośny pisk dziewczyny, wydobywający się z jej własnego gardła. Ta nagła pobudka poderwała ją z łóżka. Diam otworzyła oczy i rozejrzała się uważnie po pomieszczeniu.
       Zdawać by się mogło, że nic się nie wydarzyło. Wszystko było w należytym porządku. Życie biegło swoim naturalnym rytmem. Jednak coś stale niepokoiło dziewczynę...
       Pędem wstała z łóżka i wybiegła z pokoju. Otwierając każde drzwi, szukała osoby, która mogłaby pomóc jej wyjaśnić sprawę ubiegłej nocy. Wpadając z impetem do kuchni, ujrzała swoją mamę.

     -   Już wstałaś? – spytała kobieta, spoglądając na nią czułym spojrzeniem.
     -   N-no tak...
     -   Usiądź, śniadanie zaraz będzie gotowe.

       Diam posłusznie podeszła do stołu. Odsuwając krzesło, oparła rękę na jego oparciu. Chciała jak najszybciej wszystko wyjaśnić.

     -   Mamo? – jej głos zadrżał z przerażenia.
     -   Tak, kochanie?
     -   Jak ja... To znaczy, jakim cudem... Nie.
     -   Czy coś się stało? – kobieta podeszła do niej i spojrzała na córkę z niepokojem.
     -   Bo... Nie pamiętam jak wczoraj... Jak wczoraj dotarłam do domu...
     -   Ah, no tak! Możesz niczego nie pamiętać. – uśmiechnęła się promiennie.

       Zdziwiona dziewczyna wlepiła tępo wzrok w mamę.

      -   O czym ty mówisz?
     -   Wczoraj do domu przyniósł cię taki miły, wysoki chłopak. Powiedział mi, że zasnęłaś ze zmęczenia u znajomych.
     -   Blondyn?
     -   Nie.

       Zdezorientowanie sięgnęło zenitu.

    -   Jak wyglądał?
    -   Nie jestem pewna, było dość ciemno...
    -   Mamo! – uniosła się.

       Kobieta przyjrzała się jej uważnie. Gdy Diam wróciłą do siebie, odpowiedziała jej spokojnym tonem:

   -   Tak, racja. Faktycznie, zasnęłam u Lumeny. To zapewne ten jej znajomy, jestem pewna. – zaśmiała się sztucznie. – Przepraszam cię.

       Odeszła niepewnie od krzesła i ruszyła w kierunku pokoju. Nie zwracała nawet uwagi na to, że mama woła za nią. Pozostała głucha na wszystko, co działo się wokół. Obchodziło ją jedynie to, co działo się ubiegłej nocy. Nie była w stanie rozwiać mgły, która owiała jej wpomnienia.
      Gdy weszła do pokoju, usiadła na łóżku. Ręce dziewczyny opadły bezwładnie. Zrezygnowana, spojrzała w sufit. Gdyby tylko wiedziała, pamiętała.
       Spuszczając głowę, jej wzrok padł na cieniutki, czarny tomik, leżący na szafce obok...

       I nagle wszystko wróciło. Cała seria wspomnień uwolniła się zza mgły. Spotkanie z przyjaciółką, biblioteka, pogoń i to donośne, posępne wycie. Wszystko znów stało się wyraźne.
       Dziewczyna ujrzała przed oczami twarz chłopaka, którego spotkała w bibliotece. Wstała z łóżka i sięgnęła po tomik. Przetarła ręką jego delikatną, skórzaną okładkę, przyglądając się mu uważnie. Nie miał tytułu. Przepełniona niepewnością, otworzyła pierwszą stronę. Ujrzała na niej ręcznie pisany napis. Czarny atrament wyróżniał się na pożółkłej stronie.
       Dziennik Kundla. Tajemnicza nazwa utkwiła w jej myślach. Gdy przekładała kolejne strony książki, mała karteczka wypadła na ziemię. Przypomniała sobie, że została tam włożona przez owego blondyna. Drżącą ręką podniosła ją z ziemi. Odwróciła skrawek papieru.

       Punkt 8:00.
       Tam, gdzie wszystko się zaczęło.
       Będę czekać.       

       Połączenie wszystkich faktów w jedną, klarowną całość zajęło jej kilka chwil. Jednak gdy tylko to się stało, postanowiła działać. Spojrzała na zegarek – miała 15 minut. Rzuciła tom na łóżko. Kartkę wsunęła do kieszeni.

Wybiegła bez słowa. By odnaleźć odpowiedź.

4 komentarze:

  1. Czyżbym znów był pierwszy...? Naprawdę, dlaczego Ty mi to robisz? Zaczynam czytać i czytam i czytam i nie mogę przestać, a jak już kończę, to nos mam przy samym monitorze.
    Chyba to już taka tradycja, żeby kończyć w momencie, kiedy kolejna akcja powinna się rozwijać. Ale to dobrze, wzbudzasz ciekawość i dlatego tak często tu zaglądam w poszukiwaniu kolejnych rozdziałów.
    I na koniec takie niewielkie zapewne niedopatrzenie. W tym zdaniu:
    "Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, by nasza wioska została zapamiętana jako czyste i bez skazy." zamiast "czyste" powinno być "czysta". Pewnie zwróciłabyś na to uwagę przy kolejnym przeglądaniu, ale nie byłbym sobą jakbym się nie przyczepił :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za poprawkę jak i za kolejny przemiły komentarz~
      No tak, ucinanie rozdziału na początku kolejnej akcji to podobno moja domena :c Ale cóż, trzeb jakoś utrzymywać czytających w zaciekawieniu, prawda?

      Pozdrawiam,
      ~Daiyamondo.

      Usuń
  2. Wow...po prostu..wooooow. Jestem pod wielkim wrażeniem. Cały rozdziałprzeczytaam z zapartym tchem. Nie do końca rozumiem tutaj rolę Mitani ale myślę że niedługo to wyjaśnisz. Rozdział na 6 z plusem. Czekam na kontynuację. ~Mitani

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ślicznie. ♥
      Mam nadzieję, ze nie zawiodę~

      Usuń