
Złociste słońce przedzierało się przez korony drzew. Zaspane, leniwe, wysunęło pierwsze ciepłe promyki, już po chwili je chowając. Ukryło tarczę za chmurami. Nieco wystraszone, zostawiło w spokoju martwe, leżące na piasku ciała, pozwalając im ukryć się w przytulnym, chłodnym cieniu. Srebrna mgła, rozpostarta kilka stóp nad ziemią stopniowo się rozpraszała.
Jedynym, co zakłóciło ten pozornie ukojny obraz był krwiożerczo szczery i
przesiąknięty radością śmiech dobiegał spod otaczającej plac, potężnej lipy.
-
Biedni, biedni ludzie. Tak ślepi, tak
niewinni...
Poderwały się na równe nogi. Przez
leniwie przechadzającą się mgłę nie mogły dojrzeć do kogo należał przycichający
już śmiech. Natsu, której oczy niepewnie wychylały się zza ramienia towarzyszki
przepełnione były bezradnością. Jej dłonie, położone niepewnie na plecach Diam
dygotały razem z nią. Ich krótkie, bardzo nierytmiczne oddechy ukazywały się
światu w postaci pary a sparaliżowane ciała nie pozwalały ani uciekać, ani co
gorsza bronić się przed ewentualnym zagrożeniem.
-
Diam! Gdzie jesteście?! - przejęty głos dobiegł
zza ich pleców.
Z ciasnej uliczki pomiędzy domkami
wybiegł zdyszany Quince. Krople potu spływały po jego czole spadając na białą
koszulę a usta na sekundę wykrzywiły się w uśmiech symbolizujący ulgę. Podbiegł
do nich, ale widząc, że te nie reagują tylko tępo patrzą w bliżej nieokreśloną
przestrzeń, przystanął. Już z daleka zauważył, że obie są panicznie przerażone.
Nie rozumiał dlaczego się trzęsą, dlaczego ich wzrok jest tak rozbiegany.
Wyciągnął dłoń aby dotknąć ramienia Natsu gdy usłyszał śmiech. Zastygł,
nasłuchując kierunku, z którego do niego dotarł. Ujrzał rozmazany obraz
człowieka. Choć, nie. To nie był człowiek. Chłopak szybkim ruchem podbiegł na przód,
stając przed dziewczynami. Stanął na nieco zgiętych nogach, jakby przygotowywał
się do skoku a jego szerokie plecy osłoniły drobne istotki. Bystrym wzrokiem
wypatrywał tego, który zamilkł na dłuższy moment. Szary cień, schowany w cieniu
lipy stawał się coraz większy i mniej rozmyty. Wyraźnie się zbliżał.
-
Kim jesteś? - warknął Quince, szczerząc złowrogo
białe zęby.
-
Oh, czyż to nie ten uroczy chłopczyk, co to
został wybrany? - drwiący śmiech zadudnił w jego głowie. Postać powłóczyście
przesunęła się o kilka kroków wprzód, odsłaniając swe oblicze na skraju cienia.
- Hahahaha, wydaje ci się, że jesteś coś wart?
Spojrzeli po sobie, potem po nim. Nikt
nie ośmielił się kontynuować grobowego monologu zakapturzonego mężczyzny, tym
bardziej przekształcać go w dialog. Nie było słychać jego kroków, jedynie ledwo
słyszalny szelest przesuwających się szat oraz dość dziwne skrzypienie,
dochodzące spod nich.
-
Quince Moricard. - krzyknął tubalnie, jakby
chciał wywołać go z tłumu. Zamilkł na chwilę, niczym wprawiony orędownik czy
mówca a jego ciało stanęło w bezruchu niedaleko najdalszej linii martwych.
Widocznie nasłuchiwał coraz głośniejszego stukotu butów, który zaczął się
rozlegać. Mieszkańcy zwabieni głośnym, dziewczęcym krzykiem ruszyli jej szukać.
Kontynuował przyciszonym już, doprawionym drwiną głosem. - Następca wojowników.
- zachichotał. - Czyż to nie wspaniałe wspinać się na szczyt chwały po trupach
swych przodków?
Ludzie wciąż się pojawiali. Otaczali
pobojowisko, nie dowierzając własnym oczom. Kobiety zaczynały histerycznie
płakać, mężczyźni sapali ze wściekłości. Jednak ogarniała ich konsternacja.
Niezrozumiała sytuacja powodowała napięcie, rosnące wraz z kolejnymi krokami
mężczyzny ku Quince'owi. Chłodne promienie, spowite chmurami odbijały się w
szacie obcego. Z każdego najmniejszego skrawka czarnej szaty uchodziły smoliste
kłęby dymu. Wydawałoby się, że materiał niebawem zniknie, jednak powstające
ubytki i pęknięcia uzupełniały cienie ciał, obok których przechodził. Kładł
stopy tak, aby ich krawędzią móc się z nimi zetknąć. Powstałe strzępy cieni
przemykały po jego ciele aż nie wtopiły się płasko niczym łaty w miejsca
uszczerbku. Zadziwiające spostrzeżenie przeraziło Diam, która miała wrażenie,
że znalazła się w środku filmu akcji z efektami specjalnymi.
Szedł ku nim wolnym lecz bardzo
dostojnym krokiem. Twarz, całkowicie okryta przydymionym kapturem nie była do
dostrzeżenia. Głos, bardzo męski i głęboki, a zarazem do cna przesycony lodem
niósł się tak, jakby pomykał wolnym truchtem wokół pobojowiska, łącząc się w
całość tuż za plecami przerażonej młodzieży. Quince osłaniał je własnym ciałem.
Nie pozwalał mężczyźnie nawet zbliżyć się do nich, ni spojrzeć. Kościste palce
wyłaniały się raz po raz spod ciemnej kurtyny a ich czubki wskazywały prosto na
serce chłopaka.
-
To serce nie powinno bić... - wyszeptał.
Korzystając z okazji, chłopak szybkim
ruchem strącił kaptur z głowy obcego. Pisk przerażenia wydobył się z gardła
kilku kobiet. Oczom tłumu ukazała się biała twarz. Skóra, rozciągająca się na
czaszce była tak cieniutka, że wręcz przezroczysta. Było widać pod nią
wszystko. Bliska pęknięcia na wystających kościach policzkowych, zbiegała się
do zmarszczonych już okolic ust. Była to jedyna oznaka na jego twarzy,
świadcząca o jego wieku. Czarne, długie włosy spływały na kark a oczy pozostały
zamknięte.
Starzec wciąż wskazywał palcem w klatkę
piersiową, schowaną pod białym materiałem. Gdy ten drgnął, jego twarz szybkim
ruchem powędrowała ku górze a oczy błyskawicznie się otworzyły. Po uliczkach
znów poniosły się piski. Mężczyzna ujrzał przed sobą, w bardzo bliskiej
odległości spłoszone spojrzenie chłopca. Pełne pytań, pełne strachu. Uśmiechnął
się na ten widok, a czarne, smoliste kule zalegające w oczodołach skierowały
się ku dwójce dziewczyn, ukrytych za nim jak dzieci. Szeroki uśmiech sprawiał
wrażenie, że jest w stanie rozerwać cienką błonkę, imitującą skórę. Ukazał swe
spiczaste białe zęby i wykrzywił je w przerażającym uśmiechu, a wciąż
punktującą w jednym kierunku dłoń schował pod szatę. Odwrócił się na pięcie i
odszedł w kierunku cienia, ostatni raz spoglądając białymi źrenicami na ofiary
dzisiejszego dnia. Płaszcz szmerał po leżących na ziemi, rozczapierzonych
palcach dłoni leżących. Wyglądały jakby sięgały po odrywające się, pęczniejące
na słońcu kawałki płaszcza niezapowiedzianego, nieproszonego gościa, który
zamienił ich pierwszą Noc Płomieni w ostatnią.
Widząc, że szykuje się do opuszczenia
wioski, zgromadzeni ludzie ruszyli za nim. Mężczyźni, trzymający w swych
dłoniach to, co tylko udało im się zdobyć aby czuć się przygotowanymi do obrony
zaczęli pojedynczo wyrywać się do biegu. Poczuli napływ energii wnioskując, że
obcy jest bezbronny, ale... Przecież pomiędzy nimi a zjawą rozciągał się pas
kilkunastu ciał. Czy to nie był dobry powód do pozostania na swoich miejscach?
Do przemyślenia, zrozumienia tego, co tu się stało? Nikt nie wiedział kim jest.
Nikt nie znał wyjaśnienia na to, co i dlaczego zrobił. Oczywistym było to, że
są ofiary. Dużo ofiar.
Każdy, kto to rozumiał, stał spokojnie
na swoim miejscu. Jedynie Quince nie znający powodu, dla którego ta paskudna
istota wskazała na niego był bardzo nerwowy. Gorączkowa chęć rzucenia mu się do
gardła była trudna do pokonania. Każdy, najmniejszy powód do utraty skupienia
na miarowym oddechu mógł być iskrą, wywołującą wybuch tykającej w nim bomby.
Śledził przybysza wzrokiem.
-
Ludu Himikawy! - wykrzyknął mężczyzna. Zatrzymał
się tam, skąd powrócił, ukrył się w resztce pozostałego cienia. - Ludu, który
zapomniał komu zawdzięcza swe życie. Komu powinien oddawać cześć! Hołd! Ludu
głupców, nędzarzy, nierządnic i sługusów. Gdzie twój duch? - jego słowa były mocne i pewne. Nie wahał
się wypowiedzieć ani jednego. - Ten, co prowadził cię od zarania dziejów? Gdzie
ryk, gdzie skowyt, gdzie piski i ujadanie oddających życie?
Wszyscy, którzy byli na tyle odważni
aby zerwać się w pościg za nim zwolnili tępa i stanęli żeby słuchać tego, co
miał do powiedzenia.
-
Na imię mi Alehander. - ukłonił się z uśmiechem.
- Jestem synem Loary i bratem Nestera,
gwiazd dzisiejszego wydarzenia. - wskazał na ciała, leżące przed nim. -
Przepraszam za ten bałagan, jednakże... Niewdzięczne dzieci musiały oddać
ofiarę swym ojcom.
-
O czym ty bredzisz! - krzyknął ktoś z tłumu.
Wzrok Alehandra momentalnie na nim zawisnął.
-
O waszych przodkach, których pamięć tak cudownie
bezcześcicie. Ta ziemia nie jest wasza!
-
Jakich przodkach! Jaka ziemia! - krzyczeli jeden
przez drugiego.
Pośród jęków i zgrzytania zębami,
przez poruszony, zajęty awanturą tłum, przecisnęła się mała, niewinnie
wyglądająca dziewczynka. Nikt nawet nie zauważył jak tuptająca, tycia istotka
okrążyła łukiem leżące na ziemi ciała jej sąsiadów, być może rodziny. Ukryła
się w cieniu, tuż za płaszczem Alehandra i pociągnęła kilka razy za
rozpływający się materiał. Brązowe oczy, wpatrzone w jego bladą twarz były
bardzo przejęte. Nie zlękła się nawet, gdy ten spojrzał w jej stronę.
-
Dzie mama? - spytała piskliwym głosem.
-
Mama? - zaskoczony, wziął dziewczynkę na ręce.
Ten widok błyskawicznie poruszył tłum.
Mężczyźni ruszyli w jego kierunku, wymachując bronią. Słownych gróźb nie było
końca. Powstrzymał ich widok czarnego sztyletu, który zmaterializował się tuż
za karkiem dziewczynki. Nie dotykał jej skóry, jedynie wisiał w powietrzu i
przesuwał się równo z jej ciałem. Alehander łypnął na nich pogardliwie, a ci
opuścili broń. Widząc jak łatwo może nimi manipulować, spojrzał czule na małą
dziewczynkę, którą trzymał w objęciu. Nieświadoma słodycz patrzyła na niego z
nadzieją, że odpowie na jej pytanie. Ten w odpowiedzi podszedł kilka kroków do
zmasakrowanego ciała pewnej kobiety o ciemnych włosach. Z pewnością zostało
najciężej potraktowane ze wszystkich. Zaschnięte grudy krwi oblepiały jej
głowę, a raczej pozostałe po niej części. Nienaturalnie wygięte, praktycznie
nagie ciało zionęło otwartymi ranami. Jedynie nogi były obsypane ziemią. Kto
wie, w jakim były stanie. Alehander przykucnął obok niej a dziewczynkę posadził
wygodnie na swoim kościstym kolanie.
-
To mama. - wskazał na nią palcem.
-
Mama? - przestraszony głosik zakwilił cicho.
-
Tak kochanie. – odpowiedział łagodnie. – Chcesz
się z nią przywitać?
Zdziwienie i dezorientacja z jej dużych
oczkach tylko go ucieszyły. Czując swą moc i władzę w tym momencie, bezdusznie
rzucił małym ciałkiem dziewczynki o zimne zwłoki. Krzyk dziecka rozbudził ludzi
z tego niewiadomego , jednak zanim zareagowali, dym, który ulatniał się z szat
mężczyzny stopniowo stawał się przezroczysty. Nim zdążyli zauważyć, postać
zniknęła.
Na pobojowisko wbiegł Matjas. Gdy objął spojrzeniem cały mrożący krew w żyłach obraz, jego twarz pobladła.
- ... co tu się stało?
Nikt z zebranych nie był w stanie mu odpowiedzieć. Otępieli ludzie gapili się po sobie, nie wymawiając przy tym ani słowa. Czyli się słabi. Zbyt słąbi by walczyć, bronić. Było im wstyd.
- No, słucham! Ktoś mi odpowie?! - zażądał.
Cichy głosił przerażonej Diam próbował przebić się przez tłum, jednak Quince szybkim ruchem zakrył jej usta dłonią. 'Nie ryzykuj.' - usłyszała. Nie zrozumiała znaczenia jego słów, jednak postanowiła go posłuchać. Ucichła, przybita. Odwróciła głowę w stronę małej dziewczynki, która wciąż swymi drobnymi rączkami potrząsała resztkami ciała matki chcąc ją zbudzić. To nie miało sensu, wiedziała to. Tylko dlaczego nikt...
- Noiry.
Głos wydawał się pojawić znikąd. Zwróciła wzrok w kierunku, z którego dotarł. Zgromadzona ludność wpatrywała się jak mężczyzna odskoczył w bok, przestraszony czyjąś obecnością za jego plecami. Oczom tłumu ukazała się Rosean. Jej wymowny wyraz twarzy sugerował, że święto dobiegło końca.
- Noiry? - spytał ktoś z tłumu.
- O czym ona bredzi? - poruszenie szło dalej.
- Drodzy bracia, - zignorowała ich a jej ręce uniosły się jakby chciała nad nimi zapanować. - spokojnie. Nie grozi nam niebezpieczeństwo.
- Więc to, - młody mężczyzna wskazał na ciała. - co to niby nie jest? Czy to nie jest niebezpieczeństwo?
- Dlaczego nas napadli?!
- Wszyscy zginiemy!
- Zapewne niedługo wrócą! A co wtedy?!
- Posłuchajcie. - kobieta minimalnie uniosła głos. - Jesteście bezpieczni. Zaufajcie mi.
Jej autorytet wprawił ludzi w dezorientację. Każdy na własną rękę szukał odpowiedzi na wszystkie nurtujące pytania, próbował uwierzyć w to, że jest bezpieczny. Z osobna.
- Rosean. - Quince wyszedł na przód. - Co to była za kreatura?
Skinęła na niego głową sugerując, aby szedł z nią. Gdy zrobił krok do przodu, ta odwróciła się od tłumu dodając tylko głośne 'Rozejdźcie się do domów!'. Pewnym krokiem ruszyła z młodzieńcem w stronę jego domu. Zaczęli coraz bardziej się oddalać, zostawiwszy za plecami poruszone towarzystwo, które stopniowo się przerzedzało. Odchodzili jeden po drugim, pogrążeni w rozpaczy po utracie przyjaciół, rodziny, bliskich. Ich szczątki pozostawili za sobą. Quince zdążył się jedynie odwrócić aby pomachać dziewczynom, które zostawił wśród ludzi.
Diam.
Kayla? - odpowiedziała jej w myślach.
Wracaj.
- Diam, - Natsu dotknęła jej ramienia. - idziemy do domu?
Wracaj.
Dokąd? Do domu?
Tak. Nie warto siedzieć tam dłużej, Diam. Jest niebezpiecznie.
Co z nimi będzie?
Diam ze smutkiem zerknęła na Natsu. Jej przejęty głos i oczy pokryte przerażeniem błagały o odpowiedz. Chciała iść, odejść z tego okropnego miejsca.
Z kim?
Z nimi wszystkimi, jak stąd odejdę.
- Diam... - szepnęła Natsu.
Nic, zostaną tu.
Sami?
Przecież mają siebie. Żyją tu już w ten sposób od setek lat.
Zapomną o mnie?
Czekała zbyt długo, więc wzięła sprawy w swoje ręce. Złapała Diam za nadgarstek i pociągnęła za sobą w stronę domu. Nie chciała zostać tu ani chwili dłużej. Ze łzami w oczach ruszyła przed siebie.
- Diam, słuchasz mnie? - wyszeptała.
- T-tak. - dziewczyna wróciła do siebie. Przyspieszyła nieco tempa aby dogonić towarzyszkę.
- Ty... - jej głos zadrżał. - Ty niedługo odejdziesz... Prawda?
Nie spodziewała się tego pytania. Wszystkiego, tylko nie tego. Nie w tym momencie.
- Prawda? - powtórzyła gdy nie otrzymała odpowiedzi.
- Tak. - jej słowa były puste, bez grama przejęcia.
- Gdzie będziesz?
- U siebie.
- To znaczy... - zawahała się. - ...gdzie?
Czekam na ciebie, Diam. Biegnij do lasu.
Były już całkiem niedaleko małej chatki, gdy Natsu z niewiadomych przyczyn zwolniła kroku. Zwiesiwszy głowę, zatrzymała się. Przez dłuższy czas nie wypowiadała ani słowa, lecz ostatecznie nabrała głośno powietrza w płuca i wyrzuciła z siebie półgłosem:
- Proszę, nie ignoruj mnie.
Nie wiedziała o co jej chodzi. Z dezorientacją spoglądała na Natsu, której oddech zdecydowanie przyspieszył. Jakakolwiek reakcja wydawała się być na miejscu, jednak... Nie zdążyła. Jej towarzyszka już po chwili zaniosła się gniewem.
- Dlaczego to musi się zawsze tak samo kończyć?!
- Natsu, ale...
- Nie. - machnęła ręką.
Odwróciła się do niej plecami. Diam nie potrafiła dostrzec tego, co malowało się na jej twarzy. Czy był to smutek? Czysta złość? Dlaczego tak zareagowała na fakt, że Diam musi odejść? Fakt faktem, ona sama nie wiedziała co zrobić. Ta jedna, niewinna noc, spędzona w całkowitym zapomnieniu o realności była dla niej jak kolejny fragment książki, do której wpadła. Nie chciała wracać. To z początku przerażające miejsce stało się dla niej intrygującym światem, absolutnie przeciwnym do tego, z którego pochodziła. Spokojne, pełne ładu pola nocnej Himikawy, małe domki skąpane w jutrzence, śpiew leśnych ptaków... Cała kojąca zmysły aura była konpletnym przeciwieństwem tego, co znała. A znała przecież prawdę. Świat takim, jakim był. Ruchliwy, głośny, całkiem szary wbrew temu ile barw się na niego składa. Nienawidziła życia, jednak ta jedna noc mogła okazać się przełomem. Nie chciała wracać do rzeczywistości, jeszcze nie teraz.
Diam.
- Diam...
Wyrwano ją ze zbłąkania. Oba głosy zabrzmiały jednocześnie, wcale nie ułatwiając myślenia.
Zaczekaj, proszę. - odpowiedziała jej.
- Hm? - mruknęła.
- Przepraszam. - ponownie odwróciła się do niej twarzą. - Nie mam prawa tak reagować, przecież miałaś być tu tylko na jedną noc. Jak zawsze się działo podczas Nocy Płomieni.
- Tak, Natsu. - odparła półgłosem.
- Wciąż nie wiem skąd jesteś. - dodała, jakby mówiła sama do siebie. Każde słowo było nieco drżące, kruche.
Zza lasu.
- Zza lasu. - odpowiedziała szybko, bez namysłu.
Ogromne, wytrzeszczone oczy rozmówczyni były wystarczającym dowodem na to, że powinna zwracać większą uwagę na teksty suflerów. I ta niepewność, czy powiedziała coś 'tak', czy raczej 'niezbyt tak'.
- Zza lasu? - niemal brakowało jej czasu na oddech pomiędzy zdaniami, które wymawiała. - Jak to możliwe?! Co tam jest? Jak tam jest? Mów!
- Nigdy tam nie byłaś? - spytała. Wydawało jej się oczywistym, że las był dla tutejszych ludzi codziennością. Natsu zwiesiła smutno oczy, a kąciki jej wąskich ust opadły.
- Przecież ten las to pułapka. - wyrzuciła z siebie to zdanie z pełnią nienawiści. - Otacza nas dookoła. Jest wszędzie.
- Ale znacie go dobrze, co?
- Nie. - spojrzała na nią. - Nie ma nikogo, kto chciałby...
- Go poznać? - wyprzedziła ją.
- Kto chciałby zginąć.
Diam oniemiała ze zdziwienia. 'Zginąć? W lesie?'
- Zapewne mi nie wierzysz, co? - Natsu kontynuowała. - No tak, jakżeby inaczej. Jesteś zza lasu. Z mitycznej krainy ocalonych.
- Z mity-czego?
- Nie wiesz jak tu jest. - ciągnęła. - Nie wiesz jak to jest być zamkniętym w pułapce. Żyć wśród zagadek. Kłamstw. Ludzi, którzy cię nienawidzą za to, jaka jesteś.
Z każdym kolejnym zdaniem coraz bardziej napierała na Diam. Krok po kroku, zbliżała się do niej a jej przejęte oczy wypatrywały prawdy.
- Co tu robisz, Diam? Po co tu jesteś? - dzieliły je centymetry.
- Nie wiem.
Dwa słowa zdołały przerwać tę niekończącą się lawinę pytań i oskarżeń. Natsu gwałtownie zamrugała a jej ciało rozluzniło się.
- Jak to? - spytała nieco cichszym tonem.
- Nie wiem co tu robię, Natsu. - odpowiedziała. - Trudno mi to określić, ale nie jestem tu z własnej woli.
- Zmuszono cię?
- W pewnym sensie. - zaśmiała się wiedząc, że słucha ich odpowiednia osoba. - Powiedzmy, że nie miałam nad tym kontroli.
- Ale... Teraz musisz wrócić.
- Wcale nie musi.
Wzdrygnęły się słysząc męski głos. Nadszedł do nich całkiem nieoczekiwanie, spod rozłożystej lipy, okalającej liśćmi teren blisko domku. Naprzeciw dziewczynom wyszedł Kamu. Na jego twarzy gościł zawadiacki uśmiech, niezbyt pasujący do jego zazwyczaj poważnego wyrazu twarzy. Przeszywający wzrok nasilał się z każdym krokiem, jakby chciał spowodować swojego rodzaju pesję. Udało się. Diam, której ciało drżało z przerażenia, zaczęła zyskiwać świadomość. Narastała w niej niepewność tego, co powinna zrobić. Miał przewagę. To był jego teren, jego królestwo. Świat, w którym się znalazła stał się sceną, wątłą i kruchą. Wszystko dookoła przestało ją interesować. To nie było jej. Nie należało do niej w nawet najmniejszym ułamku. Bała się swojej niemocy i tego, że ten tajemniczy świat stanie się jej zgubą. Fakt, że ów pewien siebie chłopak, stojący tuż obok niej miał dostęp do jej realnego życia i świata paraliżował jej pewność siebie. Tutaj, w jego piaskownicy, wśród jego zabawek była nikim.
Wysoka postać spoglądała na nią z chytrą iskrą w oku.
- Czego tu szukasz, Kamu? - Natsu wydawała się być mało szczęśliwą z jego wizyty.
- Witam naszego gościa, którego nie miałem okazji wcześniej poznać. - zacięcie spoglądał na dygoczącą osóbkę. Zauważył, że jej oczy wędrowały dosłownie wszędzie, byle go tylko ominąć. Najbardziej rozbawił go jednak moment, gdy szaro-białe oczy zerknęły na niego, niby to przypadkiem.
- Daj już spokój. - kontynuowała Natsu. - Nie chce nam się z tobą gadać.
- Czyżby? - objął je wzrokiem. Wyszczerzył białe zęby. - Ze mną nie pogadacie?
- Daruj sobie. - złapała Diam za nadgarstek i pociągnęła za sobą.
Minęła go małym łukiem, jednak on nie dawał za wygraną. Gdy Diam go mijała, pochwycił jej drugi nadgarstek.
- Diam, zostań z nami. - powiedział z nieukrywanym zadowoleniem.
- Diam musi wracać. - wycedziła przez zęby. Dwa kroki dalej stanęła i z zaskoczonym wyrazem twarzy spytała: - Chwila chwila, skąd wiesz jak ma na imię?
Zapanowała cisza. Natsu poczuła jak drobne rączki Diam stopniowo zaciskają się na jej przedramieniu. Niewzruszony chłopak uśmiechał się dalej, tym razem nieco inaczej.
- Znamy się. - odpowiedział.
- C-co? - Natsu otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. - To prawda Diam?
- Um. - mruknęła cicho.
- Właśnie. - dodał. - Więc zostań z nami na jeszcze jedną noc.
- Idz, Diam. - szepnęła Natsu a jej palce puściły trzymany nadgarstek.
Postawiona przed wyborem, dziewczyna szukała dobrego wyjścia. Wydawało jej się, że ucieczka z tego miejsca i powrót do domu będą ją cieszyły najbardziej. Jednak wizja pozostania tutaj kusiła. Przeżycie przygody i nauka życia w tak dziwnym miejscu sprawiłaby jej radość, nawet jeśli była tu obca, kompletnie z innego świata.
Wywierali na niej presję. Napięcie rosło tym dłużej, im gapili się na nią. Przerażenie sięgało niewyobrażanie daleko, puszczało korzenie wgłąb jej przeczuć. Ich niewyjaśnione, niejasne emocjonalnie miny wcale nie ułatwiały. Chciała zostać. Ale...
Diam.
Uciekła.
Bez słowa zostawiła ich za sobą.
Dźwięk odbijających się od piaszczystej drogi, prowadzącej do lasu stóp niósł się wśród drzew.
Pozostawiła jedynie drobne krople jej łez, spadające nieopodal śladów.
Ulotne wspomnienie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz