Piękny,
spokojny ranek w Himikawie to rzadkość. Małe miasteczko pełne dziwnych ludzi i
specyficznych zdarzeń niezbyt często miewało w swojej historii tego typu
poranki. Jego historia była nieco inna niż wszelkie historie innych miast. Mogło
się to wydawać dziwne, ale takim nie było. Zwykle wraz z pianiem koguta i
pierwszą, poranną kawą można było usłyszeć krzyki, dobiegające z podwórka. Tu
ktoś został napadnięty, tam kogoś porwano z ulicy, siam jakaś bójka a owam już
ktoś nie żyje. Standard. W tym mieście nikt już nie zwracał już uwagi na te
wszystkie przypadki. Stało się to codziennością. Dziwnym trafem każdy z tych
przypadków miał miejsce z samego rana. Kończyły się one zwykle wraz z
pierwszymi promieniami słońca, kiedy 'normalni' ludzie zaczynają swój dzień.
Nikt nie zadawał zbędnych pytań. Życie trwało. Nietypowe poranki zakodowały się
w ludzkiej psychice jako zwyczajne, powszechne. W takim razie obecny do takich
stanowczo nie należał.
Od
najwcześniejszych godzin porannych można było odczuć, że dzisiejszy dzień
będzie inny. Całkowicie inny. Nawet drzewa zdawały się to wiedzieć i uniosły
wysoko swoje gałęzie, delektując się ostatnimi gorącymi promieniami słońca.
Ptaki, które zwykle przemierzały to miasto nie zatrzymując się ani na chwilę,
tym razem osiadły na kilku przewodach i głośno ćwierkały. Ich opowieści o
przygodach, które przeżyły wpadały do małego pokoiku na poddaszu przez rozchylone
w nocy okno. Roznosiły się wśród ciemnofioletowych ścian, zapełnionych
przeróżnymi zdjęciami. Większość z nich stanowiły zdjęcia nieba o różnych
porach dnia i nocy. Każdy rodzaj chmur z osobna miał osobny portret. Zajmowały
większość przestrzeni. Wśród tego zbioru znalazły się jednak też inne zdjęcia,
czy to uchwyconej natury, czy ciekawych zjawisk. Tworzyły ciekawą mozaikę,
ukazując to, co najbardziej nietypowe.
Delikatne
promienie słońca rozświetliły każdy kąt, zachodząc powoli na nieco odsłonięte
ciało siedemnastoletniej dziewczyny. Koc, który ledwo co ją okrywał, podkreślał
jej drobną budowę i delikatny zarys bioder. Różowawe wargi rozchylały się przy
każdym oddechu, a dłonie ściskały mocno poduszkę, którą silnie do siebie przytulała.
Diam, bo
takie właśnie nosiła imię, brana była zwykle za łagodną, słodką osóbkę. Miała w
sobie coś na kształt uroku, który powodował, że szybko zostawała zaakceptowana
w każdym gronie. Działała na nich w nietypowy sposób, rozsiewając wokół siebie
ziarna nadziei. Nazywana była często Oazą Spokoju. Wiele osób po prostu lubiło
z nią czasem porozmawiać, przez to, że potrafiła podzielić się z nimi swoim
wewnętrznym opanowaniem. Nawet teraz wydawała się być nadzwyczajnie spokojna. Jednak ta z pozoru delikatna, porcelanowa osóbka miała
swój własny, zamknięty świat, do którego nie wpuszczała nikogo. Kompletnie
nikogo.
Niewzruszona
dotąd powieka dziewczyny nieco zadrżała. Kiedy Diam powoli wracała na ziemię ze
swojego wybujałego świata nocnych marzeń, przesunęła się na lewy bok.
Niespodziewanie poczuła coś zimnego i mokrego. W ciągu sekundy podniosła się,
otworzyła zaspane, błękitno-szare oczy i zobaczyła mokrą plamę, spowodowaną
nocnym deszczem i stale niedomkniętym oknem.
- No tak. - pomyślała. - Wczorajsza burza...
Burza?
W głowie
dziewczyny pojawił się sen z ubiegłej nocy. Tyle, czy aby na pewno był to
jedynie sen? Kompletny mętlik w jej głowie potęgowały pytania niewiadomego
pochodzenia. Próbowała sobie przypomnieć co działo się kilka godzin temu, ale
zapomniała o tym z chwilą, kiedy zegar wybił dziewiątą. Szybko zerwała się z
łóżka i podbiegła do łazienki. Wracając do pokoju, podeszła do szafy i wyciągnęła swój ulubiony, niebieski mundurek szkolny. W pośpiechu rzuciła go na fotel i szybko spakowała książki. Chwilkę później stanęła
przed dużym, stojącym na posrebrzanych nogach lustrem, obejmującym jej całą
sylwetkę (co jakby nie patrzeć nie było trudne, metr pięćdziesiąt to nie tak
wiele). Złapała szczotkę i zaczęła rozczesywać swoje dość długie, złotawe
włosy, wśród których pojawiły się już miedziane i kasztanowe pasma, spowodowane
późnym, letnim słońcem. Poprawiła niesforne kosmyki kilka razy, jednak nie
chciały jej słuchać. Złapała je ręką i próbowała stworzyć z nich zgrabny kucyk.
Cofnęła się kilka kroków żeby sięgnąć koszyczka pełnego różnych drobnych ozdób,
stojącego na półce powyżej jej głowy. Kiedy już wyciągała rękę w górę, zrobiła
jeszcze jeden krok w tył i niespodziewanie się potknęła. W ostatniej chwili
złapała koszyk za wiklinowy uchwycik i upadła, ciągnąc go przy tym za sobą.
Rozległo się głuche uderzenie i dźwięk rozsypujących się wszędzie kolorowych
drobiażdżków. Skulona, podniosła się powoli i pocierając obolałe biodro
zerknęła na coś, co stanęło jej na drodze. Zobaczyła swój aparat, leżący na
ziemi. Znalazł się na nim też jej ulubiony naszyjnik z przywieszką w kształcie
diamentu, który dostała osiem lat temu, na swoje dziewiąte urodziny.
Nieświadomie przypatrywała się przedmiotom przez dłuższy czas.
Kilka sekund
później znalazła się przy oknie. Po drodze zdążyła potknąć się o kolejne
drobiazgi, które powędrowały po calutkiej podłodze. Wydarzenia ubiegłej nocy
ponownie przewijały się w głowie dziewczyny, wywołując jeszcze większą lawinę
pytań. Serce biło jej szybciej niż kiedykolwiek a oczy znów wpatrzone były w
jeden jedyny punkt.
Niczego jednak
nie dojrzała. Nawet otwieranie okna i wychylanie się nie pomogło. Szybko
zabrała aparat by poszukać jakichkolwiek dowodów. Dowodów na to, że nie
zwariowała. Przecież wyraźnie widziała iskry. Powalone drzewa. Przestrzeń.
Gdzie to wszystko nagle zniknęło? I ten wilk. Myśli Diam pochłonięte były
zadawaniem pytań, na które i tak nie potrafiłaby znaleźć dobrej odpowiedzi.
Aparat w
niczym nie pomógł. Nie został w nim ani jeden ślad z minionej nocy. Ani jedno
zdjęcie. Widocznie nie udało jej się uwiecznić niczego, co ucieszyłoby później
jej artystyczne wnętrze. A tym bardziej załagodziło serię pytań. Nic.
Zegar kolejny
raz wybijał godzinę. Tym razem dał znać, że to już dziesiąta. Zrezygnowana Diam
porzuciła wszystko, co planowała. Zabrała szybko mundurek i schowała go
ponownie do szafy. Wysypała książki z torby, a w zamian wrzuciła do niej aparat
i szkicownik, towarzyszący jej na każdym kroku. Szybko zebrała większość rozrzuconych
przedmiotów, wrzuciła je ponownie do koszyczka i postawiła na szafce. Ubrana w
luźną bluzkę, ciemną, skórzaną kurteczkę i nieco wytarte już jeansy zbierała
się do wyjścia. W ostatniej chwili dojrzała kątem oka naszyjnik, który stale
leżał na podłodze. Zimny dreszcz przeszedł po jej plecach na myśl, że znów
mogłaby zacząć go nosić.
Naszyjnik z
diamentem stanowił dla niej symbol złych wspomnień. Nigdy nie była tego do
końca pewna, jednak w jej pamięci stale znajdował się pewien moment. Dawne,
stare wspomnienie sprzed wielu lat. Widoczne było jakby przez mgłę, niewyraźne
i niepewne. Nigdy nie wiedziała z jakiego czasu pochodzi, kiedy powstało.
Wróciło do niej dość niedawno, cztery lata temu. Zakorzeniło się w jej psychice
tak mocno, że zdarzało jej się nawet dostawać ataków panicznego płaczu na myśl
o tym wszystkim.
W głowie
dostrzegała obraz kilku twarzy. Ciemne postacie wyłaniały się jakby prosto z
ciemności i pochylały się nad nią, zamykając krąg. W tle słychać było niezwykle
głośno ujadające psy i dziwne, przenikliwe dźwięki. Przeciągające się jęki,
niemiłosierne krzyki. Błagalne prośby. I ogień. Dobrze pamiętała wysokie,
czerwono-pomarańczowe płomienie, unoszące się wręcz do samego nieba,
zasłoniętego przez amarantowe i bordowe chmury.
Nie, to był
jedynie zły sen. Jestem tego pewna. - stale powtarzała sobie w myślach,
kiedy tylko nieznośne wspomnienie wracało. Dziś z niewiadomych przyczyn
działało na nią z podwójną siłą. Jakby miało jakiekolwiek znaczenie, akurat
tego dnia. Akurat we wrześniu. Akurat w tym roku. W głębi duszy czuła jednak,
że tam była. Że była świadkiem tych niespotykanych zdarzeń niczym z filmu
grozy. Tylko pytanie... Jak?
Minęło trochę
czasu, zanim Diam zebrała się do planowanego wyjścia. Nie miała tego w
zwyczaju, ale dziś chciała zostawić wszystkie możliwe obowiązki i zrobić coś,
co dawno planowała. Po pierwsze, chciała odwiedzić zaprzyjaźniony klub
fantastyki, później skoczyć do pobliskiej księgarni. Powieści Melisy Maar już
dawno przeczytała, i to nie raz. Steve Feasey, stojący na jej półkach również
nie stanowił już dla niej fascynującego obiektu. Szukała czegoś nowego,
świeżego.
'Wpadnij
tam, gdzie zwykle. Będę czekać. Di.'
Wystukała
szybko kilka słów na klawiaturze telefonu i wysłała wiadomość do swojej
szkolnej przyjaciółki. Była dziś jedyną osobą, z którą tak naprawdę chciała
pogadać. Wiedziała, że posiadanie w takim momencie zbyt trzeźwego umysłu nie
jest dobrym znakiem. Była zbytnio opanowana. Może Lumena byłaby w stanie
zmienić jej sposób myślenia. Patrzenie na wydarzenia ubiegłej nocy jak na coś
normalnego nie było raczej zbyt dobrym wyjściem. Tego typu zdarzenie w tym
mieście? Zgoda. Ale bez przesady.
Po drodze do
drzwi wyjściowych, Diam zauważyła karteczkę przyczepioną do szafki z kluczami.
'Wrócę dziś późno, zjedz coś na mieście. Kocham Cię.'. Widocznie jej
mama znów musiała zostać po godzinach w pracy. Co poradzić. Obie miały tylko
siebie na tym świecie. Żyły w swojego rodzaju symbiozie: mama opiekowała się
dziewczyną jak mogła najlepiej, za co dziewczyna odwdzięczała jej się
najróżniejszymi opowieściami ze wszystkich stron świata. Spędzając sporo czasu
na mieście, słyszała co nieco. Po chwili zastanowienia, wyciągnęła z torby swój
ulubiony, czarny ołówek i szybko dopisała: 'Nie czekaj na mnie, będę jeszcze
później. Ja również.'. Ubrała wygodne trampki i zamknęła za sobą drzwi,
decydując się na spacer.
O dziwo
Himikawa nie była dziś zbytnio zatłoczona. Zwykle kręci się po niej masa
podróżnych, turystów, dziwnych przybyszów. Przyciągani są przez tą samą
różnorodność, którą sami tworzą. Ta kompletna wielobarwność jest czymś równie
normalnym co nietypowe przypadki tego miasta. Spotkać tu można każdego, od
ulicznych grajków i przyjezdnych komików przez wszystkie możliwe subkultury aż
do najbardziej wyjątkowych charakterów i osobowości jakie widział świat. Było
to dużym plusem miasta, w którym nie trzeba było chować swojej inności, ale
stanowiło również jego największe niebezpieczeństwo. Przez panującą tu od lat
wielobarwność 'zwykli' ludzie zaczęli się buntować. Osoby, które nie miały
nigdy w sobie wyjątkowo wiele akceptacji, zaczynały powoli działać. Ich chęć
posiadania władzy nad wszystkim, co obce i wyniszczenia tego w zarodku stała
się bronią. Wpoili sobie, że są lepsi. Że reszta to jedynie ścierwo, które jest
produktem ubocznym tworzenia świata. Postrzegali 'inność' jako chorobę. Jako
zboczenie. Poczuli się wybawcami świata, których dążenia miały uzdrowić
ludność.
Dlatego
społeczność tego małego miasteczka była różnorodna, ale uporządkowana. Nikt nie
wychodził ponad szereg, nie próbował dowodzić. Tego typu jednostki były
momentalnie unicestwiane. Może to brzmi zbyt oschle i bezwzględnie, jednak
mieszkańcy nazywają to po prostu Odwróconym Łańcuchem Pokarmowym. Najlepsi i
najsilniejsi byli zjadani przez najgorszych, mających się za najlepszych
powodując, że najlepsi zaczynali czuć się najgorsi. A co najlepsze, nigdy
jeszcze nie zdarzyło się, żeby schemat OŁPów zawiódł. Czy to dobre? Kto wie.
Ludzka konsumpcja dawała dobre skutki. Zawsze to samo. Za każdym razem. Więc po
co się rozdrabniać. Nie?
Droga, którą
się kierowała była stosunkowo prosta. ‘Dwa w lewo, dwa w prawo i w dół’ –
zwykle właśnie tak opisywała swoim znajomym sposób dotarcia do miejsca, gdzie
znajdowała odrobinę spokoju. Wąskie, kręte uliczki miasteczka wydawały się
nieco niebezpieczne, jednak było to czyste złudzenie. Fakt faktem, o późnych
godzinach wieczornych umiały pobudzić wyobraźnię i czasem nawet przysporzyć o
zawał. Kwestia przyzwyczajenia.
Spokojny i
rytmiczny chód, któremu towarzyszyła muzyka azjatyckiej grupy lecącą w
słuchawkach prowadził Diam do jej celu. Akurat miała okazję przejść obok kilku
sklepów, które bardzo lubiła. Jeden z nich to mały sklepik muzyczny.
Przystanęła obok niego na chwilkę i przytknęła nosek do szyby. W środku panował
półmrok, jednak dziewczyna znała sklep na pamięć. Postanowiła przy najbliższej
okazji odwiedzić sklepik i przejrzeć nowości w sprzęcie i gadżetach. Obok
znajdował się sklep pełen kolorowych bibelotów. Trochę dalej mała galeryjka z
wyrobami ręcznymi, stary antykwariat i zegarmistrz. Jednym z ulubionych zajęć
Diam było przyglądanie się sklepowym wystawom. Każdy, nawet najmniejszy
drobiazg cieszył jej oko i uspokajał wnętrze. Zadowolona, kroczyła do celu w
rytm muzyki.
Kilka uliczek
dalej z ziemi wyrastała wysoka budowla, przykuwająca spojrzenia przechodniów
malowniczym ubarwieniem ścian. Potężny, szeroki budynek był siedzibą wielu
instytucji. Znajdowały się w nim głównie biura i sale, przeznaczone na większe
spotkania. Kręciła się tu zawsze masa ludzi, bardziej czy mniej ważnych. Dzięki
temu tłumowi można było niepostrzeżenie skręcić w uliczkę obok budowli.
Znajdowały się tam schody do piwnicy tego ogromnego budynku. Nikt nigdy jednak
z niej nie korzystał, dlatego tamto miejsce upodobała sobie grupka miejscowych
fanatyków fantastyki. Najdziwniejsi z najlepszych i najlepsi z
najdziwniejszych. Nazywała ich pieszczotliwie 'Świrusami'. Otwierając nieśmiało
drzwi, weszła do środka. Przeszła niepostrzeżenie przez pierwszy pokój. W
sumie, jakby nie spojrzeć, najzwyklejsze pomieszczenie. Na ścianach wisiało
kilka półek, a pod nimi stała szafka na buty. Członkowie grupki zostawiali
tutaj swoje rzeczy. Kilka kroków dalej, za rozchylonymi drzwiami znajdował się
pokój spotkań. Z jego środka dobiegły ją niespodziewane krzyki. Zajrzała do
środka, nadal niewidzialna dla wszystkich.
- Trey! Przestań! Skończ! - wykrzykiwał jakiś
nieznany jej chłopak o rudej czuprynie.
- Ale o co Ci chodzi, co? Przecież wygrałem! -
usłyszała pełen zadowolenia głos swojego dobrego przyjaciela, dobiegający z
sąsiedniego pomieszczenia.
- Nie! Nie zgadzam się, to oszustwo!
- Zrozum, jestem lepszy. Pogódź się z tym
wreszcie.
- Tak, to prawda, pogódź się z tym. -
dopowiedziała Diam, opierając się o futrynę otwartych drzwi.
Wzrok
wszystkich zgromadzonych padł na niziutkiego przybysza, podchodzącego do Treya
i burzącego jego brązową czuprynę. W powietrzu rozniosło się kilka miłych
chichotów. Chłopak szybko wstał i przytulił ją, sadzając dziewczynę na własnym
krześle. Diam rozejrzała się po twarzach zgromadzonych.
W małym
pokoju, oświetlonym przez kilka neonówek znajdowało się jakieś pięć osób.
Cztery z nich znała z widzenia, mniej więcej kojarzyła ich twarze. Akurat Treya
znała najlepiej, trochę czasu ich już łączyło. Poznali się przypadkiem, sama
nie pamiętała do końca kiedy. Wiedziała tylko, że jest dla niej jak brat, a
nawet momentami jak syn. Strasznie lubiła mu matkować, droczyli się na każdym
kroku. Ten dwa lata młodszym od niej, za to o głowę wyższy zielonooki szatyn
był jednym z powodów, dzięki którym udawało jej się funkcjonować w tym mrocznym
miasteczku. Dodawał jej nadziei na to, że ktokolwiek potrafi ją zrozumieć. Tak,
jak jej szkolna grupka znajomych, a wśród nich Lumena, Linkin i Przem. Ta
trójka osób całkowicie wyróżniała się na tle innych ludzi. Byli ponad OŁPem,
mieli całkowicie swoje zasady. Nie zostali
jednak strawieni przez społeczeństwo.
Podziwiała ich
wszystkich za to, jacy są. Kochała jak najbliższą rodzinę, dlatego jak
najczęściej wychodziła z domu, żeby spędzić z nimi czas. Potrafiła przy nich
odpłynąć myślami gdziekolwiek chciała. Czuła się potrzebna. Co było dla niej
ważne. Naprawdę ważne.
- W co gracie tym razem? - spytała, zerkając kątem
oka na rudawego nieznajomego.
- „Srebrne Mgły”. Najnowsze znalezisko
zgrupowania. - odparł Trey, opierając się łokciem na jej ramieniu.
Zerknęła na
niego, po czym wróciła wzrokiem na ogromną, czarną planszę. Pierwsze, co
rzuciło jej się w oczy, to wyjątkowa precyzja w detalach. Najmniejszy, srebrny
szczegół dużej, prostokątnej planszy o wydzielonym szlaku dla graczy był
idealnie wkomponowany w granatowe tło, przechodzące do środka w czarny, mroczny
las. Na środku owego lasu znajdował się stosik kart. Każda z nich miała na
sobie unikalne wzory, odmienne ubarwienie, wyróżniała się wśród innych. Karty
stały sobie na wyznaczonym miejscu, a wkoło nich rozciągało się owo pasmo lasu.
Gdyby przyjrzeć się nieco bardziej, dałoby się zauważyć ciekawe kształty wśród
ciemnych drzew. Cała plansza pokryta była cienką warstwą mgły, która zdawała
się unosić nad blatem i owijać palce graczy niczym pajęcza nić. Srebrzyste
odcienie i granatowe chmury tworzyły atmosferę tajemnicy. To wszystko zdawała
się jej dziwnie znajome.
- Brzmi obiecująco. – rzuciła, wpatrzona
ciekawskim wzrokiem w pola na planszy. - O czym to?
- Walka sił ciemności z nieoswojoną masą Ludzi
Cienia i Mgły. Wiesz. Demony. Wilkołaki. Luminosy. Strzygi. Wszystko, czego
dusza zapragnie.
- Luminosy? - spytała zaciekawiona, nie słysząc o
tym nigdy wcześniej.
- Wilkołaki, które zachowują ludzkie zmysły
podczas każdej przemiany. Poza tym, ich transformacje nie zachodzą tylko
podczas pełni. Przypominają bardziej zwykłe wilki. Nie są aż tak potężne w
rozmiarach, poruszają się normalnie i nie widać w nich niczego specjalnie
dziwnego. Niezbyt wiadomo jakie są. Jedynie pewne legendy, pochodzące z
mroźnych terenów Islandii wspominają cokolwiek o tych stworzeniach.
Jeszcze
bardziej zaciekawiona, zerknęła ponownie na grę i nachylonych nad nią graczy.
Im dłużej przyglądała się planszy, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu,
że delikatna, puszysta mgła jest całkowicie prawdziwa i oblewa coraz bardziej
wnętrze zaciemnionego pomieszczenia. Miała nawet wrażenie, że słyszy szum lasu,
a nawet dostrzega cienie dziwnych istot, przechadzających się wśród mrocznych
drzew. Wszystko wprowadziło ją w nietypowe zdziwienie, napełniło niepokojem a
jednocześnie intrygowało do tego stopnia, że miała ochotę wyciągnąć rękę i dać
się wciągnąć w nowy, nieznany i fascynujący świat…
- Diam? Wszystko w porządku? – usłyszała głos,
dochodzący jakby z nieco innego wymiaru.
Kiedy doszła
do siebie, zauważyła, że z niewiadomego powodu podniosła się nieznacznie na
krześle i wyciągnęła rękę w kierunku planszy. Po chwili, kiedy odzyskała zmysły
złapała wyciągniętą rękę drugą dłonią i przyciągnęła do siebie, robiąc przy tym
dziwny gest. Wszyscy wokół wpatrywali się w nią z nieokreślonymi wyrazami
twarzy. Dziewczyna kompletnie nie mogła zebrać myśli. Kolejny raz odczuła na
plecach zimny, wręcz lodowaty dreszcz, który zjeżył włosy na jej rękach. Szybko
potarła przedramię dłonią i spuściła głowę. W ciągu tych kilku sekund, które
zdawały się trwać zbyt długo, kolejny raz przywdziała maskę o nazwie ‘Dobry
Nastrój’ i zadowolona, z szerokim uśmiechem na twarzy rzuciła:
- To jak? Gramy dalej?
Dezorientacja
grupy została załagodzona. Nikogo już nie obchodziło zachowanie Diam sprzed
chwili. Przywykli do jej specyficznych momentów, które często miewała. To nie
był pierwszy raz, kiedy zdarzyło jej się zrobić coś, co normalny człowiek
uznałby za całkowicie idiotyczne bądź poza ludzkimi normami. Tym razem jednak
nie wynikało to z jej charakteru i sposobu bycia. Było to coś znacznie,
znacznie bardziej złożonego i niepojętego dla niej samej.
Odczuła
potrzebę wyjścia. Czuła się tu zagubiona jak nigdy wcześniej. Nigdy. Miejsce,
które było dla niej drugim domem w ciągu kilku sekund stało się jak obce. Bała
się. Nie chciała tu zostać ani chwili dłużej. W głębi duszy czuła, że powinna
jak najszybciej zostawić swoich przyjaciół.
Kiedy gra się
rozkręciła, dziewczyna niepostrzeżenie wstała. Przeszła do pokoju obok i
zrobiła kilka kroków w kierunku wyjścia, póki nie usłyszała głosu za swoimi
plecami.
- Już wychodzisz? – spytał Trey, stając za nią.
- Wiesz, chyba nienajlepiej się czuję. Poza tym,
umówiłam się z Lu. Znasz ją, nie lubi zbyt długo czekać. – zaśmiała się cicho,
spuszczając głowę.
- Diam?
- Słucham? – dodała zdziwiona, niepewnie na niego
spoglądając.
- Czy wszystko w porządku? – powtórzył
wcześniejsze pytanie z wyraźną obawą w głosie.
- Tak, tak. Tak… - odwróciła się do niego bokiem
nie chcąc, żeby wyczytał cokolwiek z jej dziwnie szarych oczu.
- Nie odwracaj się. I tak widziałem. Twoje oczy.
Znów się zmieniają, co?
- Nic nie poradzę.
- Coś się stanie, prawda?
- O ile już nie zaczęło…
Otworzyła
drzwi, zostawiając swojego przyjaciela z nierozszyfrowanym wyrazem twarzy,
patrzącego za nią skupionym wzrokiem.
Wytrwale śledził ją aż do momentu, kiedy zniknęła za najbliższym zakrętem.
Dobrze
wiedziała, że tak uparta osoba jak on będzie się zastanawiać, martwić.
Wewnętrznie rozdarta, czuła się winna. Nie chciała zostawiać go w takim
momencie, w takim stanie. Silnie przygryzła dolną wargę, odrzucając od siebie
wszystkie zbędne emocje. Będzie musiała mu wszystko wyjaśnić, wcześniej czy
później. Tylko, co miała mu powiedzieć? Coś w stylu 'Wiesz, Trey? Chyba
miałam dziwny sen, który nie był snem. Trafiłam w sam środek świata jak z
fantastycznych książek. Tak, wiem. Oszalałam, prawda?'
...nie.
Stanowcze nie dla tego pomysłu. Nie uwierzyłby jej. Za nic w świecie. Dlatego
najpierw wolała porozmawiać z kimś, kto
był o dziwo nieco bardziej odporny na nietypowe zjawiska i przedziwne historie
niż sami fantaści.
Zmierzała
dalej, długim, prostym deptakiem w kierunku małego ryneczku. Kręciło się tu
całkiem sporo przeróżnych osób, tłum robił się z sekundy na sekundę coraz
bardziej gęsty. Każdy z osobna gdzieś się spieszył, gnał, zmierzał. Jak ona
teraz. W lukach między ludzkimi nogami wędrowały grupki kawek i wron,
szukających resztek ludzkiego pokarmu wśród bruku. Przeskakując z nogi na nogę,
uciekały akurat przed przebiegającym dzieciakiem, trzymającym na smyczy głośno
szczekającego psa. Gwar rozmów roznosił się w powietrzu. Akompaniował mu zapach
świeżo pieczonych bułeczek z jagodami, sprzedawanych na pobliskim straganie.
Miasto tętniło życiem.
Dziewczyna w
ciągu kilku chwil wmieszała się w tłum, wpadając w jego rytm. Powoli kierowała
się w kierunku umówionego miejsca, znajdującego się nad biblioteką, którą miała
zamiar odwiedzić. Minęła kolorowe stanowiska z masą drobnej, ręcznie robionej
biżuterii, stoiska z owocami oraz kwiatami. Słodki zapach i widok świeżych
kwiatów działał na nią kojąco. Mijała również kilku ulicznych grajków, których
przyjemną i lekką muzykę słyszała już tu nie raz. Przystanęła na kilka chwil,
by nieco lepiej przyjrzeć się muzykom. W zasadzie, była jedyną osobą, która
poświęciła im choć kilka sekund. W głębi zastanawiała się co ich sprowadza na
ulicę. Czy była to jedynie chęć drobnego zarobku? Kto wie. Pozostawiła
rozmyślanie i postanowiła ruszyć.
Jednak zanim
zdążyła zrobić krok do przodu, zamarła. Poczuła, jakby jej nogi wrosły w
ziemię. Zrobienie choćby milimetrowego ruchu sprawiało jej ogromny trud. Każdy
palec z osobna odmówił posłuszeństwa. Jakby ktoś nagle odciął jej dostęp do
decydowania o własnych ruchach. Jakby stała się więźniem we własnym ciele. Kompletnie
zagubiona w tym, co się dzieje, starała się chociaż odwrócić głowę. Ogarnęła ją
panika, nie będąca nawet możliwa do opisania, a serce z przerażenia podeszło do
gardła. Czujnie obserwując otoczenie, dojrzała kątem oka, że tłum jakby nieco
się przerzedził. Rozstąpił. Wszystkie ptaki wzbiły się równo w powietrze,
wzbudzając skrzydłami lekkie podmuchy, smagające po delikatnej, białej cerze
dziewczyny. Czarne wachlarze piór stworzyły dziwne złudzenie. Przez dłuższy
czas Diam zdawało się, że dostrzegła rozmazaną, ciemną sylwetkę. Czarna,
rozmazana plama tworzyła obraz wysokiego chłopaka, zwróconego w jej stronę.
Kolejny raz poczuła ten niezmienny dreszcz a tym samym paniczny strach. Oddech
niemiłosiernie przyspieszył a serce zdawało się bić własnym, nieznanym jej
dotąd rytmem. Myśli opanowała bezradność. Jakby ktoś umyślnie ją spętał, niczym
dziką zwierzynę. Zdobycz. Narastająca panika i chęć ucieczki wzmagały się tym
bardziej, im bardziej próbowała się ruszyć i im bardziej uświadamiała sobie, że
nie jest w stanie nic zrobić. Kompletnie nic.
Minęło trochę
dobrego czasu zanim udało jej się odwrócić głowę w kierunku, w którym chciała.
Przerażenie narastało. Nie była ostatecznie zdecydowana czy chce zrobić to, co
robi. Jednak była pewna tego, że zobaczy coś, co może być ciekawym elementem
zawiodła się. Po czarnej postaci nie został nawet ślad. Jasne oczy Diam przez
długi czas wpatrywały się w pustkę, opuszczoną już dawno przez chmarę czarnego
ptactwa. Spróbowała poruszyć nogą. Udało się. Odzyskała panowanie nad własnym
ciałem. Próbując ruszyć przed siebie, czuła się jakby pierwszy raz w życiu
robiła krok wprzód. Jakby dopiero co uczyła się chodzić. Kiedy postawiła
pierwszy pewny krok, rozejrzała się jeszcze raz.
Świat wokół
się nie zmienił. Wszystko pozostało takim, jakim było. Uliczni grajkowie nadal
umilali czas przechodniom, którzy byli zbyt zajęci własnym życiem, żeby
przejmować się innymi. Każdy z osobna zajęty był sobą samym. Swoim osobistym,
małym światkiem w tym ogromnym, przerażającym świecie.
Świat wokół
się nie zmienił.
Za to jej osobisty?
Całkowicie.

Przeczytałam jednym tchem, wszystko. Co Ty mi robisz, dziewczyno. ;w;
OdpowiedzUsuńFajnie wyszła Ci główna bohaterka, jakoś niespecjalnie podchodzi mi pod typ wszechmocnej Mary Sue, więc jest super. XD
Podobało mi się też jak przedstawiłaś Treya. No idealnie. |D
Pozostaje mi czekać niecierpliwie na następny rozdział i motyw Natsu-farmerki. XD Just kidding, taki suchar.
Dużo weny życzę~ I ciekawych pomysłów, chociaż niewątpliwie już są ciekawe. >3
~Natsiek
Przeczytałam dwa razy. Bo tak mnie wciągnęło :)
OdpowiedzUsuńCzy ja Ci już mówiłam, że uwielbiam Twoje pisanie? Jeśli nie, to mówię to teraz.
Opisy miejsc i sytuacji wydają się obszerne, ale są bardzo dokładne i szczegółowe, dzięki czemu nie zastanawiamy się później o co tu chodziło czy co to jest za postać, miejsce. Kolejna rzecz, którą uwielbiam w twoim pisaniu. Ja nie potrafię za Chiny Ludowe takich ciekawych opisów wymyślić i wpleść w historię. Co ja tu mogę jeszcze powiedzieć? No cudo, cudo Kochanie :) Zresztą, jak zawsze.
Mam nadzieję, że nie będę musiała - ja i inni - długo czekać na kolejny rozdział, hm? :D
~Nela
PS.: Nie no, czytam po raz trzeci X3
ciekawe opisy i zatrzymania akcji jak i jej wznowienie, moża sobie to wyobrazić
OdpowiedzUsuńpodoba mi się ;3
pisz dalej kochanie ;*
Znowu przebrnąłem przez całość jednym tchem, choć ta część jest zdecydowanie dłuższa. Nie mogę tyle ślepić w monitor, ale co tam. Zaczynam i nie mogę skończyć. Co mnie najbardziej ujmuje, to z jednej strony prostota tekstu, a z drugiej brak powtórzeń, rażących błędów stylistycznych i rozwijająca się akcja, wstrzymywana w idealnych momentach.
OdpowiedzUsuńProponuję zbierać z tego materiał na książkę, bo szykuje się lepsza powieść niż niektóre "bestsellery".
Nie wydasz książki tak od razu Robert ;D chyba że powieść jest na tyle dobra że wydawnictwo zgodzi się opłacić połowe kosztów, ale i tak do wyłożenia masz 3300zł swoich autorskich, z czego możesz odkuć się w może 3-4 miesiące "może" zależy czy będzie się sprzedawać. ;D
OdpowiedzUsuńA kto mówi, że od razu? Nie podchodź tak sceptycznie do polskiego rynku wydawniczego;) Co do kosztów, to zależy od tego, do którego wydawnictwa startujesz i na ile dobre jest to, co chcesz wydać. Czasem jest tak, że wszystko pokrywasz z własnej kieszeni, a czasami wydawnictwo widząc potencjał i oczywiście zysk, z chęcią pokrywa wszystkie wydatki. W Polsce trudniej wydać książkę niż za granicą, ale to nie znaczy że się nie da, tym bardziej z takim poziomem jaki mamy zaprezentowany :)
UsuńKolejne słowa wsparcia, dziękuję ponownie ;) Bardzo się cieszę, że opisałeś swoje podejście i doznania, to bardzo przydatne informacje dla każdego twórcy~ Mam nadzieję, że dalsze rozdziały również Cię zadowolą. Uważaj również na swoje zdrowie, Robercie ;D
UsuńCo do wydawania powieści, to prawda. Co wydawnictwo to inne podejście. Jest to związane z ich odbiorem dzieła oraz jego poziomem. Czasem warto zaryzykować i spróbować swoich sił, nie zważając na to, czy się uda, czy nie ^ ^ W każdym bądź razie, bałabym się. Strasznie brakuje mi pewności siebie w temacie twórczości. Z drugiej strony, marzę o tym, odkąd pierwszy raz zaczęłam pisać... Tyle, że zawsze skończyłam na półmetku.
Miejmy nadzieję, że wszystko się ułoży. Prawda?
Na pewno się ułoży, trzeba tylko uwierzyć w siebie i swoje możliwości, a u Ciebie widzę (zresztą nie tylko ja) niesamowity potencjał. Już samo to, że powstał ten blog, jest dużym krokiem na przód :)
UsuńPiszesz genialnie. Trzymasz czytelnika w napięciu. Strasznie jestem ciekawa co sié dalej wydarzy. I mam ogromną nadzieje ze nietypowe sytuacje które opisałaś si wyjaśnią. w przeciwnym razie umrę z ciekawości. Pisz dalej skarbie /Mi-chan
OdpowiedzUsuńŚlicznie piszesz, dopiero teraz się za to zabrałam ;A; Ale cuś wyłapałam~ "już nie zwracał już uwagi"
OdpowiedzUsuń~4ro 83
Wszystko to co opisałaś wydaje się być historią z twojego życia i wieżę w to. Zabrałam się za twoje opowiadania dopiero teraz bo jakoś nigdy nie pałałam chęciami do czytania czegokolwiek. I nie wiem co mnie wzięło na czytanie. Wiem, że nie wiesz kim jestem ale możesz skojarzyć sobie z tego że troszkę się sprzeczałyśmy jakiś czas temu ;) W każdym bądź razie, dalej uważam że jesteś dobrą i utalentowaną dziewczyną. Jak czytałam tą część to cały czas wyobrażałam sobie te uliczki, sklepy i miejsce dla fanatyków fantastyki (jak to nazwałaś), oprócz tego cudowna muzyka dzięki której bardziej się wgłębiałam :) Tak więc, trzymam za ciebie kciuki!
OdpowiedzUsuńWbrew wszystkiemu, dziękuję. Mam nadzieję, że świat tutaj przedstawiony nie będzie odebrany zbyt poważnie. Jest nieco odmienny od tego, który kłębi się wewnątrz mnie. Mam trochę wspólnego z Diam, lecz...
UsuńTak, jak mówiłam. Nie znasz mnie. Nie chciałaś poznać. Dlatego dziękuję, że zabrałaś się za to. Nie traktuj tego jako lekcji. Nie powinnaś.
Życzę miłej lektury. ;)
Nie będę teraz pisać długiej wiadomości, ale z tym że nie chciałam cie poznać troszkę się mylisz i nadal chce. Może to pomoże mi dowiedzieć się o tobie więcej i może kiedyś po prostu gdzieś się spotkamy (przypadkowo lub nie), usiądziemy i pogadamy. Mam nadzieje że mnie nie skreślasz. Dziękuję :)
OdpowiedzUsuń