Płomienie
rozdzierały granatowe niebo na strzępy. Nie miały końca. Sięgały aż do gwiazd,
o ile te nie uciekły z nieboskłonu by choć na chwilę zażyć spokoju, którego
dziś w tej wiosce było dość mało. Kilka drobnych, czarnych ptaków krążyło
wysoko nad paleniskiem. Wyglądały jak wygasłe już iskry, jak popielne cienie.
Kręciły się stale w niezmiennym szyku, tańcząc nad coraz to większym
zgromadzeniem. Z pewnością miały najlepsze miejsca do obserwowania wydarzeń
bieżącej nocy. Niektóre z nich czasem pikowały w dół by utonąć wśród trawy i
zebrać to, co przypadkowo się w niej znalazło. Widziano je jak podjadają ziarna
zbóż, owoce i inne plony, które ludzie przynieśli ze sobą by dać je w ofierze
jako podziękowanie za udany rok. Biegały wśród nóg zebranych, wydając z siebie
jedne z nielicznych tej nocy dźwięków. Szybko uciekły gdy syczące płomienie
zmieniły swój kurs pod wpływem wiatru. Mieszkańcy z wolna tworzyli coraz
ciaśniejszy krąg wokół paleniska. Kolejni dołączali do nich, spoglądali znad głów.
Dzieci podbiegały nieco bliżej, ubrane w skóry dzikich zwierząt. Na twarzach
nosiły maski, które z pewnością wykonały dzięki pomocy swoich rodziców. Ich
radosne piski, chichot i tupanie stópek napawały dumą przekazywania tradycji.
Od pierwszych lat życia były uczone żyć tak, jak należy. W zgodzie ze światem.
Wśród
natłoku głów i ciał pędem przemknęły dwie młode dziewczyny. Jedna z nich, nieco
wyższa niosła pod pachą małą figurkę słomianego wilka, zabraną z domu. Druga,
niższa trzymała stale w piąstce fałdy swojej sukienki, które smagały po jej
nogach. Pospiesznie dotrzymywała kroku pierwszej a jej przestraszone oczy
przyglądały się zebranym. Tłum rozstąpił się gdy parły w stronę ognia. Dopiero
z bliska było widać, że snop jest w kształcie wilczego łba, uniesionego do
góry, wyjącego. Z pyska wydostawały się kompilacje płomieni, jednych bardziej
jaskrawych od kolejnych. Wilcze nozdrza
kopciły się i żarzyły. Nawet misternie robione kły długo wytrzymały ten
piekielny ogień. Choć uszy już dawno zniknęły w stercie spalonej słomy, snop
stale wyglądał jak arcydzieło, robione ręką wprawionego w swój zawód artysty.
- Piękne... - głosik Diam był pełen przejęcia.
- Podoba ci się? To dzieło moich rodziców. -
uniosła dumnie podbródek.
- To właśnie ten stos mieliście przygotować?
- Tak, w rzeczy samej. - spojrzała ukradkiem na
zauroczoną twarz Diam. Dostrzegła, że ta jest absolutnie zafascynowana
wydarzeniem. Jej serce urosło. - Może... Może masz ochotę?
Natsu
pospiesznie wyciągnęła ręce w kierunku Diam. Trzymała w nich kurczowo słomianą
figurkę, którą chciała powierzyć w te drobne, nieporadne, porcelanowe łapki.
- A-ale... Czy złożenie tegorocznej ofiary nie
powinno być twoim zadaniem?
- Nie przejmuj się. - zachichotała. Jej oczy
lśniły pogodnie złotymi płomieniami. - Wolę, żebyś to ty się tym zajęła. W
końcu to ty jesteś naszym gościem.
Drobny
uśmiech nie znikał z twarzy Natsu. Ba, stał się jeszcze większy w momencie, gdy
ujrzała to ogromne zakłopotanie na buźce Diam. Złapała jej dłoń i położyła
lekko na grzbiecie wilka, sama stale podtrzymywała go za brzuch.
- Co powinnam zrobić? - dopytała Diam, gorączkowo
ściskając figurę.
- Czekajmy na znak. Widzisz tamtą kobietę? Tą
siedzącą na lnianym płótnie? - wskazała palcem w lewo. Diam powiodła wzrokiem
za jej palcem. - To Rosean. Tutejsza najważniejsza członkini Zgromadzenia.
Ludzie mówią, że razem z Matjasem są ostatnimi ludźmi w wiosce, którzy mogą
pamiętać Luminosów. Niezła z niej wiedźma...
- Poważnie? - otworzyła szeroko oczy ze
zdziwienia.
- Coś ty, tak tylko mówią. - spojrzała rozbawionym
spojrzeniem na Diam. - Chyba nie wierzysz w tego typu magię, co?
Zawadiacko
przyglądała się jej twarzy. Diam chcąc lepiej przyjrzeć się kobiecie zaczęła
dokładnie mierzyć oczami jej obraz. Zaskoczył ją wygląd kobiety. Miała na sobie
bardzo skromną szatę. Wyglądała bardziej jak zwykła, brązowa płachta z
podrzędnego materiału, zarzucona na jej ramiona i owinięta wokół ciała.
Jedynym, co wyróżniało się w jej wyglądzie były czarne, gęste włosy i
jasnozielone oczy, spoglądające zza nich. Dodawały kobiecie groźnego wyglądu,
powodowały respekt. Gdy poruszyła ręką, materiał powoli zaczął się z niej
zsuwać. Oczom Diam ukazały się wzory, niestety nie do rozpoznania z tej
odległości. Czarne kształty otaczały całe przedramię i spływały aż do palców.
Linie były dość okazałe, wiły się, pięły i spadały, póki ponownie nie zostały
okryte materiałem. Diam wiodła wzrokiem wzdłuż wąskich ramion staruszki, wzdłuż
każdej zmarszczki na jej twarzy. Kryły się w nich z pewnością niesamowite
historie, które miały miejsce przed laty. Oczy kobiety z pewnością musiały być
świadkami tylu nadzwyczajnych wydarzeń... Tylko czemu w tym momencie wpatrywały
się właśnie w Diam?
Kontakt
wzrokowy trwał dość krótko, można by policzyć go w setnych sekund. Już chwilę
po nim Rosean znów przyglądała się gromadzie dzieci, która hasała przed nią.
Wydawała się jakby nieobecna, zamknięta we własnym świecie. Zamyślona, złapała
do ręki hebanowy kostur, przewieszony wisiorem z piór. Podniosła się z lnianego
posłania i podparła na kosturze by ostatecznie ująć go w dłoń i unieść wysoko
nad głowę. Na widok tego gestu cały gwar zniknął. Ludzie umilkli, dzieci
znieruchomiały, nawet ptaki przestały się poruszać. Wszystko wokół wydało się
martwe.
- Drodzy zebrani! - powiedziała staruszka bardzo
wyraźnym i dostojnym głosem. - To właśnie dziś przypada ta noc, na którą
wszyscy tu czekaliśmy przez wiele lat życia. Noc, budząca w naszych sercach
iskierki nadziei. Nadziei na lepszą przyszłość.
Płomienie
niemiłosiernie syczały, dym otaczał ludzi. Liście szeleściły. Przypominały swym
dźwiękiem orszaki trzepoczących skrzydeł, które miały nadlecieć wraz z
szalejącym wiatrem. Nawet jezioro, rzekomo łagodne odczuło wyjątkowość
wydarzenia i jakby chciało dać o sobie znać. Jedynie ludzie milczeli a ich uszy
zasłuchane były w głosie Rosean.
- Nie bójcie się! - wykrzyknęła z nie małym
zapałem. - Ta noc na długo pozostanie w waszej pamięci. Będzie najbardziej
wyjątkową ze wszystkich Nocy Płomieni, które odbyły się tu, w Himikawie. -
kobieta wyszła przed tłum, krocząc bliżej ognia. Stawiała rytmiczne, równe
kroki. - Lecz co ja mogę? Sama, jedna? To my, wszyscy wspólnie mamy ogromną
moc. Sprawmy, by te słowa nie stały się kłamstwem. Niech ten ogień symbolizuje
wasze wieloletnie starania, codzienne trudy i pracę nad polepszaniem sytuacji
nas, wszystkich mieszkańców! Niech ten ogień wniesie w wasze umysły zapał,
który będziecie pielęgnować przez następne lata, dbając o wielkość i potęgę
tego, kim jesteśmy.
Stanęła
po drugiej stronie stosu. Objęła kostur obiema rękami a palce splotła ze sobą.
Zamknięte oczy odgradzały jej świadomość od świata zewnętrznego, który zdawał
się znieruchomieć razem z nią.
- Niech zawyje duch pradawnych, potężnych władców
tych ziem. - jej głos brzmiał tajemniczo. - Niech zstąpi na ziemię, spojrzy na
swoich braci i siostry, co zebrali się wokół.
Rosean
ponownie uniosła kostur pionowo, ponad ziemię. Odczekała chwilę po czym wręcz
niezauważalnie na sekundę skierowała wzrok na Natsu. Ta wiedziała co powinna
zrobić. Podeszła kroczek bliżej ognia, przykucnęła wśród dymu. Diam ruszyła za
nią. Rosean rozwarła szeroko swe przenikliwe oczy i krzyknęła donośnie:
- Niech rozpocznie się Noc
Płomieni!
W
tej samej chwili dziewczyny wrzuciły do paleniska figurkę i pospiesznie
odsunęły się by obserwować to, co miało się stać. Niefortunnie do niczego nie
doszło.
- No działaj, działaj... - zaklinała szeptem
Natsu.
Rozbawiło
to Diam, która czerpała dziwną radość z obserwowania widowiska. Niespokojną,
przedłużającą się ciszę ostatecznie przerwały głośne trzaski. Z rozwścieczonego
do granic czerwoności ognia wystrzeliło coś na kształt... Fajerwerków? Trzy
potężne świetliste kule pięły się wyżej i wyżej, jakby chciały konkurować z
gwiazdami. Gdy one osiągały wysokość, płomienie nabrały dość dziwnego wyglądu.
Zewnętrzny obwód stosu stał się jasnozielony. Przypominał barwą soczystą trawę,
rosnącą gdzieś w głębi tajemnego lasu. Zza trawy wyłaniała się ciemniejsza
ściana krzewów a za nimi, w centralnym punkcie wyrastały ciemne drzewa,
najwyższe ze wszystkich. Kiedy ich korony okryły to, co poniżej, blask
czerwieni rozpalił niebo. Lśniące kule, jedna po drugiej przemieniały się w
soczyste pączki kwiatów. Pękały kolejno, otwierały się, zdobiły niebo.
Sprawiały wrażenie, że są żywe, że właśnie tam, na górze jest ich miejsce.
Każdy płatek z osobna radował twarze zebranych, oniemiałych z wrażenia.
Składali ręce, zakrywali usta, przecierali oczy. Oddawali się chwili, bez słowa
podziwiali to, co działo się na ich oczach. Jedynie Natsu zaciskała nerwowo
kciuki przy policzkach a z nerwów zaczęła przygryzać dolną wargę. Wyglądała
komicznie, stojąc tak w skupieniu i przyglądając się swemu dziełu, które stale
przechodziło nieoczekiwane przemiany. Okazałe kwiaty z wolna stawały się nieco
bardziej bordowe, gdy z ognia ponownie wydobyło się kilka drobnych iskier. Te
pospiesznie pomknęły w górę a ich ślad mienił się złotymi iskrami. Wiły się
wśród kwiatów, dzieliły się, plątały ze sobą. Złoty ornament otaczał z wolna
płatki podczas, gdy te odrywały się kolejno i zamieniały w migocący, bordowy
pył. Opadał w dół, pchany delikatnym wiatrem lecz zamiast opaść dół zawisnął
nad ogniem, jakby położył się na niewidzialnej nici. Błyszczące kryształki
spływały powoli w dół. Wyglądało to jak zamarznięte sople lub stalaktyty,
zawisłe w powietrzu. Ich kolor stawał się ponownie iskrzący, miejscami
miedziany. Jednym przypominały błyszczącą plażę, innym lśniący w słońcu kanion.
Kolejni dostrzegali niezwykłe skały. Gdy zastygły w bezruchu, okalająca nić
również skończyła swój bieg. Nikt nie spodziewał się, że złote, pociągłe ślady
utworzą na niebie znaki, układające się w kilka słów. Niestety, Diam nie umiała
ich rozszyfrować.
- Natsu, co to oznacza? - Diam podniosła się na
palcach i cicho wyszeptała.
- „To, co czyste
nigdy nie zginie”. - odpowiedziała z dumą.
- Co to za znaki?
- To prastary zapisek, należący do pierwszych
ludzi-wilków. Słowa te od zawsze był powtarzane przez mieszkańców. Próbowałam
odwzorować pismo... - zachwyt w jej głosie nieco zmienił się w obawę.
- Jesteś najlepsza, Natsu. - odparła Diam i
przytuliła ją ciepło.
- Będę, jeśli się uda...
- Co?
- Patrz.
Jej
szczery uśmiech oznaczał wszystko, co nieprzewidywalne. Jednak Diam nie musiała
zbyt długo czekać. Gdy odwróciła wzrok w stronę formujących się kształtów,
złote znaki z lekkim szelestem zsypały się w dół i ułożyły drugą warstwą na
ognistej podstawie. Spoczywały niewzruszenie, błyszczały w czerwonych
płomieniach ogniska, które prawie wróciło do początkowego stanu. Nic nie
przebijało panującej wokół ciszy. Nic, poza liśćmi, które zerwały się z nocnym
wiatrem. Złoty pył wzmógł się, uniósł wzwyż. Widać było jak wiatr kręci
drobinkami, podrzuca je w górę. Złota posypka stworzyła pokaźny stos, jakby
zgarniętych, jesiennych liści. Kto by się jednak spodziewał, że rozsypie się on
gdy wyskoczy z niego potężny wilk. Złota bestia strzepała ze swej sierści
kryształki, które uniosły się w górę i utworzyły nad niego głową coś na wzór
nocnego nieba. Uniesiony łeb stworzenia rozejrzał się wokół, jego łapy mocno
utwierdziły się na czerwonych skałach. Podniósł władczo ogon, postawił uszy,
potrząsnął głową by następnie zawyć z głębi gardła. Wycie wypełniało atmosferę
mistyczną mocą, emanowało potęgą. Świadczyło o sile, odwadze i męstwie tych,
których symbolizowało właśnie to, niepozornie wyglądające stworzenie. Gdy wycie
dobiegało końca, wilk opuścił łeb a następnie wskoczył w sam środek ognia a za
nim posypał się czerwony kanion. Płomienie ostatni raz zaświszczały, po czym
odzyskały swój wcześniejszy wygląd.
Wrzawie
nie był końca. Ludzie wiwatowali, śmiali się, okazywali podekscytowanie.
Kilkoro podbiegło nawet do Natsu by pogratulować jej wspaniałego pokazu. Ta
dziękowała a uśmiech nie znikał jej z twarzy. Również Diam dzieliła z ludźmi tą
wspaniałą, wyjątkową atmosferę jedynego w swoim rodzaju święta. Nie zauważyła
nawet gdy wokół nich zebrali się grajkowie, uzbrojeni w nietypowe instrumenty.
Inni, z koszykami i wieńcami polnych kwiatów ruszyli przodem. Wyprzedziły ich
jedynie małe dzieci, które jak leśne duszki prowadziły wszystkich wprost do
środka lasu. Nie wiadomo skąd pojawili się ludzie z pochodniami, ubrani w
płaszcze z kapturami. Ustawili się pojedynczo, po dwóch stronach. Pochód był
niesamowity. Każdy odgrywał w nim osobną rolę, był kimś innym. Tracił poczucie
jednostki na korzyść stawania się społecznością. Gdy wszystko nabrało tępa,
Diam podbiegła do Natsu, która kroczyła nieco przed nią, otoczona grupą
mieszkańców. Zrównała z nią tempo.
- Co się teraz dzieje? - dopytała.
- Właśnie teraz nadszedł czas na ofiarowanie
Nowicjuszy. - odpowiedziała cicho.
- Nowicjuszy?
- Tak. To grupa chłopaków w młodym wieku, którzy
od dziecka trenowani byli po to, by dzisiejszego dnia dowieść tego, że są
następcami Luminosów.
- Co masz na myśli? - jej oczy zalśniły
ciekawością.
- Chłopcy, urodzeni na osiemnaście lat przed Nocą
Płomieni zawsze mają możliwość stania się Nowicjuszami. Jedynie ten konkretny
rocznik staje się rocznikiem wybranych. Wystarczy tylko, że rodzice zdecydują
się oddać swych synów pod opiekę tutejszemu Zgromadzeniu. Wtedy od dziecka
uczeni są różnych stylów i typów walki, szczególnie tych, o których już się
zapomniało. Stają się najpotężniejszymi wojownikami wioski.
- Wojownikami w garści Zgromadzenia... - szepnęła
pod nosem.
- W rzeczy samej. - głos Natsu był dość poważny. -
Temu właśnie Zgromadzenie budzi tak ogromny respekt.
- Czym jest Zgromadzenie? - mówiła coraz ciszej, a
jej stopy z wolna kroczyły pośród tłumu.
- Zgromadzenie to tutejsza rada, która rządzi
wioską. Kiedyś należeli do niej jedynie Lumiosi i to ci najczystszej krwi. -
przygryzła wargę, poddenerwowana tematem, o którym rozmawiały. - Wiele się
zmieniło od czasu, gdy czystość linii została złamana. W radzie zasiadał ten,
kto miał siłę lub wpływy. Jedynie mała grupka ludzi, którzy tam zasiadają są
wartościowi. Do tego można wyliczyć na palcach tych, którzy jakkolwiek
pamiętają czasy czystości: Verdana, Rosean, Matjas, Ertia...
- Ile mają lat?
- Ertia jest z nich najmłodsza, ma zaledwie 35
lat. - przyspieszyła kroku.
- 35 lat?! Jak to? - z niedowierzaniem spojrzała
na towarzyszkę.
- To nic dziwnego, jest dość... Jakby to lekko
powiedzieć... Jędzowatą imperatorką. - zaśmiała się z pogardą.
- Ertia jędzą? - powiedziała nieco za głośno.
Po
tych słowach Natsu zatkała dłonią usta dziewczyny z nadzieją, że nikt nie
słyszał tego, co przed chwilą padło. Jednym zdecydowanym szarpnięciem
pociągnęła Diam poza szeregi ludzi. Minęła mężczyznę z pochodnią i ruszyła w
głąb lasu bez zwracania uwagi na to, czy Diam nadąża za nią, czy nie.
Przystanęła obok potężnej brzozy.
- C-czy powiedziałam coś nie tak? - spytała
zaniepokojona Diam.
- Odrobinę. - mówiła przyciszonym głosem. - Gdyby
ktokolwiek to usłyszał, jutro rano mogłabyś nie obudzić się żywa. -
zachichotała.
- Ertia jest aż tak groźna?
- Niestety. - odwróciła się w stronę światła
pochodni. Zaczęła iść za nim by nie stracić ludzi z pola widzenia. - Choć
groźniejsze są jej wszystkie sługusy, tępo podążające za jej rządami. Ertia to
jedna z tych, co używa swego wdzięku by osiągnąć to, czego chce. W Zgromadzeniu
znalazła się tylko dlatego, że poślubiła jednego z jej członków, Urivera. A że
ten był już starcem, niedługo potem zmarł a ona zajęła jego miejsce w radzie.
- Wydaje się dość młoda... Ile lat ma najstarsza
osoba w Zgromadzeniu?
- 428, w tym roku.
- Niesamowite... - Diam pierwszy raz słyszała o
takim wieku. - Może pamiętać to, co działo się kiedyś... Jak się nazywa?
- Rosean.
- Rosean?! - znów nie dowierzała temu, co
usłyszała.
- Tak. - mówiła z przekonaniem w głosie. - Po niej
najstarszy jest Matjas, 76 lat oraz Verdana, 74. Ta dwójka pamięta czasy
Luminosów z opowieści swoich pradziadków, którzy dożywali równie sędziwych
wieków co Rosean. Pozostali nie mają pojęcia o tym, co miało miejsce, gdy
Luminosi stąpali po naszych ziemiach.
- Jakim cudem żyli tak długo?
- Zadajesz całkiem dużo pytań jak na taką
drobinkę... - jej twarz ponownie zdobił ten sam uśmiech. Odsunęła gałąź dębu by
iść dalej za tłumem. - Luminosi lubili unikać zasady czystości linii. Byli
uwikłani w liczne romanse, z których nie raz wynikały dzieci... Dzieci,
nabywające niezwykłych cech. Luminosi byli rasą, której członkowie dożywali
normalnego wieku. Tego, co pospolici ludzie. Gdy dochodziło do spłodzenia
wilczo-ludzkiego dziecka, wtedy wynikały problemy. Nie dość, że rodzice takiego
dziecka zostawali najczęściej zabici, i to w mało przyjemny sposób, to do tego
dziecko stawało się wyrzutkiem. Nikt nie chciałby przecież zadawać z kimś
takim. Wróżyło pechem.
- Więc Rosean jest dzieckiem Luminosa?
- Tak. Z tego, co wiem jej matka była czystej krwi
Luminosem. Temu dzieciństwo Rosean nie było zbyt kolorowe. Nigdy nie
dowiedziałam się jak udało jej się wytrwać tyle lat.
- Rosean zapewne jest największym autorytetem dla
ludzi w wiosce...
- Jest tutejszą szamanką, mentorką i najlepszym
psychologiem. Ma poparcie ludzi, ale nie ma go w Zgromadzeniu. Tylko mała grupa
słucha tego, co ma do powiedzenia.
- Reszta kogo słucha?
- A jak sądzisz?
Odpowiedź
była jasna.
- Mówiłaś o przerwaniu czystości linii. Kiedy to
się stało?
- Nie da się tego stwierdzić. Pierwsze dzieci z
mieszanych związków zapewne były zabijane by zatrzeć dowody. Dopiero później,
gdy to się nasiliło ludzie z wioski poszli na pewną umowę z Luminosami.
Ustalili, że wilki ukryją się w lesie i zostawią ludzi w spokoju. Jedynie
podczas Nocy Płomieni mogli się spotykać, oddając cześć wilczemu plemieniu.
Żyli tam przez wieki, jednak ich liczba malała i malała... Z biegiem lat ludzie
zapomnieli o tym, kto mieszka w lesie. Luminosi stali się ledwie legendą.
Zaczęto ich mylić z pospolitymi wilkami bo nikt nigdy nie widział żadnego w
prawdziwym wcieleniu. Wszyscy żyliby w nieświadomości gdyby nie wydarzenia
sprzed 17 lat...
- Opowiesz mi co się stało? - tłum coraz bardziej
się od nich oddalał.
- 20 lat temu w wiosce pojawił się pewien
przybysz. - zaczęła z zapałem. - Mówisz,
że przywędrował zza lasu. Chciał zatrzymać się na trochę, poznać tutejszych
ludzi. Himikawa przyjęła go jak swojego. Mieszkał tu dwa lata, aż wszyscy
zapomnieli, że był kimś obcym. Trzy lata później po miasteczku poniósł się
płacz nowo narodzonego dziecka. Moja mama pamięta to wydarzenie, była tam.
- Zapewne to nie było dla niej proste.
- Nie tylko dla niej, ale i dla całej wioski. To
była ciemna noc, niebo było rozgwieżdżone. Obudziły ją krzyki ludzi, którzy z
pochodniami i widłami biegli w stronę jeziora. Razem z moim tatą zerwali się z
łóżek by zobaczyć co się działo. Ruszyli za ludźmi, od których po drodze
dowiedzieli się, że w Himikawie narodziło się wilcze szczenię. Przybysz okazał
się ostatnim z Luminosów, którego widziano na tych ziemiach. Gdy ludzie
dobiegli pod dom kobiety, urządzili jej piekło. Aż strach pomyśleć co tam się
działo. - potarła ramiona, zdrętwiałe od zimna.
- Co się stało z dzieckiem?
- Nikt nie wie. - wyszeptała. - Nigdy go nie
odnaleziono. Matkę spalono na stosie, a ojciec był widziany pod postacią
ogromnego wilka, który rozmył się wraz z mgłą, która unosiła się wtedy pod
lasem. Dziecko stało się zagadką.
- A co, jeśli...
- Jest taka opcja. - wyprzedziła ją. - Szczeniak
może wciąż żyć. Tylko gdzie, skoro wioska jest na tyle mała, że każdy zna
każdego.
- Przykra historia...
- Nikt nie mówił, że będzie radosna. - odparła
Natsu. - Lecz dzisiejsza noc będzie jedną z piękniejszych w twoim życiu,
obiecuję. - z radością w oczach zerknęła na Diam. - Wystarczy tylko, że...
Umilkła.
Ze
środka lasu dobiegły je przerażające krzyki zebranych.
Krzyki,
których jeszcze nie znały.
Paniczne.
Tragiczne. Nie do okiełznania.
Pojawił
się gigantyczny ogień, który zdawał się trzykrotnie przerosnąć wysokość drzew.
I
wycie. Wycie całego stada wilków.
Pobiegły.

Super, czyta się do samego końca, po prostu nie można tego nieprzeczytać ;) Oby tak dalej Diam! ^^
OdpowiedzUsuńSmile